Live Fun­da­cja Femi­no­te­ka pro­wa­dzo­ny przez Anię Wia­trow­ską z Queero­wy­fe­mi­nizm.
Aby edu­ko­wać o tym, jak prze­ciw­dzia­łać, reago­wać i nie dopusz­czać do prze­mo­cy sek­su­al­nej musi­my o niej roz­ma­wiać i wyko­rzy­sty­wać róż­ne oka­zje do tego, by uwraż­li­wiać na nią spo­łe­czeń­stwo. Dobrym cza­sem na roz­mo­wy o tej tema­ty­ce są lek­cje języ­ka pol­skie­go, któ­re pozwa­la­ją na współ­od­czu­wa­nie z boha­te­ra­mi lite­rac­ki­mi, kry­tycz­ne myśle­nie i dys­ku­sje na temat tego, jakie emo­cje wywo­łu­je w nas krzyw­da innych osób i jak łatwo jest spra­wić innym ból. 

Roz­ma­wia­my o kon­kret­nych lek­tu­rach, moż­li­wo­ściach ich wyko­rzy­sta­nia, a tak­że o kon­wen­cji doty­czą­cej zapo­bie­ga­nia i zwal­cza­nia prze­mo­cy wobec kobiet i prze­mo­cy domo­wej, potocz­nie zwa­nej kon­wen­cją stambulską. 

Notat­ki i cyta­ty z lek­tur zamiesz­czę na stro­nie: https://​baba​od​pol​skie​go​.pl/​p​r​z​e​m​o​c​w​l​e​k​t​u​r​ach

Stan­dar­dy edu­ka­cji sek­su­al­nej w Euro­pie WHO:

Odpo­wied­nia edu­ka­cja sek­su­al­na umoż­li­wia im doko­ny­wa­nie wybo­rów popra­wia­ją­cych jakość ich życia i przy­czy­nia­ją­cych się do stwo­rze­nia wraż­li­we­go i spra­wie­dli­we­go spo­łe­czeń­stwa. Wszyst­kie dzie­ci i mło­dzież mają pra­wo do dosto­so­wa­nej do wie­ku edu­ka­cji sek­su­al­nej. Zgod­nie z tą defi­ni­cją pod­sta­wo­wym celem edu­ka­cji sek­su­al­nej jest sku­pie­nie się na sek­su­al­no­ści jako pozy­tyw­nym ludz­kim poten­cja­le i źró­dle satys­fak­cji i przy­jem­no­ści. Jasno uzna­wa­na potrze­ba zdo­by­cia wie­dzy i umie­jęt­no­ści nie­zbęd­nych do zapo­bie­ga­nia cho­ro­bom sta­je się celem dru­go­rzęd­nym w sto­sun­ku do tego ogól­nie pozy­tyw­ne­go podej­ścia. Co wię­cej, edu­ka­cja sek­su­al­na powin­na opie­rać się na zaak­cep­to­wa­nych na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej pra­wach czło­wie­ka, a w szcze­gól­no­ści prawie 

Kon­wen­cja o zapo­bie­ga­niu i zwal­cza­niu prze­mo­cy wobec kobiet i prze­mo­cy domo­wej (kon­wen­cja stam­bul­ska) zosta­ła przy­ję­ta i otwar­ta do pod­pi­su 11 maja 2011 r. w Stam­bu­le. Kon­wen­cja ma na celu prze­ciw­dzia­ła­nie prze­mo­cy, ochro­nę ofiar oraz „poło­że­nie kre­su bez­kar­no­ści sprawców. 

Kon­wen­cja naka­zu­je ści­gać nastę­pu­ją­ce czyny:

  • prze­moc psy­chicz­na (art. 33) (“Gra­ni­ca”, “Moral­ność pani Dulskiej”)

  • stal­king (art. 34) (“Lal­ka”)

  • prze­moc fizycz­na (art. 35) (“Potop”)

  • prze­moc sek­su­al­na, w tym zgwał­ce­nie (art. 36) (“Cudzo­ziem­ka”, “Potop”, “Inny świat”)

  • wymu­szo­ne mał­żeń­stwo (art. 37), przy czym uzna­nie takie­go mał­żeń­stwa za nie­by­łe win­no nastą­pić bez nie­uza­sad­nio­ne­go obcią­że­nia finan­so­we­go lub admi­ni­stra­cyj­ne­go dla ofia­ry (art. 32) (“Zemsta”, “Pan Tadeusz”)

  • oka­le­cza­nie żeń­skich narzą­dów płcio­wych (art. 38)

  • wymu­szo­na abor­cja lub ste­ry­li­za­cja kobiet (art. 39) (“Gra­ni­ca”)

  • napa­sto­wa­nie sek­su­al­ne (art. 40) (“Quo vadis”)

Czy taka kon­wen­cja może być kry­ty­ko­wa­na? Oka­zu­je się, że tak, np. w Pol­sce. Spo­ry doty­czą tłu­ma­cze­nia sło­wa gen­der. Moż­na prze­czy­tać dla zacho­wa­na rów­no­wa­gi zda­nia prze­ciw­ko kon­wen­cji np. na stro­nie orga­ni­za­cji reli­gij­nej Ordo Iuris. 

Waż­nym zagad­nie­niem na lek­cjach przy oka­zji takich lek­tur jak “Cudzo­ziem­ka”, gdy roz­ma­wia­my o gwał­cie i nawią­zu­je­my do kon­wen­cji stam­bul­skiej, wyda­je się wspo­mnie­nie o spo­rach doty­czą­cych defi­ni­cji gwał­tu. Dotąd w pol­skich prze­pi­sach jest nim sytu­acja, w któ­rej kobie­ta zosta­je zmu­szo­na do czyn­no­ści sek­su­al­nych, cho­ciaż wyra­ża jaw­ną nie­zgo­dę na nie; obec­nie wal­czy się o posze­rze­nie tej defi­ni­cji, bo prze­moc sek­su­al­na, jaką jest gwałt, spra­wia, że ludzie nie mogą mówić lub nie mają siły na sprzeciw. 

Arty­ku­ły, któ­re poru­sza­ją zagad­nie­nie zmia­ny defi­ni­cji gwał­tu:  AMNE​STY​.ORGPETYCJA NA STRONIE FEMINOTEKI

GWAŁT i przy­zwo­le­nie na prze­moc sek­su­al­ną w mał­żeń­stwie – „Cudzo­ziem­ka”  Marii Kuncewiczowej:


Adam mil­czał. Wzię­ła to za współ­czu­cie, za skru­chę. Bo prze­cież nie poma­gał jej wal­czyć. Zawsze uwa­żał obiad, dziu­ra­we skar­pet­ki, kłót­nie synów za spra­wę waż­niej­szą od mięk­ko­ści spic­ca­ta. A teraz sie­dział z gło­wą w dło­niach — widać żało­wał. Nie mia­ła siły nie­na­wi­dzić go. Czyż mogła nie­na­wi­dzić na pro­gu nocy po t a k i m wie­czo­rze? Jak kil­ka godzin temu zapra­gnę­ła spo­cząć z gło­wą przy­gię­tą do zie­mi, tak teraz zachcia­ło się jej zstą­pić od Brahm­sa do Davi­da. Zro­bić przy­jem­ność Ada­mo­wi, zni­żyć się do jego gustu.
— Pocze­kaj, zagram coś dla cie­bie.
Odrzu­ci­ła wło­sy z czo­ła, zato­czy­ła smycz­kiem: roz­bły­sły taniut­kie W a r i a c j e. Róża ode­tchnę­ła z głę­bi pier­si — jakaż ulga roz­stać się z wiel­ko­ścią! — z zapa­łem skan­do­wa­ła fra­zy. Koń­cząc, odwró­ci­ła się i szła w stro­nę, gdzie Adam sie­dział skur­czo­ny w fote­lu. Kie­dy była już bli­sko, wstał. Sprę­żył się, zama­ja­czył tuż przed ocza­mi twa­rzą bia­łą jak u tru­pa, smy­czek wytrą­cił z pal­ców Róży, skrzyp­ce upa­dły z brzę­kiem. Poczu­ła się zamknię­ta w uścisk, zapach golar­ni buch­nął w noz­drza, Adam chry­piał:
— Nie po to tu jesteś, żebyś mi gra­ła po nocach... Do dia­bła z two­im Brahm­sem!
Szarp­nął, zacią­gnął do sypial­ni… Pły­nę­ły dalej noc­ne godzi­ny, tak samo peł­ne księ­ży­ca, muzy­ki jak w tej minu­cie, kie­dy Róża gra­ła pierw­sze solo ada­gia. Nie czu­ła ich już wszak­że, nie rozu­mia­ła. Krzy­cza­ła:
— Łotrze, łotrze...
Nad ranem, dusząc się od łez i od zapa­chu Maréchal — poczę­ła Mar­tę.
Róża lubi­ła śle­dzić i pod­glą­dać Mar­tę. Isto­ta, narzu­co­na jej gwał­tem, poczę­ta z unie­sień nie­na­wist­ne­go czło­wie­ka, była dla niej jak gdy­by żywą tajem­ni­cą Ada­ma. Patrząc z ukry­cia na pod­sko­ki, na gry­ma­sy tego dziec­ka, słu­cha­jąc jego śmiesz­nej mowy, sta­ra­ła się zna­leźć wyja­śnie­nie nocy paź­dzier­ni­ko­wej. Mała w prze­ci­wień­stwie do synów była minia­tu­rą ojca. Ale z jej odru­chów nie spły­wa­ła żad­na inna rewe­la­cja, tyl­ko ta, że Adam jest nie­znisz­czal­ny. I że się roz­dwo­ił, że coraz wię­cej go dooko­ła. Róża wycho­dzi­ła nagle zza por­tie­ry czy z ciem­no­ści umyśl­nie prze­ra­ża­jąc Mar­tę. Pra­gnę­ła bar­dzo zada­wać jej ból. Bić jed­nak wsty­dzi­ła się. Cia­ło dziew­czyn­ki było bia­łe, nie­bie­sko żył­ko­wa­ne — to było cia­ło Ada­ma. Gdy­by je biła, łączy­ła­by się z Ada­mem poprzez uczu­cie, w któ­rym wszyst­ko moż­na pomie­ścić; i nie­na­wiść, i miłość, i roz­kosz, i cierpienie.

Zbio­ro­wy gwałt plus poka­za­nie, kto ma tu wła­dzę. Uwa­ga, frag­ment uka­zu­je prze­moc sek­su­al­ną w dość reali­stycz­ny sposób. 

Gustaw Her­ling-Gru­dziń­ski “Inny świat”: 

Dziew­czy­na szła już teraz ścież­ką na wyso­ko­ści nasze­go bara­ku, zasło­nię­ta po bio­dra zaspą śnież­ną. Z dale­ka widać było tyl­ko, że jest roz­ro­śnię­ta w ramio­nach i ma sze­ro­ką twarz obwią­za­ną chust­ką, któ­rej koniec powie­wał z tyłu jak ogon lataw­ca. Jesz­cze nie doszła do zakrę­tu ścież­ki, gdy zza węgła wynu­rzył się pierw­szy cień i zastą­pił jej dro­gę. Dziew­czy­na drgnę­ła, zatrzy­ma­ła się i wyda­ła lek­ki okrzyk. Cień sko­czył zwin­nym susem do jej gar­dła, chwy­cił jed­ną ręką za kark, a dru­gą zatkał usta. Dziew­czy­na wyprę­ży­ła się łuko­wa­to do tyłu i ode­rwaw­szy lewą nogę od zie­mi, wpa­ko­wa­ła ją zgię­tym kola­nem w brzuch napast­ni­ka, a obie­ma ręka­mi wcze­pi­ła się w jego bro­dę, odpy­cha­jąc od sie­bie z całych sił olbrzy­mi łeb w uszan­ce. Cień zato­czył lewą nogą wpraw­ny ruch pół­ko­li­sty w kształ­cie sier­pu i moc­nym ude­rze­niem pod­ciął znie­nac­ka jej nogę, wro­śnię­tą w zie­mię. Zwa­li­li się obo­je w zaspę śnież­ną dokład­nie w chwi­li, gdy pozo­sta­łych sied­miu nad­bie­gło z dwóch stron na pomoc. Powle­kli ją, trzy­ma­jąc za ręce i gło­wę o roz­wia­nych wło­sach, w dół wklę­śnię­cia na zawa­lo­ną śnie­giem ław­kę, któ­ra ster­cza­ła czar­ną kre­są porę­czy w odle­gło­ści dwu­dzie­stu metrów od bara­ku. Pierw­sze­go przy­ję­ła wście­kłym wierz­ga­niem oswo­bo­dzo­nych nagle z żela­zne­go uchwy­tu nóg, ale rychło uci­chła zno­wu, zdła­wio­na spód­ni­cą zarzu­co­ną na gło­wę i ogrom­ną łapą Kowa­la, przy­ci­ska­ją­cą przez płót­no jej twarz do bla­tu ław­ki. Pierw­szy przy­gwoź­dził jed­nym kola­nem jej pra­wą nogę do opar­cia ław­ki, a dru­gim wparł się w wewnętrz­ną stro­nę uda zawie­szo­ne­go w próż­ni, któ­re klesz­czo­wym ruchem pró­bo­wa­ło zewrzeć się jak ramię zawia­su. Gdy dwaj po bokach trzy­ma­li ją za ręce, pierw­szy pół­klę­cząc zdzie­rał z niej majt­ki i odpi­nał spo­koj­nie spodnie. Po chwi­li jej cia­ło zako­ły­sa­ło się kon­wul­syj­nie, tak że Kowal musiał w takt nie­rów­nych drgań popusz­czać lek­ko roz­cza­pie­rzo­ny kaga­niec swej dło­ni na jej gło­wie. Dru­gi i trze­ci mie­li już uła­twio­ne zada­nie i ośmie­le­ni nagłym spo­ko­jem jej cia­ła pró­bo­wa­li nie­cier­pli­wy­mi dłoń­mi odszu­kać w pomię­tym kłęb­ku spód­ni­cy i blu­zek jej pier­si. Przy czwar­tym jed­nak uda­ło jej się uwol­nić gło­wę z roz­luź­nio­ne­go uści­sku pal­ców Kowa­la i w mroź­nej ciszy zony roz­legł się krót­ki, gar­dło­wy krzyk, nabrzmia­ły łza­mi i zdu­szo­ny kne­blem z suk­na. Z naj­bliż­sze­go „bocia­na” zaspa­ny głos zawo­łał: „Rie­bia­ta, wy czto że, cze­ło­wie­cze­sko­go pozo­ra u was niet”. Ścią­gnę­li ją z ław­ki i jak kukłę z łach­ma­nów powle­kli za barak, do latry­ny. Na przed­po­lu widocz­nym przez otwór w oblo­dzo­nej szy­bie opu­sto­sza­ło; jedy­nie wokół ław­ki utwo­rzy­ła się po obu stro­nach ścież­ki głę­bo­ka wyrwa w pro­sto­pa­dłych ścia­nach śnie­gu, przy­braw­szy kształt stra­to­wa­ne­go klom­bu. Po jakiejś godzi­nie sied­miu wró­ci­ło do bara­ku. Zaraz potem spo­strze­głem przez moje­go „juda­sza” w szy­bie Kowa­la, odpro­wa­dza­ją­ce­go dziew­czy­nę do bara­ku kobie­ce­go. Szła wol­no, poty­ka­jąc się i zata­cza­jąc na ścież­ce, z gło­wą prze­krzy­wio­ną na stro­nę i ręka­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na pier­siach, pod­trzy­my­wa­na w pasie moc­nym ramie­niem swe­go towarzysza.

Naza­jutrz wie­czo­rem Maru­sia przy­szła do nasze­go bara­ku. Mia­ła jesz­cze śla­dy skrze­płej krwi na twa­rzy i pod­si­nia­czo­ne oczy, ale wyglą­da­ła ład­nie w kolo­ro­wej spód­ni­cy i bia­łej, cyfro­wa­nej bluz­ce z czy­ste­go lnu, w któ­rej koły­sa­ły się, pusz­czo­ne luzem, dwie pier­si wiel­kie jak boch­ny chle­ba. Usia­dła, jak gdy­by nigdy nic, na pry­czy Kowa­la ple­ca­mi do pozo­sta­łych „urków” i przy­tu­liw­szy się do nie­go, lek­ko szep­ta­ła mu coś na ucho, cału­jąc go ze łza­mi w oczach w ospo­wa­ty poli­czek i po rękach. Kowal sie­dział z począt­ku naje­żo­ny i spod niskie­go czo­ła rzu­cał ukrad­kiem zmie­sza­ne spoj­rze­nia na towa­rzy­szy, ale dał się w koń­cu ubła­gać. Zosta­ła na noc, budząc nas cią­gle z napię­te­go gorącz­ko­wy­mi roje­nia­mi snu sło­wa­mi naj­czul­szej miło­ści, pomie­sza­ny­mi z wła­sny­mi zachły­sta­mi bólu i mia­ro­wym sapa­niem Kowa­la. Wymknę­ła się z bara­ku przed świ­tem, a za nią stą­pał ostroż­nie na chwie­ją­cych się nogach ogłu­pia­ły i zacza­dzo­ny kocha­nek. Odtąd przy­cho­dzi­ła już codzien­nie i nie­raz śpie­wa­ła przed zapad­nię­ciem nocy moc­nym gło­sem, któ­ry prze­cho­dził pod koniec każ­dej fra­zy w zawo­dzą­cy jękli­wie pisk, „cza­stusz­ki” ukra­iń­skie o chłop­cu, co „cho­dił wozie doma moje­go”, i o tym, jak „cho­ro­szo smo­łocz­ni­coj żywiot­sia”. Zosta­ła w naszym obo­zie wodo­wo­zem i polu­bi­li­śmy wszy­scy jej sze­ro­ką, wysma­ga­ną mro­zem twarz, jasne wło­sy roz­wia­ne na wie­trze i roz­dę­te noz­drza, gdy sie­dząc okra­kiem na becz­ce, opie­ra­ła czu­by walo­nek na kli­nach w przed­nim zawo­rze sań i poga­nia­ła konia gło­śny­mi kla­śnię­cia­mi bata lub ner­wo­wy­mi szarp­nię­cia­mi lejc. Za zoną, gdzie pusz­cza­no ją po wodę bez kon­wo­ju jako „byto­wo­ją”, zdo­by­wa­ła cza­sem parę barw­nych obraz­ków lub kolo­ro­wych wyci­na­nek z bibuł­ki i przy­ozda­bia­ła nimi wie­czo­rem brud­ną ścia­nę nad pry­czą swe­go ukochanego. 

Napa­sto­wa­nie sek­su­al­ne uka­za­ne w “Quo vadis” Hen­ry­ka Sienkiewicza: 

I począł patrzeć na nią, jak­by chciał nasy­cić się jej wido­kiem, i palił ją oczy­ma. Wzrok jego ześli­zgi­wał się z jej twa­rzy na szy­ję i obna­żo­ne ramio­na, pie­ścił jej ślicz­ne kształ­ty, lubo­wał się nią, ogar­niał ją, pochła­niał, lecz obok żądzy świe­ci­ło w nim szczę­ście i roz­mi­ło­wa­nie, i zachwyt bez gra­nic.
Lecz bli­skość jej poczę­ła dzia­łać i na nie­go. Twarz mu zbla­dła. Noz­drza roz­dę­ły mu się jak u wschod­nie­go konia. Widać i jego ser­ce biło pod szkar­łat­ną tuni­ką nie­zwy­kłym tęt­nem, bo oddech jego stał się krót­ki, a wyra­zy rwa­ły mu się w ustach. I on po raz pierw­szy był tak tuż przy niej. Myśli poczę­ły mu się mącić; w żyłach czuł pło­mień, któ­ry próż­no chciał uga­sić winem. Nie wino jesz­cze, ale jej cud­na twarz, jej nagie ręce, jej dziew­czę­ca pierś, falu­ją­ca pod zło­tą tuni­ką, i jej postać, ukry­ta w bia­łych fał­dach peplum, upa­ja­ły go coraz wię­cej. Wresz­cie objął jej rękę powy­żej kost­ki, jak to raz już uczy­nił w domu Aulu­sów, i cią­gnąc ją ku sobie, począł szep­tać drżą­cy­mi war­ga­mi:
— Ja cie­bie kocham, Kal­li­no… boska moja!…
— Mar­ku, puść mnie — rze­kła Ligia.
On zaś mówił dalej z oczy­ma zaszły­mi mgłą:
— Boska moja! Kochaj mnie…
Lecz ze zło­te­go nie­wo­du upię­te­go pod puła­pem pada­ły tyl­ko róże, a nato­miast na wpół pija­ny już Wini­cjusz mówił jej:
— Widzia­łem cię w domu Aulu­sów przy fon­tan­nie i poko­cha­łem cię. Był świt i myśla­łaś, że nikt nie patrzy, a jam cię widział… I widzę cię taką dotąd, cho­ciaż kry­je mi cię to peplum. Zrzuć peplum jak Kry­spi­nil­la. Widzisz! Bogo­wie i ludzie szu­ka­ją miło­ści. Nie ma prócz niej nic w świe­cie! Oprzyj mi gło­wę na pier­siach i zmruż oczy.
Wini­cjusz nie mniej był pija­ny od innych, a w dodat­ku obok żądzy budzi­ła się w nim chęć do kłót­ni, co zda­rza­ło mu się zawsze, ile­kroć prze­brał mia­rę. Jego czar­nia­wa twarz sta­ła się jesz­cze bled­szą i język plą­tał mu się już, gdy mówił gło­sem pod­nie­sio­nym i roz­ka­zu­ją­cym:
— Daj mi usta! Dziś, jutro, wszyst­ko jed­no!… Dość tego! Cezar wziął cię od Aulu­sów, by cię daro­wać mnie, rozu­miesz! Jutro o zmro­ku przy­szlę po cie­bie, rozu­miesz!… Cezar mi cię obie­cał, nim cię wziął… Musisz być moją! Daj mi usta! Nie chcę cze­kać jutra… daj pręd­ko usta!
I objął ją, ale Akte poczę­ła jej bro­nić, a i ona sama bro­ni­ła się ostat­kiem sił, bo czu­ła, że ginie. Próż­no jed­nak usi­ło­wa­ła obu ręka­mi zdjąć z sie­bie jego bez­wło­se ramię; próż­no gło­sem, w któ­rym drgał żal i strach, bła­ga­ła go, by nie był takim, jak jest, i by miał nad nią litość. Prze­sy­co­ny winem oddech oble­wał ją coraz bli­żej, a twarz jego zna­la­zła się tuż koło jej twa­rzy. Nie był to już daw­ny, dobry i nie­mal dro­gi duszy Wini­cjusz, ale pija­ny, zły satyr, któ­ry napeł­niał ją prze­ra­że­niem i wstrę­tem.
Siły jed­nak opusz­cza­ły ją coraz bar­dziej. Darem­nie, prze­chy­liw­szy się, odwra­ca­ła twarz, by unik­nąć jego poca­łun­ków. On pod­niósł się, chwy­cił ją w oba ramio­na i przy­cią­gnąw­szy jej gło­wę ku pier­siom, począł dysząc roz­gnia­tać usta­mi jej zbla­dłe usta.


Pedo­fi­lia Swi­dry­gaj­ło­wa w “Zbrod­ni i karze” Fio­do­ra Dostojewskiego: 

Dłu­gi czas nie mógł się odwa­żyć na otwar­cie listu, jakg­dy­by się go oba­wiał. — Były to tyl­ko dwie gęsto zapi­sa­ne stro­ni­ce.
 „U Duni bowiem zmie­ni­ło się nie­jed­no od ostat­nie­go Twe­go listu do mnie. Na twe pyta­nie jak się jej powo­dzi u Świ­dry­gaj­ło­wych, nie mogłam Ci dać odpo­wie­dzi, znam Cię bowiem dobrze i wiem, że gdy­byś się dowie­dział, że sio­stra Twa jest przez obcych poni­żo­na i drę­czo­na, przy­szedł­byś do domu choć­by i pie­szo! Sama byłam zroz­pa­czo­na, lecz cóż mogłam pora­dzić? Dunia wzię­ła bowiem przy obję­ciu posa­dy w poczet swej pła­cy 100 rubli zalicz­ki, któ­re w ratach mie­sięcz­nych są jej ścią­ga­ne, a to wła­śnie było trud­no­ścią nie do zwal­cze­nia w całej tej spra­wie. — Potrze­bo­wa­łeś prze­cie wów­czas koniecz­nie sześć­dzie­się­ciu rubli, a nie­ste­ty w żaden inny spo­sób dostać ich nie mogły­śmy. — Następ­stwem tego było, że przez cały rok musia­ła pozo­stać u Świ­dry­gaj­ło­wych. Pisa­ły­śmy ci wów­czas wpraw­dzie, że Dunia zaosz­czę­dzi­ła sobie tę kwo­tę, jed­nak nie było to praw­dą, ale jest to naj­lep­szym dowo­dem, jak Cię Dunia kocha, bo, wie­rzaj mi, u Świ­dry­gaj­ło­wych roz­ko­szy wca­le nie zazna­ła!! Pocóż jed­nak mam Ci to wszyst­ko deta­licz­nie opi­sy­wać? Toby Cię tyl­ko nie­po­trzeb­nie bola­ło i pod­nie­ca­ło, tem­bar­dziej, że już sto­sun­ki szczę­śli­wie się ina­czej uło­ży­ły. Wszyst­kie te cierp­kie przej­ścia na jakie Dunia u tych ludzi była nara­żo­na, pusz­cza­my w nie­pa­mięć, bo Dunia jest już teraz, kocha­ny Rodziu, narze­czo­ną. A już o to nie gnie­waj się, że bez pora­dze­nia się Cie­bie przy­ję­ła rad­cę dwo­ru Pio­tra Pio­tro­wi­cza Łuży­na, gdyż popro­stu nie moż­na było tak dłu­go zwle­kać, ażby Twe­go zda­nia moż­na było zasię­gnąć. Łużyn jest bowiem krew­nym Świ­dry­gaj­ło­wych i to Ci wytłu­ma­czy, jak pani Mar­ta Pio­trow­na Świ­dry­gaj­ło­wa całą spra­wę umo­ta­ła i zaaran­żo­wa­ła. — Łużyn ma bar­dzo wie­le inte­re­sów i wła­śnie teraz ma przed sobą podróż do Peters­bur­ga, to też, — rzecz zupeł­nie natu­ral­na, — każ­da minu­ta jest mi dro­ga. Jest to czło­wiek w całem tego sło­wa zna­cze­niu solid­ny, zaj­mu­je dwa urzę­dy i ład­ny kapi­ta­lik sobie uskła­dał. Ma lat pięć­dzie­siąt jeden i jest wca­le przy­stoj­ny, wpraw­dzie nie­co rubasz­ny i szorst­ki, ale może nam tyl­ko się tak zda­je. Gdy Łużyn — co praw­do­po­dob­nie wkrót­ce nastą­pi — zej­dzie się z Tobą w Peters­bur­gu, nie wyra­biaj sobie o nim za pręd­kie­go albo też złe­go sądu. Chcąc sobie wyro­bić zda­nie o czło­wie­ku musi się bar­dzo uważ­nie poczy­nać, bo ina­czej nastę­pu­je albo roz­cza­ro­wa­nie, albo nawet krzyw­dzi się dru­gie­go. Mogę Ci tyl­ko powie­dzieć, że Łużyn wedle mego mnie­ma­nia zasłu­gu­je pod każ­dym wzglę­dem na sza­cu­nek. Uprze­dził nas, że jest nie­przy­ja­cie­lem wszel­kich prze­są­dów, liczy się chęt­nie z nowy­mi kie­run­ka­mi, jed­nak nie­ła­two z raz zaję­te­go sta­no­wi­ska da się spro­wa­dzić. Mówił wów­czas wie­le, z cze­go wnio­sku­ję, że nie jest wol­ny od próż­no­ści i lubi mówić; Dunia sądzi jed­nak, że cho­ciaż nie posia­da grun­tow­ne­go wykształ­ce­nia, to jed­nak jest czło­wie­kiem roz­sąd­nym i dobrym. Ty, oczy­wi­ście, znasz Dunię, wiesz, jaka ona jest roz­trop­na i jak sil­ny ma cha­rak­ter. Wie­le może znieść i nawet w naj­osta­tecz­niej­szych razach umie zna­leźć tyle siły ducha, że się niczem nie da poko­nać.
 „Mnie nawet nie donio­sła o wszyst­kiem, żeby mnie nie zanie­po­ko­ić, a prze­cie czę­sto kore­spon­do­wa­ły­śmy ze sobą. Epi­log nastą­pił nie­spo­dzie­wa­nie.
 „Pani Mar­ta nie­chcą­cy pod­słu­cha­ła męża w chwi­li, gdy bła­gał Duniecz­kę w ogro­dzie, a, zro­zu­miaw­szy wszyst­ko na odwrót, całą winę zwa­li­ła na nią, sądząc, że ona wła­śnie jest przy­czy­ną złe­go. — Wyni­kła stąd pomię­dzy nie­mi w ogro­dzie okrop­na sce­na: pani Mar­ta nawet ude­rzy­ła Dunię, nie chcia­ła o niczem sły­szeć, krzy­cząc przez całą godzi­nę, aż naresz­cie kaza­ła Dunię zaraz odwieść do mnie, do mia­sta, na zwy­czaj­nej chłop­skiej furze, na któ­rą wrzu­co­no wszyst­kie jej rze­czy, bie­li­znę, ubra­nie, sło­wem wszyst­ko, jak było: nie­po­wią­za­ne i nie­uło­żo­ne. Wtem, zaczął padać ulew­ny deszcz, a Dunia, znie­wa­żo­na i znie­sła­wio­na musia­ła jechać z chło­pem sie­dem­na­ście wiorst dro­gi, na otwar­tym wozie. Pomyśl teraz, com mogła do Cie­bie pisać, w odpo­wie­dzi na twój list, otrzy­ma­ny dwa mie­sią­ce temu. O czem mia­łam pisać? — Sama byłam w nie­pew­no­ści; praw­dy ci napi­sać nie śmia­łam, gdyż mógł­byś z tego wzglę­du być bar­dzo nie­szczę­śli­wy, przy­gnę­bio­ny i smut­ny, nawet nie wiem, co byś uczy­nić był w sta­nie? Jesz­cze byś sie­bie same­go zgu­bił, a przy­tem i Duniecz­ka mi wzbro­ni­ła; pisać zaś list o niczem lub o głup­stwach, gdy w ser­cu tak wiel­ki smu­tek, tego nie mogłam uczy­nić. Przez cały mie­siąc po mie­ście sły­chać było plot­ki o tej histo­rii, a nawet już do tego przy­szło, żeśmy do kościo­ła nie mogły cho­dzić z Dunią, tak pogar­dli­wie na nas patrza­no i szep­ta­no, a byli nawet tacy, co i na głos przy nas o tem mówi­li. Wszy­scy zna­jo­mi porzu­ci­li nas, wszy­scy prze­sta­li się kła­niać, a ja dowie­dzia­łam się nad­to, że sub­jek­ci han­dlo­wi i nie­któ­rzy kan­ce­li­ści zażar­to­wa­li sobie z nas nik­czem­nie, wyma­za­li bowiem dzieg­ciem bra­mę nasze­go domu, wsku­tek cze­go gospo­darz zażą­dał, aby­śmy się wynio­sły z miesz­ka­nia. A wszyst­kie­mu temu win­na była pani Mar­ta, któ­ra zdą­ży­ła oskar­żyć i zmie­szać z bło­tem Dunię we wszyst­kich domach. Nic dziw­ne­go, ma ona tu bowiem masę zna­jo­mych, i w tym mie­sią­cu co chwi­la przy­jeż­dża­ła do mia­sta, a ponie­waż jest bar­dzo gada­tli­wa i lubi opo­wia­dać o swych fami­lij­nych inte­re­sach, a w szcze­gól­no­ści skar­żyć się na swo­je­go męża wszyst­kim i każ­de­mu, co jest rze­czą wca­le nie­do­brą, prze­to roz­nio­sła całą histor­ję w krót­kim cza­sie nie tyl­ko po mie­ście, ale i po powie­cie. — Ja zasła­błam, ale Duniecz­ka była o wie­le sil­niej­sza. Ach, gdy­byś widział, jak ona wszyst­ko zno­si­ła, pocie­sza­jąc i doda­jąc mnie otu­chy! — To anioł opie­kuń­czy! Ale z łaski Bożej męki nasze zosta­ły ukró­co­ne; pan Świ­dry­gaj­łow roz­my­ślił się i pew­nie przez współ­czu­cie dla Duni, przed­sta­wił samej pani zupeł­ne i widocz­ne dowo­dy kom­plet­nej nie­win­no­ści Duniecz­ki, a mia­no­wi­cie list, jaki Dunia jesz­cze przed­tem, nim sama pani zasta­ła ich w ogro­dzie, zmu­szo­na była napi­sać i wrę­czyć mu, aże­by zapo­biec oso­bi­stym roz­mo­wom i pota­jem­nym schadz­kom, do jakich on ją usil­nie nakła­niał, a któ­ry przy wyjeź­dzie Duniecz­ki pozo­stał w rękach pana Świ­dry­gaj­ło­wa.
 W tym liście, naj­szcze­gó­ło­wiej, z nie­wy­po­wie­dzia­nem zgor­sze­niem wyty­ka­ła jego nie­uczci­wy postę­pek wzglę­dem żony, przed­sta­wia­ła mu, że jest ojcem, czło­wie­kiem fami­lij­nym i w koń­cu pisa­ła, że to jest nie­go­dzi­we z jego stro­ny męczyć i czy­nić nie­szczę­śli­wą bez­bron­ną dziew­czy­nę. Jed­nem sło­wem, dro­gi Rodziu, list ten tak był uczci­wie napi­sa­ny, tak wzru­sza­ją­co, że czy­ta­jąc go zale­wa­łam się gorz­kie­mi łza­mi i do dziś trud­no mi go czy­tać bez pła­czu. Na uspra­wie­dli­wie­nie Duni wpły­nę­ło nad­to świa­dec­two sług, któ­re widzia­ły i wie­dzia­ły o wie­le wię­cej, ani­że­li przy­pusz­czał sam pan Świ­dry­gaj­łow. — Pani Mar­ta była, jak sama się przy­zna­wa­ła, rażo­na tem i „ponow­nie zabi­ta“, ale za to zupeł­nie prze­ko­na­ła się o nie­win­no­ści Duni; zaraz naza­jutrz w nie­dzie­lę przy­je­chaw­szy wprost do sobo­ru, na kola­nach i ze łza­mi w oczach bła­ga­ła Wszech­moc­ne­go, by dał jej moc znieść tę nową pró­bę i wypeł­nić swój obo­wią­zek. — Następ­nie wprost z sobo­ru, nie wstę­pu­jąc nigdzie przy­je­cha­ła do nas, opo­wie­dzia­ła nam wszyst­ko, gorz­ko pła­ka­ła i, obej­mu­jąc Dunię, pro­si­ła ją o prze­ba­cze­nie. Tego same­go dnia, wprost od nas poszła do wszyst­kich domów po mie­ście i wszę­dzie w naj­lep­szych wyra­zach dla Duni, wyle­wa­jąc łzy, przed­sta­wia­ła jej nie­win­ność i szla­chet­ność jej uczuć i postę­po­wa­nia. Nie dość tego, wszyst­kim poka­zy­wa­ła i czy­ta­ła na głos wła­sno­ręcz­ny list Duniecz­ki do pana Świ­dry­gaj­ło­wa, a nawet pozwa­la­ła prze­pi­sy­wać go na pamiąt­kę (co zda­je się było zby­tecz­ne). Tym spo­so­bem musia­ła kil­ka dni z rzę­du objeż­dżać wszyst­kich w mie­ście, gdyż pomi­nię­ci byli­by się poobra­ża­li. Urzą­dzo­ne były kolej­ki, tak, że w każ­dym domu cze­ka­no swo­jej, a wszy­scy wie­dzie­li, że tego i tego dnia pani Mar­ta będzie tam i tam czy­tać ten list, a na każ­de czy­ta­nie zbie­ra­li się nawet ci, któ­rzy list już po kil­ka razy sły­sze­li zarów­no u sie­bie, jak i u zna­jo­mych po porząd­ku.
 „Mojem zda­niem, wie­le w tem, bar­dzo wie­le było zby­tecz­ne­go; ale pani Mar­ta ma już taki cha­rak­ter. — Przy­naj­mniej w zupeł­no­ści wskrze­si­ła dobrą sła­wę Duni, i cała nik­czem­ność tej spra­wy spa­dła hań­bą na jej męża, jako na głów­ne­go wino­waj­cę, tak że aż mi go żal: zbyt suro­wo postą­pio­no z tym narwań­cem. Dunia zaraz otrzy­ma­ła kil­ka ofert na dawa­nie lek­cji, ale odmó­wi­ła. W ogó­le wszy­scy naraz zaczę­li się zwra­cać ku niej ze szcze­gól­nym sza­cun­kiem. Wszyst­ko to przy­czy­ni­ło się rów­nież naj­bar­dziej do nie­spo­dzia­ne­go wypad­ku, wobec któ­re­go zmie­nia się obec­nie całe nasze poło­że­nie. Dowiedz się więc, mój dro­gi Rodziu, że Dunia ma sta­ra­ją­ce­go i że zdą­ży­ła już odpo­wie­dzieć mu przy­chyl­nie, o czem też spie­szę cię zawia­do­mić. A lubo sta­ło się to bez nara­dze­nia z tobą, to pew­no nie będziesz miał pre­ten­sji ani do mnie ani do sio­stry, ponie­waż sam zoba­czysz, z tej całej spra­wy, że cze­kać i odkła­dać aż do otrzy­ma­nia od cie­bie odpi­su, było nie­po­do­bień­stwem. Wresz­cie sam nie mógł­byś nic sta­now­cze­go o tem powie­dzieć zaocz­nie.
 „A było to tak. On już rad­ca dwo­ru, pan Piotr Łużyn, i dale­ki kuzyn pani Świ­dry­gaj­ło­wej, któ­ra wie­le przy­czy­ni­ła się do tego. Zaczął od tego, że przez nią wyra­ził chęć pozna­nia się z nami, został przy­ję­ty, jak się nale­ży, pił kawę, a zaraz naza­jutrz przy­słał list, w któ­rym bar­dzo grzecz­nie oświad­czył się o rękę Duni, pro­sząc o pręd­ką i sta­now­czą odpo­wiedź. Czło­wiek to ruchli­wy, pra­co­wi­ty, jedzie do Peters­bur­ga, tak że mu każ­da chwi­la jest dro­ga. Natu­ral­nie, nie wie­dzie­li­śmy na razie, co począć, wszyst­ko to bowiem sta­ło się nad­zwy­czaj pręd­ko i nie­spo­dzia­nie. Roz­pra­wia­ły­śmy o tem; roz­my­śla­ły przez cały ten dzień. Czło­wiek to dobrej opi­nii i zamoż­ny, słu­ży w dwóch miej­scach i ma już spo­ry kapi­ta­lik. Co praw­da, ma już oko­ło czter­dzie­stu pię­ciu lat, ale powierz­chow­ność ma dosyć przy­jem­ną i może się jesz­cze podo­bać kobie­tom, zresz­tą w ogó­le jest bar­dzo poważ­ny i przy­zwo­ity, cokol­wiek tyl­ko ponu­ry i jak­by dum­ny. Ale to się tak może tyl­ko zda­je na pierw­szy rzut oka. Uprze­dzam cię nawet, dro­gi Rodziu, że jak się zoba­czysz z nim w Peters­bur­gu, co nastą­pi nie­ba­wem, to nie bądź zbyt pręd­ki i suro­wy, jak to masz we zwy­cza­ju, jeże­li ci się co w nim nie spodo­ba na pierw­szy rzut oka. Mówię to na wszel­ki wypa­dek, choć prze­ko­na­na jestem, że, widząc go, doznasz bar­dzo przy­jem­ne­go wra­że­nia. Zresz­tą, żeby poznać kogo, trze­ba postę­po­wać z nim stop­nio­wo i ostroż­nie, aże­by się nie pomy­lić i nie uprze­dzić, co potem bar­dzo jest trud­ne do napra­wie­nia i wygła­dze­nia. A pan Piotr, sądząc z wie­lu oznak, jest czło­wie­kiem bar­dzo sza­no­wa­nym. Zaraz na pierw­szej wizy­cie, oświad­czył nam, że jest sta­now­czy, ale pod wie­lo­ma wzglę­da­mi, jak sam się wyra­ził, „podzie­la poglą­dy naszych now­szych poko­leń“ i jest wro­giem wszel­kich prze­są­dów. Mówił jesz­cze wię­cej, ma bowiem tro­chę pod tym wzglę­dem jak­by próż­no­ści i bar­dzo lubi, aże­by go słu­cha­no, to trze­cie nie wada. Ja tam, oczy­wi­ście, nie wie­le zro­zu­mia­łam, ale roz­sąd­ny i, zda­je się, dobry. Ty znasz prze­cie, Rodziu, cha­rak­ter swo­jej sio­stry. Jest to dziew­czy­na z tak­tem, roz­waż­na, cier­pli­wa i wspa­nia­ło­myśl­na, cho­ciaż ma ser­ce gwał­tow­ne, com dosko­na­le w niej pozna­ła. Oczy­wi­ście, ani z jej, ani z jego stro­ny nie ma tu wiel­kiej miło­ści, ale Dunia, nie dość, że jest panien­ką roz­sąd­ną, jest ona zara­zem isto­tą szla­chet­ną, jak anioł, i uwa­żać będzie za swój obo­wią­zek uczy­nić szczę­śli­wym męża, Któ­ry by ze swej stro­ny dbał o jej szczę­ście, a co do tego, to, jak dotąd, nie mamy jesz­cze żad­nych powo­dów wąt­pić, cho­ciaż cała rzecz sta­ła się tak prę­dziut­ko. Przy­tem, jest to czło­wiek bar­dzo dobrze wycho­wa­ny i oczy­wi­ście sam zoba­czy, że jego szczę­ście mał­żeń­skie tem będzie trwal­sze, im Dunia będzie z nim szczę­śliw­sza. A co się tyczy jakichś tam nie­rów­no­ści w cha­rak­te­rze jakichś sta­rych przy­zwy­cza­jeń, a nawet pew­nych róż­nic w poglą­dach (cze­go nie­po­dob­na unik­nąć nawet w naj­szczę­śliw­szych sta­dłach), to co do tego, Dunia sama mi powie­dzia­ła, że rachu­je na sie­bie; że nie ma się cze­go oba­wiać i że ona może dużo znieść, pod warun­kiem, żeby dal­sze sto­sun­ki były uczci­we i spra­wie­dli­we. On i mnie, na przy­kład, z począt­ku wydał się tro­chę szorst­ki, ale to wła­śnie może być następ­stwem jego szcze­ro­ści, otwar­to­ści i bez­wąt­pie­nia, tak jest. Na przy­kład, pod­czas dru­giej wizy­ty już po przy­ję­ciu go wyra­ził się w roz­mo­wie, że już i daw­niej, nie zna­jąc Duni, posta­no­wił wziąć panien­kę uczci­wą, ale bez posa­gu i bez­wa­run­ko­wo taką, któ­ra już dużo wycier­pia­ła bie­dy, albo­wiem, jak obja­śnił, mąż nigdy nie powi­nien nic zawdzię­czać żonie, a lepiej jest zawsze, aże­by żona widzia­ła w mężu swe­go dobro­czyń­cę. Win­nam dodać, że się wyra­ził oględ­niej i deli­kat­niej, niż ja napi­sa­łem, alem już zapo­mnia­ła, jak się wła­ści­wie wyra­żał, a pamię­tam samą tyl­ko myśl, a przy­tem wypo­wie­dział to bez żad­ne­go celu, ot tak z roz­mo­wy, tak, że nawet potem sta­rał się zła­go­dzić wra­że­nie i popra­wić się: mnie jed­nak w każ­dym razie wyda­ło się to jakoś nie­przy­stoj­nem i powie­dzia­łam o tem Duni. Ale Dunia z ura­zą nawet odpar­ła mi, że „sło­wa, to jesz­cze nie uczy­nek“ i ma oczy­wi­ście słusz­ność. Przed zde­cy­do­wa­niem się, Duniecz­ka nie spa­ła całą noc, a sądząc, że ja już śpię, wsta­ła z łóż­ka i przez całą noc cho­dzi­ła tam i z powro­tem po poko­ju; naresz­cie uklę­kła i dłu­go i gorą­co modli­ła się przed obra­zem, a naza­jutrz oznaj­mi­ła mi, że się zdecydowała.
 „Kocha­ny mój synu! — prze­czy­tał wresz­cie — już osiem tygo­dni upły­nę­ło od cza­su, kie­dy ostat­ni raz do Cie­bie pisa­łam. Nie gnie­waj się jed­nak, kocha­ny Rodziu, za to na swo­jaą mat­kę, któ­rej jesteś naj­droż­szą nadzie­ją, bo wie­rzaj mi, że nie mogłam ina­czej. Wiesz prze­cież naj­le­piej, jak ja i Dunia Cię kocha­my, jesteś bowiem dla nas wszyst­kiem, naszą jedy­ną nadzie­ją, wyłącz­nym przed­mio­tem naszych snów! — Co za męczar­nie spra­wia mi wia­do­mość, że musia­łeś stu­dja swe prze­rwać jedy­nie z tego powo­du, że pie­nią­dze, któ­re otrzy­my­wa­łeś za lek­cje pry­wat­ne, zale­d­wie mogły ci wystar­czyć na jakie takie utrzy­ma­nie! — ale pomyśl sam, czy ja mogłam Ci coś posłać z moich bied­nych 120 rubli pen­sji? Przed czte­re­ma mie­sią­ca­mi posła­łam Ci wpraw­dzie pięt­na­ście rubli, ale to była nie­ste­ty pożycz­ka od kup­ca Waszru­szy­na, któ­ry, cho­ciaż ser­decz­ny przy­ja­ciel Twe­go ś. p. ojca, nie poży­czył mi ina­czej, jak pod zastaw mej pen­sji. — Musia­łam prze­to cze­kać aż do spła­ce­nia tych pięt­na­stu rubli. Teraz jed­nak spo­dzie­wam się, że będę Ci coś mogła posłać.


Zbio­ro­wy gwałt i przy­zwo­le­nie na prze­moc sek­su­al­ną w trak­cie woj­ny, tłu­ma­cze­nie woj­ną takich zacho­wań – „Potop” Hen­ry­ka Sienkiewicza:

— Co widzę? Ot, co widzę… Fami­liant to jest pan Kmi­cic z wiel­kiej krwi, a my chu­do­pa­choł­ki! Żoł­nierz przy tym sław­ny; sam on jeden opo­no­wał się nie­przy­ja­cie­lo­wi, gdy wszy­scy ręce opu­ści­li. Daj Boże takich jak naj­wię­cej. Ale kom­pa­nię ma nic­po­tem!… Panie sąsie­dzie Pako­szu, cóże­ście to od Doma­sze­wi­czów sły­sze­li? — że to wszyst­ko ludzie bezec­ni, prze­ciw któ­rym infa­mie są i kon­dem­na­ty, i pro­te­sta, i inkwi­zy­cje. Katow­skie to syny! Cięż­cy byli nie­przy­ja­cie­lo­wi, ale i oby­wa­tel­stwu cięż­cy. Pali­li, rabo­wa­li, gwał­ty czy­ni­li! Ot, co jest! Żeby to tam kogo usie­kli albo zaje­cha­li, to się i zacnym zda­rza, ale oni podob­noć zgo­ła tatar­skim pro­ce­de­rem żyli i daw­no by im po wie­żach gnić przy­szło, gdy­by nie pro­tek­cja pana Kmi­ci­ca, któ­ren jest moż­ny pan! Ten ich miłu­je i osła­nia, i przy nim się wie­sza­ją jak latem bąki przy koniu. A teraz tu przy­je­cha­li i już wszyst­kim wia­do­mo, co zacz są. Toż pierw­sze­go dnia w Lubi­czu z ban­do­le­tów pali­li — i do kogo? — do wize­run­ków nie­bosz­czy­ków Bil­le­wi­czów, na co pan Kmi­cic nie powi­nien był pozwo­lić, bo to jego dobro­dzie­je.
Oleń­ka zatka­ła oczy ręko­ma.
— Nie może być! Nie może być!
— Może, bo było! Dobro­dziej pozwo­lił postrze­lać, z któ­ry­mi w pokre­wień­stwo miał wejść! A potem dziew­ki dwor­skie powcią­ga­li do izby dla roz­pu­sty!… Tfu! Obra­za boska! Tego u nas nie bywa­ło!… Pierw­sze­go dnia zaczę­li od strze­la­nia i roz­pu­sty! Pierw­sze­go dnia!…
Tu sta­ry Kasjan roz­gnie­wał się i począł stu­kać kijem w pod­ło­gę; na twarz Oleń­ki biły ciem­ne rumień­ce, a Józwa ozwał się:
— A to woj­sko pana Kmi­ci­co­we, któ­re w Upi­cie zosta­ło, to lep­sze? Jacy ofi­cy­je­ro­wie, takie i woj­sko! Panu Soł­ło­hu­bo­wi bydło zra­bo­wa­li jacyś ludzie, mówią, że pana Kmi­ci­ca; chło­pów mej­sza­gol­ski­ch¹¹¹, któ­rzy smo­łę wieź­li, na gościń­cu pobi­li. Kto? Też oni. Pan Soł­ło­hub poje­chał do pana Hle­bo­wi­cza po spra­wie­dli­wość, a teraz znów w Upi­cie gwałt! Wszyst­ko to prze­ciw Bogu! Spo­koj­nie tu bywa­ło jak nigdzie, a teraz choć rusz­ni­cę na noc nabijaj i stra­żuj — a cze­mu? Bo pan Kmi­cic z kom­pa­nią przy­je­chał!
— Ojcze Józwa! Nie mów­cie tak! Nie mów­cie! — zawo­ła­ła Oleń­ka.
— A jak mam mówić? Jeśli pan Kmi­cic nie winien, to po co takich ludzi trzy­ma, po co z taki­mi żyje? Wiel­moż­na pan­na mu powiedz, żeby on ich prze­pę­dził albo katu oddał, bo ina­czej nie będzie spo­ko­ju. A sły­cha­na to rzecz strze­lać do wize­run­ków i roz­pu­stę jaw­nie pło­dzić? Toż cała oko­li­ca jeno o tym gada!
— Co ja mam czy­nić? — pyta­ła Oleń­ka. — Może to i źli ludzie, ale on z nimi woj­nę odpra­wiał. Zali wypę­dzi ich na moją proś­bę?
— Jeśli nie wypę­dzi — mruk­nął z cicha Józwa — to sam taki! Wtem w pan­nie poczę­ła się krew burzyć prze­ciw tym towa­rzy­szom, zabija­kom i koste­rom.
— Zresz­tą, niech tak będzie! Musi ich wypę­dzić! Niech wybie­ra mnie albo ich! Jeśli to praw­da, co mówi­cie, a dziś jesz­cze będę wie­dzia­ła, czy praw­da, to im tego nie daru­ję, ani strze­la­nia, ani roz­pu­sty. Jam sama jed­na i sła­ba sie­ro­ta, ich kupa zbroj­na, aleć się nie ulęk­nę…
— My ci pomo­żem! — rzekł Józwa.
— Dla Boga! — mówi­ła Oleń­ka uno­sząc się coraz bar­dziej — niech sobie czy­nią, co  chcą, ale nie tu, w Lubi­czu… Niech będą, jacy chcą, ich to rzecz, ich szy­je odpo­wie­dzą, ale niech pana Kmi­ci­ca nie pod­ma­wia­ją… do roz­pu­sty… Wstyd! Hań­ba!… Myśla­łam, że to żoł­nie­rze nie­zgrab­ni, a to, widzę, zdraj­cy nie­god­ni, któ­rzy i sie­bie, i jego pla­mią. Tak jest! Źle im z oczu patrzy­ło, ale ja, głu­pia, nie pozna­łam się na tym. Dobrze! Dzię­ku­ję wam, ojco­wie, żeście mi oczy na tych juda­szów otwo­rzy­li… Wiem, co mi czy­nić przy­stoi.
— To! To! To! — rzekł sta­ry Kasjan. — Cno­ta przez cię mówi, a my ci pomo­żem.
— Wy pana Kmi­ci­ca nie winuj­cie, bo choć­by co i prze­ciw sta­tecz­no­ści uczy­nił, to mło­dy jest, a oni go kuszą, oni pod­ma­wia­ją, oni zachę­ca­ją do roz­pu­sty przy­kła­dem i hań­bę na jego imię ścią­ga­ją! Tak jest! Pókim żywa, nie będzie tego dłu­go!
Gniew wzbie­rał coraz wię­cej w ser­cu Oleń­ki i zawzię­tość prze­ciw towa­rzy­szom pana Kmi­ci­ca wzra­sta­ła, jak wzra­sta ból w ranie świe­żo zada­nej. Bo też zra­nio­no w niej okrut­nie i miłość wła­sną kobie­cą, i tę ufność, z jaką całe czy­ste uczu­cie odda­ła panu Andrze­jo­wi. Wstyd jej było za nie­go i za sie­bie, a ów gniew i wstyd wewnętrz­ny szu­kał
przede wszyst­kim win­nych.
Szlach­ta zaś rada była, widząc swo­ją puł­kow­ni­ków­nę tak groź­ną i do sta­now­czej woj­ny
war­cho­łów orszań­skich wyzy­wa­ją­cą.
Ona zaś mówi­ła dalej z roz­iskrzo­nym wzro­kiem:
— Tak jest! Oni win­ni i muszą pójść precz, nie tyl­ko z Lubi­cza, ale z całej oko­li­cy.
— My też pana Kmi­ci­ca nie winu­jem, ser­ceż ty nasze — mówił sta­ry Kasjan. — My wie­my, że to oni go kuszą. Nie ze zło­ścią my tu i jadem prze­ciw nie­mu przy­je­cha­li, jeno z żalem, że zbyt­ni­ków przy sobie trzy­ma. Toż i wia­do­mo, że mło­dy, głu­pi. I pan sta­ro­sta
Hle­bo­wicz za mło­du był głu­pi, a teraz nami wszyst­ki­mi rzą­dzi.
— A pies? — mówił wzru­szo­nym gło­sem pacu­nel­ski łagod­ny sta­ru­szek. — Pój­dziesz z mło­dym w pole, a on, dur­ny, zamiast za zwie­rzem iść, to ci koło nóg, padło, swa­wo­li i za poły cię cią­ga.
Oleń­ka chcia­ła coś mówić, ale nagle zala­ła się łza­mi.
— Nie płacz! — rzekł Józwa Butrym.
— Nie płacz, nie płacz!… — powta­rza­li dwaj star­cy.
I tak ją pocie­sza­li, ale nie mogli pocie­szyć. Po ich odjeź­dzie zosta­ła tro­ska, nie­po­kój i jak­by ura­za i do nich, i do pana Andrze­ja. Dum­ną pan­nę bola­ło coraz głę­biej to, że trze­ba było go bro­nić, uspra­wie­dli­wiać i tłu­ma­czyć. A ta kom­pa­nia! Drob­ne ręce pan­ny zaci­ska­ły się na myśl o nich. W oczach jej sta­wa­ły jak­by na jawie twa­rze pana Koko­siń­skie­go, Uhli­ka, Zen­da, Kul­wie­ca-Hip­po­cen­tau­ra i innych — i dostrze­gła w nich, cze­go pier­wej nie widzia­ła; że były to bez­czel­ne twa­rze, na któ­rych bła­zeń­stwo, roz­pu­sta i zbrod­nia wyci­snę­ły pospo­łu swe pie­czę­cie. Obce Oleń­ce uczu­cie nie­na­wi­ści poczę­ło ją opa­no­wy­wać jak parzą­cy ogień. Lecz w tej roz­ter­ce wzra­sta­ła zara­zem z każ­dą chwi­lą ura­za i do pana Kmi­ci­ca.
— Wstyd! Sro­mo­ta! — szep­ta­ła do się dziew­czy­na zbla­dły­mi usty. — Co wie­czo­ra wra­cał ode mnie do dzie­wek cze­lad­nych!…
I czu­ła się sama upo­ko­rzo­na. Nie­zno­śne brze­mię tamo­wa­ło jej oddech w pier­siach.
Mro­czy­ło się na dwo­rze. Pan­na Alek­san­dra cho­dzi­ła po izbie pospiesz­nym kro­kiem i w duszy wrza­ło jej cią­gle. Nie była to natu­ra zdol­na zno­sić prze­śla­do­wa­nia losu i nie bro­nić się im. Rycer­ska krew krą­ży­ła w tej dziew­czy­nie. Chcia­ła­by natych­miast roz­po­cząć
wal­kę z tą zgra­ją złych duchów — natych­miast! Ale co jej pozo­sta­je!… Nic! Jeno łzy i proś­ba, by pan Andrzej roz­pę­dził na czte­ry wia­try tych hań­bią­cych kom­pa­nio­nów. A jeśli tego uczy­nić nie zechce?…


Wyko­rzy­sty­wa­nie pozy­cji w “Moral­no­ści pani Dul­skiej” Gabrie­li Zapolskiej:

ZBYSZKO
Han­ka? jesteś sama?
HANKA
Daj mi pan spo­kój!
ZBYSZKO
Cóż ci za mucha na nos sia­dła?
HANKA
mil­czy
ZBYSZKO
Chodz tu! pokaż mor­decz­kę! cze­goś zła?…
HANKA
mil­czy, tyl­ko coraz ener­gicz­niej sprzą­ta — widać w niej wal­kę wewnętrz­ną.
ZBYSZKO
Taka jesteś brzyd­ka, jak się nad­miesz.
HANKA
nagle
Pew­nie… te pan­ny, co pan od nich wra­ca, to ład­niej­sze.
ZBYSZKO
A! tędy cię wie­dli. O to ci cho­dzi.
HANKA
Mnie o nic nie cho­dzi — tyl­ko nie chcę, żeby mnie pan seko­wał.
ZBYSZKO
Jak będziesz dla mnie lep­sza, to będę w domu sie­dział.
HANKA
Ja ta nie potrze­bu­je. Może se pan iść do tych pan­nów.
ZBYSZKO
Albo to praw­da! Aż się za mną trzę­siesz.
HANKA
Niech pan idzie, bo jesz­cze star­sza pani wej­dzie.
ZBYSZKO
Ale o… Poca­łuj pana w rękę, za to, żeś go roz­gnie­wa­ła.
HANKA
śmie­jąc się
Figa!
ude­rza go po łapie.
ZBYSZKO
A ty szel­mo…
Chce ją objąć — wcho­dzi MELA, któ­ra wyda­je lek­ki okrzyk — potem zaczer­wie­nio­na,
z oczy­ma spusz­czo­ny­mi idzie do for­te­pia­nu — HANKA ucie­ka — MELA sia­da i gra ćwi­cze­nia pię­cio­pal­co­we. Gdy MELA zosta­je sama, chwil­kę gra — potem wsta­je, idzie do poko­ju ZBYSZKA i puka.
MELA
Zbysz­ko!
HANKA
wychy­la gło­wę ze drzwi — nie­ubra­ny
Cze­go?
MELA
tajem­ni­czo
Nie bój­cie się… ja nic mam­ci nie powiem.
ZBYSZKO
Na czy­sto zwa­rio­wa­ła.
MELA
Bo prze­cież to nie wasza wina.
ZBYSZKO
Co?
MELA
nie­śmia­ło
No… Han­ka i ty… jeże­li wy…
ZBYSZKO
A fe! mówić o takich rze­czach? Wstydz się… majt­ki widać, a — taka popsu­ta…
MELA
Ja? ależ Zbysz­ko — ja wła­śnie myślę prze­ciw­nie… ja…
ZBYSZKO
Daj mi spo­kój!
Cho­wa się. MELA stoi smut­na i zamy­ślo­na — pod­cho­dzi do for­te­pia­nu i zaczy­na grać —
w tej chwi­li wpa­da HESIA w płasz­czy­ku i kape­lu­szu. Taki sam płasz­czyk i kape­lusz ma w ręku dla MELI — na zie­mię rzu­ca książ­ki w paskach.


Kon­tek­sty filmowe:

- film „Mustang” – link do VOD​.PL