Dzieci w sieci
Rozmowa z Magdaleną Bigaj i Adamem Mirkiem
Prowadzenie: Aneta Korycińska, Baba od polskiego
Goście: Magdalena Bigaj, badaczka i ekspertka edukacji cyfrowej, oraz Adam Mirek, popularyzator nauki i autor książek dla dzieci.
Miejsce: Festiwal Góry Literatury, Teatr Zdrojowy w Polanicy-Zdroju
Data: 14 lipca 2026 roku
ZAPOWIEDŹ
Szanowni Państwo, dzień dobry po raz kolejny. Witam również osoby, które oglądają nas online. Jesteśmy dziś w Polanicy-Zdroju, na scenie Teatru Zdrojowego. Przed nami rozmowa w ramach Małych Gór Literatury, czyli pasma edukacyjnego skierowanego do dzieci i młodzieży. Tym razem będziemy rozmawiać nie tylko z dziećmi, lecz przede wszystkim o dzieciach.
Spotkanie zatytułowaliśmy „Dzieci w sieci”. Porozmawiamy o tym, jak pomagać młodym osobom odnaleźć się w cyfrowym świecie, nie zagubić się w nim i dbać o higienę cyfrową. Są z nami znakomici specjaliści: Magdalena Bigaj, prezeska i założycielka Fundacji Instytut Cyfrowego Obywatelstwa, oraz Adam Mirek, popularyzator nauki i autor książek dla dzieci. Rozmowę poprowadzi Aneta Korycińska, popularyzatorka wiedzy działająca w internecie, znana jako Baba od polskiego. Zapraszam.
ANETA KORYCIŃSKA
Dzień dobry.
MAGDALENA BIGAJ
Dzień dobry Państwu.
ADAM MIREK
Dzień dobry.
ANETA KORYCIŃSKA
Bardzo się cieszę, że są Państwo z nami. Teoretycznie rozmawiamy o dzieciach w sieci, ale chciałabym porozmawiać również o moim pokoleniu — o dorosłych, którzy przekazują swoje nawyki kolejnym pokoleniom. Widzę, że na widowni jest wiele osób dorosłych, więc chyba uda się zrealizować ten plan.
Mam dziś wspaniałych gości. Sama będę tu jednocześnie prowadzącą i uczennicą. Kucyki są celowe, bo chcę się także uczyć. Będę pytała, ponieważ mam poczucie, że jestem hipokrytką. To mocne słowo, ale z jednej strony wiem, co się ze mną dzieje, kiedy scrolluję, i bardzo tego nie lubię. Od dawna próbuję ograniczać korzystanie z mediów społecznościowych. Używam też aplikacji, o której opowiem później, ponieważ trochę mnie przed nimi chroni. Z drugiej strony edukuję w sieci i zapraszam do niej młode osoby, bo właśnie do nich kieruję swoje treści.
Chcę się więc dowiedzieć, skąd biorą się te mechanizmy i jak mądrze funkcjonować w sieci. Nowa książka Magdaleny Bigaj, „Twój telefon, twoje zasady. Jak dzięki higienie cyfrowej żyć po swojemu”, jest skierowana do młodych odbiorców i pokazuje, że to my mamy zarządzać telefonem. Uważam jednak, że powinni ją przeczytać także dorośli, bo można w niej znaleźć wiele odpowiedzi na pytania, które już sobie stawiamy — albo dopiero zaczniemy sobie stawiać.
Jest z nami również Adam Mirek, którego chyba nie muszę przedstawiać. Opowie, co dzieje się z naszym mózgiem i dlaczego tak bardzo lubimy media społecznościowe.
Taki jest plan rozmowy, co nie znaczy, że publiczność nie może się włączać. Na końcu przewidzieliśmy czas na pytania, ale także w trakcie można machać ręką albo krzyknąć. Światła trochę nas oślepiają, więc chcemy, żeby to rzeczywiście była rozmowa.
Tym, co wyjątkowe w spotkaniu na żywo, są nasze reakcje, ruch, światło, a nawet to, że scena drży, kiedy po niej chodzimy. To wszystko są bodźce, których zwykle brakuje w mediach społecznościowych.
Zacznę więc od pytania, które od dawna mnie dręczy: dlaczego mylimy komunikację internetową z rozmową na żywo? Czy to jest to samo, czy jednak coś zupełnie innego?
MAGDALENA BIGAJ
Nauka zajmuje się tym od dłuższego czasu. Warto odróżnić kontakt od połączenia. Media pozwalają nam się połączyć. Nikt nie mówi przecież, że ma z kimś relację przez telefon albo relację listowną. Z jakiegoś powodu w odniesieniu do internetu częściej mówimy jednak o relacji.
Internet jest medium, które pozwala utrzymywać i podtrzymywać kontakt. Może pozytywnie wpływać na relacje, ale sam w sobie pozostaje tylko połączeniem z drugą osobą.
Byung-Chul Han, niemiecki filozof, celnie zauważa, że w internecie, zwłaszcza w mediach społecznościowych, ludzie stają się jedynie echem nas samych. Nie widzę tam całej osoby — z jej osobowością, historią i wszystkim, co ze sobą niesie. Widzę komentarz pozostawiony pod moim postem albo rolkę dobraną do moich preferencji. Właśnie dlatego algorytm mi ją pokazuje.
Jednocześnie mamy wiele bardzo pierwotnych potrzeb, które internet potrafi pozornie zaspokajać, a właściwie protezować. Człowiek ma potrzebę przynależności do grupy. Uczyliśmy się w szkole, że jest istotą społeczną. W internecie ta potrzeba zostaje sprytnie zagospodarowana, bo czujemy tam jakąś wspólnotę.
To bardzo dobrze, że na przykład osoby należące do mniejszości mogą się dzięki mediom społecznościowym odnaleźć i połączyć. Taki kontakt jest jednak znacznie łatwiejszy niż wyjście z domu, dołączenie do lokalnej grupy i spotkanie obcych ludzi. Spotkanie na żywo może stresować. Inni na nas patrzą, trzeba być uważnym w rozmowie, a przede wszystkim nie można się z niej wylogować w dowolnej chwili.
Mózg chętnie wybiera rozwiązania wymagające mniej energii, dlatego łatwiej nam klikać niż wychodzić do ludzi. Badania pokazują, że samo połączenie przez internet może dawać nam poczucie, że zadanie pod tytułem „jestem z kimś w kontakcie” zostało wykonane.
Mam grupę przyjaciół, których bardzo lubię. Kiedyś łączyły nas bliskie więzi, a dziś trudno nam spotkać się dwa razy w roku, bo codziennie rozmawiamy na komunikatorach. Mam więc wrażenie, że pozostajemy w kontakcie. Kiedy jednak wreszcie się widzimy, okazuje się, że nie jest już tak łatwo prowadzić bliską, szczerą rozmowę i otworzyć się przed sobą. Onieśmiela nas obecność człowieka, który pojawia się przed nami w całej swojej złożoności — nie jako echo nas samych.
ANETA KORYCIŃSKA
Czasami nawet ze sobą nie piszemy. Wystarczy, że kogoś obserwujemy i oglądamy jego relacje. Mamy wtedy poczucie, że wiemy, co u tej osoby słychać, gdzie spędzała wakacje i co się u niej dzieje. Właściwie nie musimy już z nią rozmawiać.
W podobny sposób zupełnie obcy ludzie stają się nam bliscy. Tak powstają relacje paraspołeczne z twórcami internetowymi i influencerami. Odbiorca ma poczucie, że zna daną osobę, ponieważ bardzo dużo o niej wie. Nierzadko wie nawet więcej niż o swoich znajomych, bo twórcy publikują wiele szczegółów ze swojego życia.
MAGDALENA BIGAJ
To prawda. Dużo o tym myślę i nie chciałabym wartościować tych kontaktów w prosty sposób: że relacje offline są dobre, a internetowe nic nie znaczą. Każdy z nas spotkał w sieci kogoś inspirującego, od kogo wiele się nauczył. To niewątpliwie ma wartość.
Pół roku temu zawiesiłam działalność w mediach społecznościowych. Przygotowywałam się do tego ponad dwa lata. Od tamtej pory uważnie obserwuję nie tylko korzyści, lecz także straty. Rezygnacja z aktywności w mediach społecznościowych nie daje wyłącznie zysków. Czasami tęsknię za osobami, które znałam osobiście tylko przez chwilę, a potem przez lata obserwowałam online.
Muszę się jednak pogodzić z tym, że moje życie nie pomieści wszystkich ciekawych ludzi, których mogłabym poznać. Jest ich nieskończenie wielu. Ta świadomość bardziej motywuje mnie do wychodzenia z domu. Nie mogę już codziennie obserwować świetnej poetki i reżyserki Uli Morgi, ale kiedy jestem w Gdańsku, odzywam się do niej i proponuję kawę. Wcześniej myślałam: „Przecież jesteśmy w bieżącym kontakcie, nie będę jej zawracać głowy”.
ANETA KORYCIŃSKA
To ciekawe, bo dzięki internetowi można mieć poczucie znajomości z osobami, które widziało się zaledwie raz czy dwa. Sama jestem wielką fanką Uli Morgi i jej najnowszego tomu poezji. Ciebie, Adamie, również poznałam dzięki internetowi. Widzimy się dopiero drugi raz w życiu, a ja już wiem, że bardzo lubisz słodkie jagodzianki. Coś o drugim człowieku wiemy i na tej podstawie układamy sobie jego obraz.
ADAM MIREK
Chciałem wrócić do tego, co powiedziałaś na początku: że obecność twórcy w mediach społecznościowych może wyglądać na hipokryzję, bo z jednej strony jest tam aktywny, a z drugiej wie, że nie wszystko jest dobre.
Długo się z tym mierzyłem i doszedłem do wniosku, że ludzie i tak będą w mediach społecznościowych. Skoro już tam są, dobrze, żeby mogli trafić nie tylko na treści, które młodzież nazywa „brainrotem” i które niczego wartościowego nie wnoszą, lecz także na wiedzę, inspirację albo zachętę do pozytywnego działania w rzeczywistości. W moim przypadku może to być impuls, żeby ktoś przeprowadził eksperyment albo przeczytał książkę.
Tak widzę zadanie twórców. Media społecznościowe istnieją i prawdopodobnie długo jeszcze będą istnieć. Są tam prawie wszyscy, ale to nie znaczy, że muszą się tam znajdować wyłącznie złe treści.
MAGDALENA BIGAJ
Powiem coś, co może poprawić nam samopoczucie. Wielu twórcom towarzyszy uczucie: „Używam, ale się brzydzę”. Nie wynika ono z tego, że z nami jest coś nie tak. Media społecznościowe, gry cyfrowe i niektóre produkty oparte na sztucznej inteligencji są projektowane w taki sposób, żebyśmy tracili kontrolę nad uwagą. Problem tkwi więc również w narzędziach, z których korzystamy.
Z najpopularniejszych platform korzystają miliardy ludzi. Technologiczna dziennikarka Gosia Fraser, pytana, dlaczego nadal używa mediów społecznościowych, skoro tak ostro je ocenia, odpowiedziała kiedyś: „Gramy tym, co mamy”. Na razie nie dysponujemy równie skutecznym narzędziem dotarcia do szerokiej publiczności. Możemy przenieść się na niszowy serwis, taki jak Mastodon, ale wtedy będziemy mówić do niewielkiej bańki, a przecież nie o to chodzi.
Moje wycofanie było decyzją całkowicie osobistą. Nie zachęcam wartościowych twórców do zamykania profili. Zachęcam natomiast do krytycznego sprawdzania, ile ta obecność nas kosztuje, i do szukania sposobów ochrony.
Media społecznościowe są narzędziami codziennego użytku, ale z winy ich twórców pozostają niedoskonałe. Potrzebujemy więc własnych zapór: aplikacji ograniczających dostęp albo zasad, zgodnie z którymi twórca jest dostępny tylko w określonych godzinach, a później wraca do prywatnego życia — również wtedy, gdy nadal jest online.
To samo dotyczy odbiorców. Na tym polega higiena cyfrowa. Nie zabiera nam życia, lecz je oddaje. Mówi: „Używaj, ale tak, żeby telefon nie odbierał ci snu, ruchu ani czasu na nudę”. Nudzenie się z telefonem w dłoni nie jest prawdziwą nudą. To dalsze pakowanie informacji do przeciążonego mózgu.
ANETA KORYCIŃSKA
Do nudy jeszcze wrócimy, bo z pedagogicznego punktu widzenia jest bardzo ważna. Musimy się czasem nudzić.
Pracuję online i wiem, że internet bardzo ułatwia życie. Rodzice nie muszą wozić dziecka na zajęcia dodatkowe, czekać na nie i wracać do domu. To naturalne, że lubimy rozwiązania, dzięki którym jest prościej. Większość takich udogodnień ma nam dawać więcej czasu.
Czy jednak rzeczywiście czujemy, że mamy go dużo? Czy dzięki mediom społecznościowym i narzędziom takim jak ChatGPT mamy więcej wolnego czasu? Dlaczego tak często mówimy: „Nie mam czasu przeczytać książki”? Kiedy widzę książkę liczącą pięćset stron, myślę: „Uwielbiam czytać, ale czy autor miał dla mnie szacunek? Kiedy ja to przeczytam?” Jak to możliwe, że otaczają nas kolejne ułatwienia, a my nadal nie mamy czasu?
ADAM MIREK
Media społecznościowe potrafią ten czas pożreć. Dlatego mamy wrażenie, że go brakuje. Kiedy później sprawdzamy statystyki korzystania z telefonu, okazuje się, że ktoś spędził sześć, siedem, osiem, a nawet dziesięć godzin dziennie przed ekranem.
To właśnie jest czas, o którym mówimy, że go nie mamy. W ciągu mniej więcej dziesięciu godzin można przeczytać pięćset stron książki.
ANETA KORYCIŃSKA
Jedna z myśli z książki Magdaleny szczególnie mnie uderzyła: nie masz czasu, bo scrollowałaś. [śmiech]
MAGDALENA BIGAJ
Sprawdź statystyki i zobacz, ile naprawdę masz czasu. Oczywiście sprawa jest bardziej złożona. Bywają chwile, kiedy łatwo rozpoznać zmarnowany czas. W książce cytuję młodą osobę, Hanię, która mówi mniej więcej tak: „Przychodzi wieczór. Myślę, że zrobię coś fajnego, wyjdę ze znajomymi albo zajmę się czymś ciekawym. Nagle po dwóch czy trzech godzinach na platformie społecznościowej czuję obrzydzenie, bo znowu przescrollowałam cały wieczór”.
Taki czas łatwo zauważyć: zamiast zrobić coś innego, spędziłam wieczór na przewijaniu treści. Znacznie więcej czasu tracimy jednak w krótkich momentach rozsianych po całym dniu — i tego prawie nie zauważamy.
Pracujemy przy komputerze, więc długo siedzimy i cierpią na tym plecy. Czasami żartuję, że zawodem przyszłości nie będzie operator chmury danych ani specjalista od sztucznej inteligencji, tylko fizjoterapeuta. Już dziś bardzo wiele osób ma problemy z kręgosłupem.
Wstajemy od biurka, żeby zrobić sobie kawę. Zamiast odpocząć, wyprostować szyję, spojrzeć na drugiego człowieka albo przez okno, zaczynamy scrollować, bo „przecież należy mi się chwila przerwy”. Jedziemy tramwajem, jest gorąco, trzęsie, dookoła są obcy ludzie — i znowu sięgamy po telefon. Pozwala nam odciąć się od niewygodnej sytuacji.
Tymczasem scrollowanie nie jest skutecznym odpoczynkiem. Ciało pozornie się nie rusza, ale szyja pozostaje pochylona. Pojawiają się problemy nazywane potocznie „smartfonową szyją” albo „smartfonowym garbem”, obserwowane już także u dzieci. Głowa waży kilka kilogramów, ale przy dużym pochyleniu obciążenie kręgosłupa wyraźnie rośnie. A my często trzymamy telefon nisko, przy klatce piersiowej, jak „mój skarb”, żeby nikt nie podejrzał ekranu.
Czas pochłaniają nie tylko media społecznościowe i gry online, lecz także aplikacje zakupowe. Kto nigdy nie wszedł na Vinted albo OLX w poszukiwaniu konkretnej rzeczy, a potem nie wpadł w niekończącą się króliczą norę, niech pierwszy rzuci smartfonem.
Dla mnie świadomość tych strat była ważną motywacją, żeby uporządkować własne nawyki związane z telefonem. Pomogły mi książki. Przed dłuższym urlopem zabrałam mały czytnik PocketBook, który mieścił się w nerce. Nosiłam go ze sobą przez trzy tygodnie. Za każdym razem, kiedy kusiło mnie, żeby poscrollować, sięgałam po czytnik. Akurat czytałam „Tristana 1946” Marii Kuncewiczowej — powieść o miłości osadzoną w realiach historycznych.
Muszę jeszcze poszukać badań na ten temat, ale samo klikanie przycisku czytnika i pojawianie się nowej strony było chyba jakimś substytutem klikania w telefon. Dawało mi drobną gratyfikację. Ostatecznie wiele z tych zachowań wiąże się przecież z układem nagrody, stale pobudzanym przez nieustanne przewijanie treści. Jesteśmy jak chomik w kołowrotku: czekamy na kolejną małą nagrodę.
ANETA KORYCIŃSKA
Bardzo często pada tu słowo „dopamina”. Jako osoba z ADHD zwykle słyszę, że potrzebuję dopaminy. [śmiech] Adamie, wyjaśnij, czego właściwie potrzebuję do życia.
ADAM MIREK
O dopaminie mówi się dziś bardzo często. Nazywa się ją hormonem przyjemności albo hormonem nagrody, choć nie jest to ścisłe określenie. Dopamina jest przede wszystkim neuroprzekaźnikiem związanym z motywacją, uczeniem się i oczekiwaniem na nagrodę. Szczególnie silnie działa wtedy, kiedy czujemy, że nagroda jest blisko i możemy ją za chwilę zdobyć.
Wyobraźmy sobie człowieka żyjącego sto tysięcy lat temu. Rzuca oszczepem w antylopę i nie trafia. Mózg może mu podpowiedzieć: „Nie ma sensu, poddaj się”, albo: „Było blisko, nagroda jest w zasięgu ręki, spróbuj jeszcze raz”. Ten drugi komunikat motywuje do kolejnej próby.
ANETA KORYCIŃSKA
Jak w zdrapkach.
ADAM MIREK
Właśnie tak. Upraszczając: największe pobudzenie pojawia się tuż przed możliwą nagrodą. Na podobnej zasadzie działa hazard — automaty, jednoręcy bandyci, a nawet automaty z maskotkami, w których chwytak podnosi zabawkę i wypuszcza ją tuż przed otworem. Nagroda była prawie w zasięgu ręki, więc próbujemy jeszcze raz.
Mechanizmy te kształtowały się przez bardzo długi czas i są w mózgu mocno zakorzenione. Smartfony, scrollowanie i media społecznościowe to zjawiska bardzo nowe. Kilkanaście lat nie wystarcza, żeby mózg przestawił się z mechanizmów, które pomagały przetrwać na sawannie.
Każde przesunięcie palcem uruchamia oczekiwanie, bo nie wiemy, co zobaczymy w następnym filmie. Może czeka na nas śmieszny kot, interesująca informacja, kolejna drama, żart, quiz, gra albo przedmiot, który chcielibyśmy kupić. Czasami nagrodą staje się już samo dodanie produktu do koszyka. Nie musimy nawet finalizować zakupu — wystarcza przeglądanie.
To bardzo łatwy i szybki sposób zdobywania nagród. Pasuje mózgowi, który lubi oszczędzać energię i wybierać skróty. Przeczytanie książki wymaga zupełnie innego rodzaju uwagi i większego wysiłku.
Dlatego media społecznościowe tak skutecznie nas wciągają. Algorytmy są projektowane po to, żebyśmy spędzali na platformach jak najwięcej czasu. Ich twórcy znają mechanizmy naszego mózgu i wykorzystują uwarunkowania ewolucyjne, by jak najdłużej utrzymywać uwagę.
Wieczorem, po całym dniu pracy i obowiązków, mózg szczególnie domaga się szybkiej gratyfikacji. Myślimy: „Dzieci już śpią, cały dzień było głośno, czy nie należy mi się czterdzieści minut memów?” I w ten sposób nagradzamy się dalszym pobudzeniem. Te same układy mózgowe uczestniczą również w rozwoju uzależnień od substancji i zachowań.
ANETA KORYCIŃSKA
Czyli nagradzam się czymś, co może mi szkodzić.
MAGDALENA BIGAJ
Tak. I nie chodzi już tylko o podejrzenie, że ktoś wykorzystuje te mechanizmy. Mamy wiele dowodów na to, że twórcy mediów społecznościowych, gier i innych usług cyfrowych projektują produkty tak, aby przejmowały uwagę.
Internet nie jest odrębnym, „wirtualnym” światem. Kiedy z niego korzystamy, trafiamy do sklepów i na ludzi oferujących określone produkty. Nie ma nic złego w tym, że firmy chcą zarabiać, ale ich intencje i metody bywają różne. Istnieją usługi publiczne — chociaż patrząc na niektóre rozwiązania w PUE ZUS, czasem można się zastanawiać, jaka była intencja projektanta. [śmiech]
ANETA KORYCIŃSKA
Tam zwodnicze interfejsy, czyli „dark patterns”, osiągają wyższy poziom wtajemniczenia. [śmiech]
MAGDALENA BIGAJ
Facebook, Instagram i TikTok są produktami komercyjnymi. Max Fisher w książce „W trybach chaosu” na podstawie licznych źródeł opisuje intencje osób tworzących między innymi Facebooka.
Sean Parker, pierwszy prezes Facebooka, mówił otwarcie, że platforma wykorzystuje słaby punkt ludzkiej psychiki i co jakiś czas daje użytkownikowi małą „dawkę dopaminy”. Dziś przedstawiciele Mety nie użyliby takiego języka. Przeciwko firmie toczą się procesy, więc słyszymy raczej zapewnienia o trosce o użytkowników oraz sugestie, że odpowiedzialność spoczywa wyłącznie na rodzicach.
Wypowiedź Parkera pokazuje jednak założenia, które od początku towarzyszyły projektowaniu tych produktów. Dolina Krzemowa przez lata finansowała badania nad skutecznym wpływaniem na użytkowników: nad tym, jak manipulować uwagą, skłaniać ludzi do częstszego klikania i kupowania oraz sprawiać, żeby nie zauważali tych mechanizmów.
Przykładem jest nieskończone przewijanie, czyli „infinite scroll”. Dzisiaj czasami nie trzeba już nawet przesuwać ekranu. Uruchamiamy TikToka i kolejne filmy pojawiają się automatycznie. Nie mam TikToka, ale widziałam go u teściowej. Kiedyś walnęłam ręką w stół i powiedziałam: „W tym domu pod tym dachem nikt nie będzie miał TikToka poza mamusią”. I rzeczywiście mamusia ma, więc wiem, jak to wygląda. [śmiech]
Podobnie działają relacje na Instagramie — można oglądać je niemal bez końca. Algorytmy podają nam treści, które mają wywołać silne emocje: zainteresowanie, strach, śmiech, oburzenie albo poczucie, że mamy wspólnego wroga. Jednym ze skutków jest polaryzacja społeczna i coraz większy problem z prowadzeniem dialogu, bo ludzie zamykają się we własnych bańkach.
Te systemy oddziałują na naszą psychikę i na pierwotny instynkt łowcy, który lubi niespodzianki i chce być dobrze poinformowany. Jeden z twórców Facebooka mówił o „pętli społecznej walidacji”. Mówiąc prościej: w każdym z nas siedzi trochę gołębia.
W klasycznych badaniach nad zmiennym rozkładem wzmocnień gołębie otrzymywały pokarm według różnych schematów. Kiedy nagroda pojawiała się za każdym razem, sytuacja była przewidywalna. Kiedy raz się pojawiała, a kilka razy nie, zwierzęta znacznie silniej angażowały się w kolejne próby. Zamiast spokojnie jeść z pewnego źródła, uparcie wybierały to, które czasem nagradzało, a czasem nie.
Dziewczyny, to jest także opowieść o tym, dlaczego „nowa dziewczyna” może się komuś wydać bardziej ekscytująca niż „stara żona”: ta druga jest przewidywalna, a pierwsza niesie niespodziankę. [śmiech] Niepewność bardzo nas pobudza. Media społecznościowe wykorzystują ten sam mechanizm co gry hazardowe.
ADAM MIREK
Tak samo działają gry i teleturnieje, w których można wybrać pewne pięćset złotych albo zaryzykować: wygrać dziesięć tysięcy lub nie dostać nic. Gdzieś w głębi mózgu ciągnie nas do drugiej opcji. Jest niespodzianka, istnieje szansa na większą nagrodę, a jeżeli nie wygramy nic, możemy powiedzieć, że przynajmniej była zabawa.
Dopiero później włącza się logiczne myślenie i podpowiada, że rozsądniej byłoby wziąć pewną sumę niż w ciemno wybierać kopertę albo walizkę.
ANETA KORYCIŃSKA
Wiemy już, dlaczego tak chętnie korzystamy z internetu. Nie wszystko jest przecież złe. Ogromną zaletą jest choćby dostęp do bezpłatnej edukacji. Chcę nauczyć się haftować — znajdę filmy, zdjęcia i instrukcje. Internet daje niezwykłe możliwości.
Z drugiej strony mam też wątpliwość dotyczącą naszych treści edukacyjnych. Czy świat poradzi sobie bez kolejnego filmu, w którym wyskakuję z lodówki i opowiadam o „Latarniku” Sienkiewicza? Prawdopodobnie tak. Zastanawiam się więc, czy sama nie dokładam się do przeciążenia czyjejś uwagi.
Nie wiem, czy chciałabym, żeby moje dziecko bez przerwy oglądało krótkie filmy, nawet bardzo mądre i ciekawe. Moja starsza córka ma trzy i pół roku. Kiedy zobaczy ekran z bajką — może dlatego, że na co dzień prawie go nie ogląda — przestaje do niej docierać cokolwiek innego. Widzę, jak ekran pochłania uwagę. Sama też potrafię przytakiwać komuś podczas rozmowy, choć w rzeczywistości jestem zajęta czymś „ważnym” w telefonie.
Mam wrażenie, że edukacja o dzieciach w sieci jest tak naprawdę skierowana przede wszystkim do dorosłych, którzy zachłysnęli się możliwościami technologii.
Podam przykład związany z mechanizmem nagrody. Mówię przy telefonie, że potrzebuję różowej kurtki. Za chwilę Vinted proponuje mi dokładnie taką, jakiej szukałam. Moja mama mówi zachwycona: „Świetnie, nie muszę scrollować i szukać. Kurtka sama do mnie przyszła”. A ja myślę: „Dobrze, ale co z prywatnością, prawami człowieka, energią zużywaną przez systemy i informacjami, które oddajemy o sobie oraz rodzinie?” Jaką cenę płacimy za to, że różowa kurtka pojawia się natychmiast?
Rozumiem jednak tę radość. Pokolenie moich rodziców pamięta czasy, kiedy zdobycie czegoś w sklepie wymagało ogromnego wysiłku. Dzisiaj produkt pojawia się jak prezent od wróżki zębuszki.
Internet jest cudowny i wiele nam daje. Można mieszkać na końcu świata, a mimo to uczestniczyć online w festiwalu. Pytanie brzmi: co przy tym tracimy? Może właśnie tak będzie wyglądało życie i trzeba się do niego przyzwyczaić? Czy nie przesadzamy z mówieniem o higienie cyfrowej? Jaka jest ciemna strona tego pięknego świata różowych kurtek?
ADAM MIREK
Musimy nauczyć się z tym żyć i rozmawiać o tych mechanizmach. Czasem może to brzmieć jak demonizowanie technologii, ale chodzi o zrozumienie, które daje większą kontrolę nad własnym zachowaniem.
Technologie są narzędziami. Sposób ich używania powinien zależeć od nas. Warto więc przyjrzeć się sobie i zapytać: co internet odbiera właśnie mnie? Sen? Relacje? Hobby i pasje? Umiejętność skupienia się na czymś przez pół godziny, a może nawet przez kilka minut?
Na pewnym etapie potrzebna jest osobista refleksja. Każdy powinien ustalić, w jakim zakresie chce korzystać z narzędzi oferowanych przez technologię i gdzie postawi granicę.
MAGDALENA BIGAJ
Zgadzam się, choć trzeba użyć nielubianego sformułowania: to zależy. Wiele wynika z indywidualnych cech człowieka — dotyczy to dzieci i nastolatków, lecz także dorosłych.
Niektóre osoby mają więcej zasobów wewnętrznych i zewnętrznych. Mówiąc prościej: ich cechy psychiczne sprawiają, że mniej przejmują się oceną innych, więc media społecznościowe nie działają na nie aż tak destrukcyjnie. Mają też oparcie w bliskich i tak zwanego bezpiecznego dorosłego, do którego mogą przyjść z każdym problemem.
Ryzyko rośnie wtedy, kiedy czegoś nam brakuje i próbujemy zastąpić to internetem. Wtedy sieć może szczególnie wciągać. Mam powiedzenie: „Pokaż mi, co obserwujesz w sieci, a powiem ci, czego ci brakuje”. Czasem brakuje nam informacji, a czasem poczucia własnej wartości, akceptacji, tożsamości albo własnej drogi.
Negatywnych skutków może być wiele. Nie chcę nimi epatować, ale skala krzywdzenia w sieci jest dziś bardzo duża. Trzeba przy tym pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze, żeby korzystanie z technologii rzeczywiście zależało od nas, musimy rozumieć mechanizmy jej działania. Sama wiedza jednak nie chroni — chronią zachowania.
Zajmuję się higieną cyfrową zawodowo i naukowo, a mimo to mam słabe punkty i cały czas muszę się pilnować. Moje dzieci dorastały przy tej tematyce. Karmiłam piersią i jednocześnie udzielałam wywiadu, gotowałam zupę i rozmawiałam przez telefon. Moja piętnastoletnia córka mogłaby dziś prawdopodobnie poprowadzić za mnie wykład, a mimo to telefon również bardzo ją kusi.
Rodzice nie powinni więc myśleć, że robią coś źle tylko dlatego, że stawiają granicę, a dziecko nadal ją przekracza albo się obraża. Gdyby dorastające dziecko powiedziało: „Dobrze, mamusiu, bardzo ci dziękuję, że pozwalasz mi korzystać z telefonu tylko pół godziny dziennie i nie pozwalasz na media społecznościowe”, wtedy dopiero warto byłoby się zaniepokoić. [śmiech]
Bunt, dyskusja i sprawdzanie granic są zdrowe. Dziecko czuje się bezpiecznie wtedy, kiedy granice rzeczywiście istnieją.
Pamiętam spotkanie z przedstawicielem młodzieży. Chłopak opowiadał: „W naszej szkole jest zakaz używania telefonów. Kiedy chcę skorzystać, chowam się w toalecie. Wiem jednak, że łamię zasadę — i właśnie to sprawiło, że zacząłem używać telefonu rzadziej”. Podobnie działa zasada domowa. Jeżeli mówimy, że po dwudziestej drugiej nie używamy telefonu, a dziecko mimo to po niego sięgnie, zapamięta, że złamało konkretną regułę. To zupełnie co innego niż dorastanie w domu, w którym wolno korzystać bez ograniczeń.
Mnie osobiście doskwierały dwie rzeczy. Po pierwsze, media społecznościowe budziły ogromny lęk. Jako działaczka społeczna wpadałam czasami w technofatalizm — przekonanie, że rozwój technologii nieuchronnie prowadzi w złą stronę — kiedy widziałam cynizm firm technologicznych. Denerwowało mnie też, gdy influencerzy parentingowi lub edukacyjni występowali na wydarzeniach TikToka i przekonywali, że platforma jest świetnym narzędziem do nauki. Owszem, można znaleźć tam ciekawostki, ale nie wolno mówić nauczycielom, że mają teraz „pajacować” na lekcji, skoro w ciągu czterdziestu pięciu minut muszą coś rzetelnie wyjaśnić.
Bardzo przeżywałam również krzywdy, które widziałam w internecie. W pewnym momencie zrozumiałam, że nie mogę stale narażać się na takie emocje.
Drugim problemem był brak czasu. Opisuję to w książce dla młodych. W styczniu 2024 roku spełniło się moje wielkie marzenie: dostałam telefon z miesięcznika „Pismo” z propozycją prowadzenia rubryki felietonowej. Moją pierwszą reakcją było: „Nie mam czasu”. Po chwili pomyślałam: „Magda, chwila. Na co właściwie masz czas?”
Jechaliśmy wtedy na ferie. W samochodzie otworzyłam zeszyt, podzieliłam kartkę na cztery części i zaczęłam pisać.
W pierwszej części zapisałam, o czym marzę i czym naprawdę chciałabym się zajmować. Chciałam więcej pisać.
W drugiej wypisałam, co muszę robić, żeby to osiągnąć: pisać, czytać, analizować, interesować się światem i spotykać z ludźmi.
W trzeciej odpowiedziałam na pytanie, co zabiera mi obecnie najwięcej czasu. Odpowiedź brzmiała: media społecznościowe.
W czwartej zapisałam, co w takim razie powinnam usunąć ze swojego życia.
Uświadomiłam sobie, że kiedy pojawiał się ważny temat — na przykład ministerstwo ogłaszało pomysł dotyczący telefonów w szkołach — natychmiast pisałam post. Pracowałam nad nim trzy godziny, publikowałam, a potem odpowiadałam na komentarze. Dzisiaj noszę temat w sobie dłużej. Raz w miesiącu przygotowuję porządny, udokumentowany tekst, nad którym pracuję kilkanaście godzin. Świat się nie zawalił tylko dlatego, że wypowiadam się raz w miesiącu, zamiast codziennie „wypstrykiwać się” w mediach społecznościowych.
To była moja osobista historia. Media zabierały mi za dużo czasu, bo właśnie tak reagowała moja psychika. Nie przeczę jednak, że inni mogą lepiej ułożyć swoją obecność w sieci i rozsądniej rozdzielać czas.
ADAM MIREK
Ja też mogę powiedzieć, co odebrały mi media społecznościowe z perspektywy osoby, która w nich pracuje. Poświęcałem dużo czasu na tworzenie treści, autopromocję, sprzedaż własnych produktów i inne działania zarobkowe.
Zauważyłem, że telefon sprawia, iż pracuję właściwie bez przerwy: od chwili przebudzenia do momentu zaśnięcia. Czasu nie brakowało mi na samą pracę; brakowało go natomiast na odpoczynek, znajomych, rodzinę, czytanie, spacer i aktywność fizyczną.
Cały czas byłem w pracy, bo trzeba było czytać komentarze, odpowiadać, planować posty, nagrywać, montować, publikować, odpisywać na wiadomości, dodawać relacje i sprawdzać, co opublikowali inni.
ANETA KORYCIŃSKA
Już jestem zmęczona.
ADAM MIREK
A to trwało przez cały dzień. W pewnym momencie zrozumiałem, że telefon jest moim biurem. Ludzie, którzy pracują stacjonarnie, nie spędzają przecież w biurze całej doby. Przychodzą o określonej godzinie i wychodzą. Po pracy mogą wyjść z biura i przestać o niej myśleć.
Skoro smartfon był moim biurem, potrzebowałem drugiego telefonu do prywatnego kontaktu. Kupiłem prosty telefon z klapką, bez internetu i mediów społecznościowych, jak dwadzieścia lat temu. Numer znają tylko najbliżsi. Używam go po południu, w weekendy i na wyjazdach. Świat się nie zawalił.
Pierwszą rzeczą, którą odebrały mi media społecznościowe, był więc czas wolny — zamieniły go w czas pracy. Drugą rzeczą był sen.
Nie chodziło wyłącznie o to, że zamiast spać, scrollowałem. Kiedy długo przewijałem treści przed snem, nie mogłem później zasnąć. Jakość snu gwałtownie spadała, a rano trudno było się obudzić, bo byłem niewyspany.
Pierwszą czynnością po przebudzeniu znów było scrollowanie. Miało mnie pobudzić i od razu wprowadzić do pracy. Przed snem spędzałem na telefonie godzinę albo półtorej, a rano kolejne czterdzieści minut lub godzinę. To był czas, który mógłbym przeznaczyć na sen.
Długo tłumaczyłem sobie, że muszę mieć smartfon w sypialni, bo potrzebuję budzika z funkcją drzemki i kilkoma alarmami. Potem odkryłem rzecz zaskakującą: istnieją budziki, które nie są telefonami. Są nawet nowoczesne modele z kilkoma alarmami i drzemką. Mój prosty telefon również może służyć jako budzik.
Wprowadziłem zasadę, że smartfon nie ma wstępu do sypialni. Zostaje na biurku, przy którym pracuję. Zauważyłem wyraźną poprawę jakości snu: łatwiej zasypiam, wcześniej kładę się spać i znacznie łatwiej wstaję. Sen jest jedną z najważniejszych rzeczy, które udało mi się odzyskać dzięki ograniczeniu mediów społecznościowych.
ANETA KORYCIŃSKA
Na widowni są młode osoby. Kiedy byłam nastolatką i dorośli mówili: „Nie można żyć tak niezdrowo”, myślałam sobie: „A Lemmy Kilmister z Motörhead jakoś żyje”. Sam argument dotyczący jakości snu może więc nie przekonać młodego człowieka.
Powiedzmy konkretnie, jak sen wpływa na jakość życia i co właściwie oznacza „jakość życia”. Magdalena używa metafory doby podzielonej jak pizza na dwadzieścia cztery kawałki. Osiem albo dziewięć oddajemy na sen. Potem dochodzą szkoła, praca, obowiązki i dojazdy. Ile kawałków zostaje nam naprawdę?
Wiele czasu oddajemy mediom społecznościowym i internetowi. Wchodzimy tylko na chwilę, żeby coś sprawdzić, ale ta chwila nigdy nie trwa chwilę. Uwagę przejmuje kolejny temat i nagle czytamy o hodowli krewetek. Mówię z własnego doświadczenia, bo natychmiast wpadam w nową pasję. Uwielbiam też grę pod tytułem „Wikipedia”: przechodzenie od hasła do hasła bez końca. A przecież miałam tylko opłacić ZUS albo kupić bilet.
Młodzi ludzie często słyszą, że powiadomienia podczas nauki właściwie nie przeszkadzają, że muzyka może grać w tle, a skoro mama i tata wykonują wiele czynności jednocześnie, oni również potrafią robić wszystko naraz. Wokół funkcjonuje wiele mitów o człowieku i jego ciele. Jak jest z wielozadaniowością?
MAGDALENA BIGAJ
Wielozadaniowość to w dużej mierze korporacyjny wymysł, dzięki któremu pracownikom można było powierzać więcej zadań. Nie potrafimy świadomie wykonywać jednocześnie dwóch wymagających zadań poznawczych. Zwykle szybko przerzucamy uwagę z jednego obiektu na drugi.
Niedawno byłam na Slot Art Festivalu. Podczas mojego spotkania jedna z uczestniczek robiła na drutach. Doświadczona osoba wykonuje taki ruch automatycznie. Może słuchać wykładu, a ręce same tworzą czapkę. Kiedy jednak spadnie oczko, uwaga natychmiast odrywa się od wypowiedzi i skupia na naprawieniu robótki.
Tak samo jest z telefonem. Kiedy próbujemy pracować i po niego sięgamy, przerywamy zadanie. Uwaga na chwilę przechodzi na ekran, a potem musimy wrócić do wcześniejszej czynności. Odzyskanie pełnej koncentracji może zająć od kilku do kilkunastu minut — zależnie od człowieka, rodzaju zadania i wyćwiczenia uwagi.
Właśnie dlatego podczas zajęć mówimy młodzieży, że higiena cyfrowa niczego jej nie odbiera, tylko oddaje. Kiedy na czas nauki schowasz telefon albo wyniesiesz go z pokoju, szybciej opanujesz materiał i zostanie ci więcej wolnego czasu. Kiedy podczas pisania albo nauki co chwilę zaglądasz do telefonu lub otwartej gry, zadanie rozciąga się niemal w nieskończoność. Mówiąc językiem młodzieży: wszystko po prostu się zamula.
Moja córka zabrania mi zresztą mówić młodzieżowym językiem. Nie wolno mi twierdzić, że coś jest „cringe’owe”, chociaż doskonale rozumiem te słowa. Nie pozwala mi też wykonywać określonych gestów. [śmiech]
Sama zdolność szybkiego przełączania uwagi bywa oczywiście potrzebna. Kiedy idziemy i widzimy, że z drzewa spada konar, musimy się uchylić. Nie twierdzę więc, że jest zła. Problem pojawia się wtedy, kiedy telefon nieustannie przerywa czynności wymagające skupienia.
Druga sprawa dotyczy sztucznej inteligencji. Nie wierzcie w opowieści, że AI na pewno nas zastąpi i dlatego musimy korzystać z niej bardzo intensywnie, bo w przeciwnym razie wydarzy się coś strasznego. Czasami mam wrażenie, że eksperci, którzy na siłę wciskają nam te narzędzia, nie mówią jasno, co właściwie zyskamy po zautomatyzowaniu wszystkiego. Straszą natomiast, że coś stracimy, jeżeli tego nie zrobimy.
Sztuczna inteligencja jest narzędziem, ale nie wolno oddawać jej tego, co rozwija nasze własne talenty. Jeżeli twoim talentem jest wymyślanie historii, musisz nadal robić to samodzielnie, bo tylko w ten sposób będziesz coraz lepszy. Jeżeli twoim talentem jest mówienie, samodzielnie układaj przemówienia. W przeciwnym razie zaczniesz posługiwać się językiem modelu.
Mogę teraz powiedzieć coś w stylu AI: „To nie jest kwestia urządzeń, to kwestia sposobu, w jaki człowiek ich używa. Musimy korzystać z nich świadomie, bezpiecznie i odpowiedzialnie”. Klasyczna triada retoryczna: trzy przymiotniki, a do tego konstrukcja „to nie jest to, lecz tamto”.
Najgorsze, że już bada się wpływ takiego przekazu na nasz język. Kiedy obcujemy z wieloma podobnymi tekstami, sami zaczynamy tak mówić. Gdy widzę tekst napisany takim stylem, przestaję go czytać, bo jako osoba pisząca boję się, że ten język do mnie przylgnie.
Ostatnio powiedziałam do męża: „To nie jest kwestia wynoszenia śmieci, to kwestia równego podziału obowiązków”. I natychmiast pomyślałam: „Bigaj, Bigaj GPT”. [śmiech]
Język naprawdę się do nas przykleja. Kiedyś mój mąż, jeszcze wtedy chłopak, wyjechał za granicę. Spędzałam dużo czasu z pewnym Kaszubem. Gdy partner wrócił, zapytał: „Dlaczego tak dziwnie mówisz?” Oczywiście było to bardzo dawno, zanim zostaliśmy małżeństwem, więc się nie liczy. [śmiech]
Uczymy się przez obserwację, jak zwierzęta. Małe wilki patrzą na dorosłe i w ten sposób dowiadują się, co robić. My również przyswajamy język i wzorce z treści, z którymi stale obcujemy.
Piszę o tym do młodych osób w książce „Twój telefon, twoje zasady. Jak dzięki higienie cyfrowej żyć po swojemu”. Higiena cyfrowa oznacza przede wszystkim zdrowe nawyki. Nie istnieje jeden idealny zestaw zasad dla wszystkich, choć spanie bez telefonu służy właściwie każdemu. Trzeba rozpoznać, co nie działa w moim przypadku i co pochłania mnie najbardziej, bo stawką jest nasze życie.
Młodość zawsze wiązała się z pragnieniem, żeby zrobić coś po swojemu, inaczej niż wszyscy, odpowiedzieć na pytania: kim jestem, co mnie interesuje, w którą stronę chcę iść, kogo chcę poznać? Internet obiecywał, że nam to umożliwi. A co zrobił? Wszyscy kupujemy w tych samych sklepach, bo algorytmy podsuwają głównie to, co najpopularniejsze.
Przez to umykają nam twórcy o mniejszych zasięgach oraz ich prace, choć mogą nieść niezwykłe treści. Obawiam się, że wiele osób, zwłaszcza młodych, może nigdy spokojnie nie odpowiedzieć sobie na pytanie, kim są, jaki mają styl i jak chcą żyć. Zamiast tego będą naśladować popularne wzorce.
Ludzie zawsze upodabniali się do grupy, ale nigdy wcześniej nie działo się to na taką skalę. Zaczynamy wyglądać podobnie. Odszukajcie w internecie zdjęcia topmodelek z lat dziewięćdziesiątych. Każda miała inne rysy twarzy i własny, rozpoznawalny wygląd. Dzisiaj wizerunki są znacznie bardziej ujednolicone, a my próbujemy dopasować się nawet wizualnie do tego, co powszechne.
Bycie innym nie jest łatwe. Adam potwierdzi, że osobniki odstające od stada zawsze były dziobane, więc mamy naturalną tendencję do upodabniania się. Nadmiar mediów społecznościowych i ciągłe obserwowanie idoli mogą sprawić, że czujemy się gorsi — mniej atrakcyjni, gorzej ubrani i mniej spełnieni, bo nie odnosimy takich sukcesów jak oni. W internecie porażka jest przecież tylko „przedsukcesem”. [śmiech]
ADAM MIREK
Młode osoby chcą mieć świetne pomysły: na zabawę, opowiadania, siebie, spędzanie czasu i dzielenie się tym z innymi. Żeby mieć dobre pomysły, trzeba rozwijać kreatywność.
Nieustanny zalew treści może ją osłabiać, przede wszystkim dlatego, że coraz gorzej znosimy nudę. Tymczasem nuda jest paliwem kreatywności. Właśnie podczas bezczynności, kiedy myśli mogą swobodnie wędrować, rodzą się najlepsze pomysły.
Lubię się nudzić i nie narzekam na ten stan. Wtedy mam najwięcej pomysłów, a głowa odpoczywa. Pamiętam, że jako dziecko strasznie nudziłem się w kościele. Kiedy wracałem do domu, miałem jednak najlepsze pomysły na zabawy, opowiadania i wakacyjne plany.
Nuda jest nam potrzebna. Istnieje okropne powiedzenie, że inteligentni ludzie się nie nudzą. Uważam, że jest odwrotnie. Wszyscy mamy jakiś rodzaj inteligencji i wszyscy potrzebujemy pustej przestrzeni, żeby wymyślać ciekawe rzeczy i cieszyć się życiem.
ANETA KORYCIŃSKA
Nuda pomaga też odzyskać równowagę. Dotknęliśmy wielu tematów, a czas zaczyna się kończyć. Chciałabym jeszcze porozmawiać o zdrowiu psychicznym.
Przed naszym spotkaniem rozmawiałam w radiowej Dwójce i usłyszałam pytanie: „A co z osobami z ADHD? Czy one mają podzielną uwagę?” Odpowiadam: machanie nogą nie jest tym samym co odpisywanie na wiadomości podczas pisania książki.
Machanie nogą przypomina robienie na drutach. Jest ruchem automatycznym. Mogę też głaskać psa, ponieważ ta czynność nie wymaga ode mnie pracy intelektualnej i pomaga regulować pobudzenie. Kiedy jednak jestem głęboko skupiona na książce, a ktoś zapyta mnie, jak mam na imię, mogę nie wiedzieć, co odpowiedzieć, bo cała moja uwaga jest zanurzona w tekście.
Dobrze byłoby uczyć młode osoby wchodzenia w stan głębokiego skupienia — hiperfokusu albo „flow”. To wielka przyjemność: całkowicie zaangażować się w budowanie wieży z klocków, pisanie, czytanie czy tworzenie. Dzisiaj z każdej strony atakują nas bodźce i dźwięki, dlatego coraz trudniej wejść w coś naprawdę głęboko.
Odbieramy sobie także radość zaglądania w głąb siebie, czyli wyobrażania sobie. Człowiek zawiesza wzrok i przenosi się do innego świata. To ogromna przyjemność, z której rodzą się wspaniałe, czasem szalone pomysły. Przez media społecznościowe coraz rzadziej dajemy sobie na to przestrzeń.
Najbardziej bolało mnie jednak to, co media społecznościowe odbierały mi jako matce. Zarabiam dzięki nim, utrzymuję rodzinę i zatrudniam ludzi, więc powtarzałam sobie, że muszę tam być. Jednocześnie miałam ogromne wyrzuty sumienia, bo nie potrafiłam bawić się z dzieckiem. Ciałem byłam przy nim, ale myślami wciąż wracałam do zadania, które „muszę” wykonać w sieci.
Dopadało mnie nieustanne FOMO: muszę być obecna, coś opublikować, komuś odpowiedzieć, zabrać głos, bo treści sprzed tygodnia — a właściwie sprzed godziny — niemal natychmiast znikają. Kiedy wypowiadam to głośno, brzmi absurdalnie. Miałam jednak realne poczucie, że jeśli natychmiast nie skomentuję jakiegoś tematu, coś ważnego mnie ominie. Dzisiaj widzę, że wiązało się to również z ego: „To mój temat, więc muszę się wypowiedzieć”.
MAGDALENA BIGAJ
Dochodzi do tego odpowiedzialność, którą nakładają na twórcę odbiorcy. Ile razy dostawałam wiadomość: „Pani Magdo, czy zabierze pani głos?” Bardzo spodobało mi się niedawno usłyszane zdanie, że mamy za dużo opinii i nie musimy mieć poglądu na każdy temat.
Kiedy ktoś pyta mnie, co sądzę o ograniczeniu dostępu do mediów społecznościowych dla osób poniżej szesnastego roku życia w Australii, odpowiadam: „Jeszcze nic nie sądzę. Minęło dopiero pół roku i nie mam wyrobionej opinii. Widzę różne możliwe rozwiązania, ale poczekajmy na skutki”. Ludzie oczekują jednak natychmiastowego stanowiska.
Po maturach zapewne dostawałaś ogromną liczbę wiadomości.
ANETA KORYCIŃSKA
Było ich bardzo dużo. W tym roku po raz pierwszy zaakceptowałam, że nie muszę być wszędzie. Dużą zmianą okazała się aplikacja, z której korzystam od kilku miesięcy. Nie wiem jeszcze, jakie będą długoterminowe skutki i czy uda mi się utrzymać ten sposób pracy, ale na razie działa.
Aplikacja nazywa się Buffer. Łączy moje profile w mediach społecznościowych. Nie mam zainstalowanych aplikacji poszczególnych platform. Kiedy chcę coś opublikować, dodaję treść w Bufferze, a system rozsyła ją do wybranych serwisów. Zbiera też komentarze z różnych miejsc w jednym panelu. Nie muszę odświeżać aplikacji ani szukać odpowiedzi, a przede wszystkim nie oglądam przypadkowych treści publikowanych przez innych.
Musiałam nauczyć się żyć z tym, że nie jestem na bieżąco. Przez chwilę było to trudne, ale przestałam mieć wymówkę: „Przecież to moja praca, więc muszę wejść na Instagram” — a potem zawiesić się na czyjejś relacji i obejrzeć wszystkie kolejne.
Skoro media społecznościowe są moją pracą, umieszczam w nich przygotowane treści i czytam komentarze dotyczące właśnie tych publikacji. Niczego więcej nie przeglądam. Na razie jestem bardzo zadowolona. Aplikacja nie wysyła powiadomień. Wchodzę do niej w wybranym przez siebie momencie i otwieram zbiorczą sekcję komentarzy.
Dla twórców przydatna jest także możliwość planowania publikacji z dużym wyprzedzeniem. Zaplanowałam sobie długie wakacje: wcześniej nagrałam materiały egzaminacyjne — jeszcze z inną fryzurą — a teraz publikują się automatycznie. [śmiech]
MAGDALENA BIGAJ
Dlatego dziś rano na śniadaniu cię nie poznałam. [śmiech]
ANETA KORYCIŃSKA
Te filmy pochodzą z innego życia. [śmiech]
ADAM MIREK
Jedna z najprostszych rzeczy, jakie możemy zrobić, to wyłączyć powiadomienia. Ktoś może się obawiać, że przegapi pilną wiadomość. Wyłączenie powiadomień z aplikacji nie blokuje jednak połączeń telefonicznych. Jeżeli sprawa będzie naprawdę ważna, ktoś zadzwoni.
Jeśli sprawa może poczekać, ktoś napisze wiadomość, a my odpowiemy po kilku godzinach — wtedy, kiedy z własnej woli otworzymy Messengera albo WhatsApp. Dotyczy to nie tylko komunikatorów, lecz także sklepów, gier, serwisów informacyjnych i wszystkich aplikacji walczących o naszą uwagę. Zdecydowana większość tych powiadomień nie jest nam potrzebna.
MAGDALENA BIGAJ
Można pozostawić tylko najważniejsze powiadomienia albo je grupować. Ja notorycznie ignorowałam powiadomienia z e-dziennika, więc moje dzieci przychodziły do szkoły bez kasztanów, o których przypomniano rodzicom poprzedniego wieczoru. Wojnie o kasztany, zwłaszcza w dużych miastach, poświęcam zresztą osobny fragment w książce dla rodziców. [śmiech]
Kiedy rezygnowałam z mediów społecznościowych, analizowałam też sytuację osób, które nie tworzą treści, lecz tylko je odbierają. Badania nad higieną cyfrową pokazują, że ludzie używający smartfona lub mediów społecznościowych jako narzędzia pracy mają przeciętnie nieco lepsze nawyki cyfrowe. Prawdopodobnie dlatego, że szybciej zauważają przemęczenie ekranowe.
Kiedy internet kojarzy się wyłącznie z rozrywką, trudniej postawić granicę. Rozrywka może wyglądać bardzo poważnie: ktoś godzinami przegląda serwisy informacyjne zamiast mediów społecznościowych. Nadal jednak przewija kolejne treści i nie potrafi powiedzieć sobie „stop”.
Kiedyś pomyślałam, że musimy uwolnić się od przekonania, iż trzeba przeżyć życie „na maksa” i zawsze dokonać najlepszego możliwego wyboru. Jeżeli szukam różowej kurtki, nie wystarcza mi po prostu dobra kurtka. Ma być najlepsza w całym internecie, a nie po prostu taka, którą znajdę w lokalnym sklepie.
W ograniczaniu korzystania ze smartfona pomaga zgoda na to, że nie muszę wybierać najlepiej. Książka, po którą sięgnę, nie musi być najlepszą książką, jaką mogłabym teraz przeczytać. Może być tą, która akurat leży obok.
Przed spotkaniem patrzyłam na cztery książki Adama i zastanawiałam się, którą kupić synowi. W końcu pomyślałam: „Dobrze, biorę tę”. Nie muszę przeprowadzać wielogodzinnego rankingu.
Psycholog Barry Schwartz opisuje „paradoks wyboru”. Internet daje dostęp do ogromnej liczby opcji, ale nadmiar nie zawsze prowadzi do lepszej decyzji. Kto nigdy nie szukał wakacyjnego noclegu i przez wiele godzin nie analizował takich drobiazgów jak strona świata, na którą wychodzi balkon?
Nawyk nieustannego porównywania może przenieść się także na relacje. Człowiek nie angażuje się w związek, bo zastanawia się, czy gdzieś nie czeka ktoś jeszcze lepiej dopasowany. Ludzie nie są jednak aplikacjami, które można idealnie skonfigurować albo usunąć jednym ruchem.
Dla mnie największym pożeraczem czasu był Instagram. Używałam go od bardzo dawna i miałam tam rozbudowane kolekcje. Na przykład zapisywałam przepisy. Oglądałam film, wyobrażałam sobie, jak będę gotować i siekać cebulę, naciskałam przycisk „Zapisz” — a potem nigdy nie przygotowywałam potrawy. W głowie odbył się już cały proces, więc czułam satysfakcję, jakbym naprawdę ugotowała obiad.
ANETA KORYCIŃSKA
A rodzina nadal była głodna. [śmiech]
MAGDALENA BIGAJ
Rodzina nadal była głodna, ale ja miałam poczucie wykonanej pracy. Zastanawiałam się też, co zrobię z kolekcjami ubrań, butików i polskich marek. W końcu powiedziałam sobie: „Kobieto, i tak przez większość czasu ubierasz się podobnie”. Dzisiaj, kiedy potrzebuję czegoś nowego, patrzę na metkę ubrania, które już lubię, wchodzę na stronę tej marki i sprawdzam aktualną ofertę.
Zakupy internetowe nie zawsze oszczędzają czas. Czasem szybciej pojechać do galerii, wejść do kilku sklepów i coś kupić. Sklepy internetowe stosują „dark patterns”, czyli nieuczciwe lub manipulacyjne sposoby projektowania. Prowadzą nas od produktu do produktu tak, jak Wikipedia prowadzi od hasła do hasła. Nagle oglądamy siedemdziesiąt par śliwkowych spodni i nadal nie podejmujemy decyzji.
Warto więc powiedzieć sobie: „Nie muszę dokonać najlepszego wyboru. To nie muszą być wakacje życia ani idealnie dopasowany apartament w Polanicy-Zdroju. Wystarczy, że będzie wystarczająco dobry”. Zaoszczędzony czas można przeznaczyć na coś, co naprawdę ma dla nas znaczenie.
ANETA KORYCIŃSKA
Została nam chwila, a mam poczucie, że za mało powiedzieliśmy o ciemnej stronie internetu. Aplikacje nie tylko pochłaniają uwagę, lecz także zamykają nas w bańkach informacyjnych. Łączą osoby o podobnych zainteresowaniach i poglądach, więc zaczynamy wierzyć, że wszyscy myślą tak jak my. Potem przychodzą wybory i okazuje się, że rzeczywistość wygląda inaczej.
Rozmawialiśmy również o upodabnianiu się. Zastanawiam się, czy media społecznościowe nie zastąpiły subkultur. Kiedyś, jako metalówa, potrafiłam iść na plażę w glanach sięgających kolan. W szkołach łatwiej było rozpoznać ludzi należących do różnych subkultur. W dorastaniu bardzo ważne jest znalezienie podobnych osób i poczucie przynależności. Być może dziś takie grupy istnieją przede wszystkim w mediach społecznościowych. Tylko czy to jest prawdziwa wspólnota?
Złudzenie wspólnoty — przekonanie, że „są inni tacy jak ja” — może sprawiać, że internetowy kontakt uznajemy za równie pełny jak spotkanie twarzą w twarz. A kiedy już przywykniemy do rozmowy przez ekran, łatwo przechodzimy od kontaktów w mediach społecznościowych do pytania ChatGPT o zdrowie i ważne decyzje życiowe.
Z doświadczenia pedagogicznego znam niestety wiele złych historii. Młodzi ludzie pytają modele językowe o kwestie zdrowotne. Robią to również dorośli, także wykształceni i pracujący naukowo. Zdarza się, że wspólnie z czatem podejmują istotne decyzje życiowe.
Nie świadczy to o ich głupocie. Przywykliśmy po prostu do kontaktu przez media społecznościowe, a rozmowa z modelem przypomina trochę rozmowę z echem własnych myśli. W komunikacji online nie widzimy całej twarzy drugiego człowieka. Kiedy ktoś pisze: „Wszystko jest w porządku”, łatwo mu wierzymy, choć nie widzimy tonu głosu ani zachowania.
Co sądzicie o rozmowie z ChatGPT i innymi modelami? Na czym polega ryzyko, skoro po drugiej stronie nie ma człowieka, który bierze odpowiedzialność za udzielane wsparcie?
MAGDALENA BIGAJ
To kolejny przykład tego, że nawet najbardziej nowoczesne zachowania wyrastają z bardzo dawnych mechanizmów naszego mózgu.
Człowiek od zawsze antropomorfizował świat, czyli nadawał zwierzętom i przedmiotom imiona oraz ludzkie cechy. Antropolodzy tłumaczą, że pomagało to oswoić coś nieznanego i zmniejszyć lęk. Kiedy nadajemy imię zwierzęciu, staje się nam bliższe.
Nie zapytam, kto nadał imię robotowi sprzątającemu, bo zawsze myślę, że podniesie rękę połowa sali, a potem nikt tego nie robi i jest mi głupio. Mój szwagier ma na przykład odkurzacz o imieniu Zygmunt. Ludzie nazywają oczyszczacze powietrza i samochody. Nie wiem, dlaczego współczesne pralki rzadziej dostają imiona — kiedyś była przecież Frania. Automatyczne pralki, które w domu z dziećmi pracują trzy razy dziennie, niewątpliwie zasługują na imię. [śmiech]
Antropomorfizacja jest głęboko zakorzeniona i często działa nieświadomie. Wystarczą dwie kropki i kreska, żebyśmy zobaczyli twarz. W jednym z eksperymentów sprzedawca miał kokosa z plamami przypominającymi oczy i usta. Ludzie chętniej kupowali właśnie od niego, bo przedmiot wyglądał jak istota z twarzą.
A teraz uruchamiamy tak zwany czat: ChatGPT, Perplexity albo inny duży model językowy. Dla mózgu to sytuacja zdumiewająca — komputer do mnie mówi. Czy po drugiej stronie jest człowiek? Czy maszyna jest żywa? Do tego odpowiada w sposób świetnie dopasowany do mnie, jakbyśmy znali się od dawna.
Świadomie wiemy, że to technologia. Na poziomie odruchów i skojarzeń mózg ma jednak trudność, bo przez całe dzieje komunikat językowy oznaczał zwykle obecność żywej istoty, najczęściej człowieka.
Dlatego korespondowanie z modelem może się wydawać rozmową bezpieczniejszą niż kontakt z inną osobą. Pojawiają się rozwiązania, w których sztuczna inteligencja pomaga przeprowadzić wstępny wywiad z osobami po bardzo trudnych doświadczeniach, na przykład z objawami PTSD, bo niektórym łatwiej najpierw opowiedzieć o traumie komputerowi niż człowiekowi.
Jednocześnie badania pokazują, że wiele osób dorosłych używa modeli językowych do zwierzania się z prywatnych spraw i szukania porad. Model nie ponosi odpowiedzialności za udzieloną radę. System można by projektować tak, żeby w odpowiednim momencie wyświetlał jasny komunikat: „Porozmawiaj z bliską osobą”, „Skontaktuj się ze specjalistą” albo „Zadzwoń pod telefon zaufania”. Nie zawsze tak się dzieje.
Zdarzały się przypadki, w których nastolatki zakochiwały się w czatach, ale dotyczy to również dorosłych. Głośna była historia Francuzki oszukanej przez przestępców, którzy za pomocą sztucznej inteligencji podszywali się pod Brada Pitta. Kobieta uwierzyła w internetową relację i przekazała rzekomemu aktorowi ponad osiemset tysięcy euro.
Przewaga modelu nad człowiekiem polega na tym, że jest zawsze gotowy do rozmowy, zawsze „wyspany”, nie obraża się i pozornie słucha bez końca. To ogromnie kuszące.
ANETA KORYCIŃSKA
To chyba również opowieść o samotności.
ADAM MIREK
Trochę tak. Jest w tym także nasza niechęć do przyznawania się do niewiedzy. Zadanie pytania czatowi jest prostsze i daje poczucie anonimowości.
Powtarzamy, że nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi, ale wielu z nas nosi w sobie przekonanie, że za ujawnienie niewiedzy można zostać ukaranym — choćby złą oceną w szkole. Zamiast potraktować „nie wiem” jako początek wspólnego szukania, uczymy się ukrywać własną niewiedzę.
Czat daje pozorne „dowiedzmy się razem”. Odpowiada jak człowiek, więc łatwiej przyjąć od niego odpowiedź. Jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu zapytalibyśmy „wujka Google’a”. Trzeba byłoby otworzyć kilka stron, przeczytać artykuły, porównać źródła i kliknąć w linki. Dzisiaj zadajemy jedno pytanie i otrzymujemy gotową wypowiedź.
Model nie powie: „Dlaczego zadajesz takie głupie pytanie?”, „To było dwa dni temu na lekcji, siadaj, jedynka” ani „Doczytaj sobie, nie będziemy na to tracić czasu”. Jest zawsze chętny do pomocy i pozornie miły. Nie ocenia nas w sposób, do którego przywykliśmy w relacjach z ludźmi.
MAGDALENA BIGAJ
Można więc zapytać: skoro nie ocenia i zawsze chce pomóc, dlaczego z niego nie korzystać? Pierwszy problem jest dobrze znany: modele potrafią halucynować, czyli tworzyć fałszywe informacje i przedstawiać je z dużą pewnością.
Kiedyś nie chciało mi się wstać z łóżka, żeby sięgnąć po książkę Sylwii Czubkowskiej i sprawdzić rok wydania potrzebny do przypisu. Zapytałam więc Gemini. Model odpowiedział, że książkę „Bóg techy” napisała Magdalena Bigaj. Zrobiłam zrzut ekranu i wysłałam go Sylwii z wiadomością: „Czuba, zobacz, co się stało. Napisałam twoją książkę”. [śmiech]
Jednak nawet nie sam błąd jest tu najważniejszy. Ostatecznie i tak trzeba wyjść do ludzi. Jeżeli nie będziemy ćwiczyć kontaktu z drugim człowiekiem, nie nauczymy się radzić sobie z oceną, odmową, krytyką ani odpowiedzią: „Doczytaj”. Z czasem może rosnąć lęk przed kontaktem z ludźmi.
Wszyscy poczuliśmy to po pandemii. Zwróćcie uwagę, jak rzadko podczas konferencji i festiwali rozmawiamy o tym, co wtedy wydarzyło się z nami jako społeczeństwem. To była długa i trudna część życia, zwłaszcza młodych osób. Dla dziecka kilka semestrów edukacji zdalnej stanowi ogromny fragment dotychczasowego doświadczenia.
Dorośli również obawiali się po pandemii powrotu do kontaktów: bali się, że ktoś zauważy zmianę wyglądu, przyrost masy ciała albo niepewność. W internecie nasze awatary mogły pozostać doskonałe. W końcu trzeba jednak stanąć przed prawdziwym człowiekiem.
Przeciwieństwem antropomorfizacji jest technomorfizacja, czyli oczekiwanie, że ludzie będą zachowywać się jak maszyny. Otacza nas język, w którym mamy być produktywni, efektywni i wydajni. To słowa opisujące maszyny. Maszyna ma być wydajna. Człowiek może być zmęczony, omylny i niedoskonały.
Kiedy przejmujemy ten sposób myślenia, zaczynamy również innych traktować przedmiotowo: „Babo od polskiego, były matury. Gdzie jesteś? Dlaczego nie komentujesz? Chcę od ciebie konkretnej analizy, a nie pocztówki ze spaceru”. Oczekujemy, że człowiek będzie dostępny jak usługa i dostarczy dokładnie to, czego potrzebujemy.
ANETA KORYCIŃSKA
Adamie, gdybyś miał podjąć decyzję, od jakiego wieku można korzystać z internetu — nie tylko z mediów społecznościowych — wskazałbyś konkretną granicę?
ADAM MIREK
Chyba nie podjąłbym się wyznaczenia jednego wieku. Mam za mało wiedzy, a badania nie dają jeszcze jednej prostej odpowiedzi, która pasowałaby do wszystkich sposobów korzystania z sieci.
Gdybym miał sformułować ogólną zasadę, powiedziałbym: im później, tym lepiej. Nie skupiałbym się jednak wyłącznie na najmłodszych. Dzieci dorastają w świecie technologii i stopniowo uczą się z niej korzystać. Uważać muszą również dorośli, którzy zostali wrzuceni w ten świat niemal z dnia na dzień, bez przygotowania do rozpoznawania zagrożeń.
MAGDALENA BIGAJ
Nie zadałaś tego pytania mnie, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. [śmiech] Odpowiem historią, której nie opisałam w książce, bo wydarzyła się dopiero podczas jednego ze spotkań autorskich w Poznaniu.
Podszedł do mnie dziesięcioletni Czesio. Jego mama była wtedy słuchaczką prowadzonych przeze mnie studiów podyplomowych z higieny cyfrowej, czyli — jak mówią moje dzieci — niszczyła życie całej rodziny, wprowadzając zdrowe zasady. [śmiech]
Czesio powiedział: „Moi koledzy używają WhatsAppa i grają w różne gry, a ja tego nie robię. Czasami nie wiem, o czym mówią, i nie wiem, co mam o tym myśleć”. Poczułam wtedy, jakby ktoś położył mi wielki ciężar na plecach. Zobaczyłam konkretnego człowieka, na którego życie wpływają słowa wypowiadane przeze mnie publicznie. Muszę więc mówić odpowiedzialnie.
Odpowiedź przyszła mi z wiedzy o rozwoju mózgu. To, jak radzimy sobie w dorosłości, jak rozwijamy inteligencję i kreatywność oraz jak funkcjonujemy w relacjach, zależy od różnorodności doświadczeń i aktywności w dzieciństwie. „To se nevrátí” — pewnych przeżyć nie da się później odtworzyć w identycznej postaci.
Powiedziałam mu: „Czesio, za trzy lata uzyskasz dostęp do tych aplikacji i prawdopodobnie opanujesz je w jeden dzień. Twoi koledzy nie odzyskają jednak tych trzech lat. Jeżeli dzisiaj zamiast wyjść na boisko siedzą przy telefonie, już nigdy nie będą mogli pójść na boisko jako dziesięcio- czy jedenastolatkowie”.
Ta myśl dotyczy nas wszystkich, także dorosłych. Henry David Thoreau w „Waldenie, czyli życiu w lesie” pisał — parafrazuję — że nie chciał u kresu życia odkryć, iż tak naprawdę nie żył.
Kiedy byłam bardzo zanurzona w mediach społecznościowych, te słowa mnie przeraziły. Czułam, że spędzając tyle czasu przed ekranem, nie żyję naprawdę. Nie chcę za późno odkryć, że nie mogę już ponownie przeżyć tego lata — mieć czterdziestu lat i być z dziećmi, które są właśnie w tym konkretnym momencie swojego życia. Ten czas ucieka i nie da się go odzyskać.
Higiena cyfrowa pozwala rozkochać się w życiu. Do tego właśnie Państwa zapraszam.
ANETA KORYCIŃSKA
Bardzo Państwu dziękujemy za obecność. Chyba nadszedł moment, żeby wyjść, pooddychać i poczuć, jak pięknie pachnie ziemia po deszczu.
Dziękuję moim gościom: Magdalenie Bigaj i Adamowi Mirkowi.
MAGDALENA BIGAJ
Dziękuję.
ADAM MIREK
Dziękuję.
[aplauz]

Możesz zostać moim patronem/moją patronką: