Źródłosłów to opowieść o tym, skąd pochodzi dane słowo i jaką drogę przeszło, zanim trafiło do współczesnej polszczyzny. To seria miniesejów o etymologii, w których sprawdzam, co tak naprawdę kryje się za wyrazami i udowadniam, że są autentycznym zapisem dawnych wierzeń, codziennych doświadczeń i zmian zachodzących w świecie.
śnieg
Jestem z lasu. Pierwsze świadome dziesięć lat życia spędziłam w Nurcu (nawet nie szukajcie, gdzie to jest, bo kiedy pojechałam do Czarnobyla, nic mnie nie zaskoczyło: podobny układ ulic, podobny stadion). Legenda głosi, że gdy rozcięłam sobie czoło tak, iż założono mi sześć szwów i do dziś mam na czole piorun jak Harry, karetka nie mogła dojechać, bo leżało sto dwadzieścia centymetrów śniegu. Wynosili mnie na rękach przez zaspy, choć równie dobrze mogli mnie turlać. Nic więc dziwnego, że zima jest dla mnie czymś więcej niż porą roku: jest moją porą roku. Teraz zachwycam się, bo dzieciaki w okolicy rzeźbią w śniegu, więc mam przed oknem koty, króliki, a nawet kurę. Ze śniegu. Śnieg jest niezwykły, bo potrafi nas cofnąć do dzieciństwa: czy tego chcemy, czy nie, zjeżdżamy na tyłku z górki. (Chyba że stoimy pół godziny na przystanku albo na peronie, ale wtedy to nie jest wina śniegu, tylko mrozu). Śnieg jest też piękny dopóty, dopóki jest biały. Brzmi to okropnie niepolitycznie, ale „białość śniegu” wrosła głęboko w język i wyobraźnię.
Słowo „śnieg” w formach bardzo zbliżonych do polskiej występuje w całej Słowiańszczyźnie. Prasłowiańskie *sněgъ oznaczało po prostu śnieg i to znaczenie pozostało niezmienne. Rdzeń praindoeuropejski rekonstruuje się jako *(s)neig- / *sneygʷʰ-. Początkowe „s” bywało ruchome: w jednych językach się zachowało, w innych zanikło. Dlatego widać podobieństwo między germańskimi „snow” i „Schnee” a romańskimi „neve”, „neige”, „nieve”, które zachowały rdzeń, ale straciły nagłosowe „s-”.
Przy okazji warto rozprawić się z popularnym mitem, że Inuici mają „pięćdziesiąt”, „sto”, a czasem nawet „kilkaset” słów na śnieg, podczas gdy Europejczycy rzekomo tylko jedno. Źródłem tej legendy była obserwacja Franza Boasa z początku XX wieku: zwrócił uwagę, że w językach inuickich istnieją różne podstawowe określenia śniegu w zależności od tego, czy leży na ziemi, czy pada, czy jest zwiewany wiatrem. Później ten przykład zaczął żyć własnym życiem, a kolejne teksty popularne dopisywały coraz większe liczby, aż utrwaliła się magiczna „pięćdziesiątka”. Problem polega na tym, że języki eskimo-aleuckie nie są jednym językiem, tylko rodziną języków i dialektów, a do tego są aglutynacyjne: z kilku rdzeni i szeregu przyrostków można zbudować długie formy, które w innych językach brzmiałyby jak całe zdanie. Jeśli więc policzymy każde złożenie jako „osobne słowo”, liczby rosną – ale to trochę tak, jakbyśmy uznali „widziałabym”, „widziałabyś” i „widziałybyśmy” za trzy różne „słowa” niezwiązane ze sobą. My też mamy bogactwo śnieżnych nazw, tylko zwykle nie liczymy „zasp”, „szreni”, „zawiejek”, „zamieci” i gwarowych określeń mokrego albo sypkiego śniegu jako „rodzajów śniegu”.
W starannej polszczyźnie mówimy „dosypało śniegu”, natomiast w gwarach, zwłaszcza na południu, usłyszymy „dosypało śniega”. To jednak nie wszystko, bo śnieg jest płodny słowotwórczo: mamy zdrobnienia: „śnieżek”, „śnieżyk”, „śnieżyczek”, „śnieżynka”, a także nazwy zjawisk i skutków, na przykład „śnieżyca”. Są też określenia pokazujące, że śnieg potrafi być siłą fizyczną: „śniegołom” oznacza łamanie gałęzi pod ciężarem śniegu, „śniegozwał” – lawinę śnieżną, a „śniegowce” to buty chroniące przed wilgocią i błotem. Skoro śnieg jest wzorcem bieli, to „śnieżyczka” czy „śnieguliczka” niosą w nazwie obietnicę jasnych kwiatów albo owoców. Śnieg jest więc nie tylko rzeczą, lecz także miarą. Mówimy „biały jak śnieg”, czyli „śnieżnobiały”.
W materiałach dialektologicznych śnieg bywa „piórami”, gdy jest lekki i drobny, bo płatki przypominają pierze. Bywa „mąkniskiem”, gdy jest suchy i sypki jak mąka. Mokry, ciężki śnieg bywa nazywany „bałwanami”, „babami” albo „chochołami”, bo oblepia wszystko i tworzy wielkie, łączące się bryły. Śnieg z deszczem ma tyle nazw, że wygląda to jak językowa lista skarg, a jedna z nich mówi wprost o jego szkodliwości: „owcza śmierć”, bo taki śnieg nie siada na wełnie jak puch, tylko przemaka i dochodzi do skóry. W tradycji ludowej wyróżniano też nazwy odnoszące się do czasu: „młody śnieg” (ten pierwszy, który szybko znika), „dziadowski” (większy, trwalszy) i „chłopski” – taki, który potrafi leżeć aż do wiosny.
Śnieg to też metafora. Na ekranie telewizora „śnieg” to migotliwa ziarnistość obrazu. W slangu tym samym słowem bywa nazywany biały proszek. Jedno tak piękne słowo z przeszłości i teraźniejszości, a tyle możliwości! A skoro jestem z lasu (i z grudnia), to w tym porannym zachwycie idę szykować się na sanki. Miłego dnia!

Możesz zostać moim patronem/moją patronką: