Nie chcę Was straszyć, Baba nie stanie się stroną parentingową, jednak przeczytałam tyle poradników, że może komuś się przyda moje doświadczenie. Jeśli pojawią się książki na temat porodu i ciąży, będą umieszczane z tagiem #mamaodpolskiego i w zbiorczym artykule ze stosownym ostrzeżeniem. To Wy zdecydujecie, co chcecie czytać.  Robię to, by Was uspokoić, że chociaż na pewno przeżyję zalew miłości i odpieluszkowe zapalenie mózgu, to nie będzie tu wizerunku dzieci. Od lat czuję się przecież Babą-Mamą dla wielu pokoleń. 

Subiektywny wybór poradników o ciąży i porodzie (dla tak zielonych, jak ja)
Ze wszystkich książek, które przeczytałam na temat porodu, ta z serii rodzicielskiej Natuli @dziecisawazne – „Poród naturalny” Katarzyny Oleś — dała mi najwięcej spokoju i poczucia, że wiem wiele i mogę być spokojna, bo całą resztą zajmie się biologia i personel medyczny. Niewątpliwą zaletą tego poradnika jest to, że nie ma koloryzowania, pisania o wacie cukrowej, pływaniu z prądem życia, nie ma też nużących wstępów do rozdziałów, które nic nie wnoszą, bo jednak gdy sięgam po poradnik, oczekuję konkretnej wiedzy i technik, które są potwierdzone naukowo. Chociaż wydawcy oznaczyli serię podtytułem „książki pierwszego wyboru” – u mnie była ona jedną z ostatnich, które przeczytałam na temat tego, co mnie czeka, na dodatek po odbyciu już zajęć w szkole rodzenia i obejrzeniu wielu webinarów — mimo to stanowiła ona dobre podsumowanie, a nawet uporządkowała mi zdobytą wcześniej wiedzę. Nie czułam bezsensu powtarzania, wręcz przeciwnie, bo Oleś zwraca uwagę także na takie aspekty, których nikt mi nie wyjaśniał, że np. skurcze macicy masują ciało, pobudzają czucie głębokie i powierzchniowe. Zwykle twórcy skupiali się na ochronie bakteriologicznej i innych zaletach, a to właśnie stymulowanie integracji sensorycznej mnie interesuje. Autorka — położna — opisuje wszystkie etapy stopniowego zakochiwania się w sobie mamy i dziecka, a także badania, które sprawdzają stan zdrowia noworodka i nie mówię tu o kwestii skali Apgar, a odruchu Moro, chwytnym, Babińskiego, szukania, ssania, pełzania i chodu automatycznego. Książka też zapowiada stany przejściowe i określa, czym nie powinni się martwi przyszli rodzice. Opisano metody łagodzenia bólu — także te naturalne i formy oddechu wraz z propozycjami, jak można go ćwiczyć — tego samego uczono mnie w gabinetach fizjoterapii uroginekologicznej, a tutaj mam sensowną notatkę. Oprócz kwestii fizjologicznych opisano także psychologiczne. I przede wszystkim — nie ma tu zachwalania rodzenia, czy wartościowania porodu naturalnego kosztem cesarskiego cięcia — myśl przewodnia jest taka, że to wspaniały wybór — jeśli tego chcesz. #bababook #natuli #poródnaturalny #seriarodzicielska
Pierwsza książka na temat porodu, po którą sięgnęłam zaraz po zrobieniu testu to “Dlaczego nikt mi o tym nie powiedział? Szczery doulowy przewodnik dla przyszłych rodziców” Natalii Hailes i Ash Spivak wydany przez @wydawnictwo.mamania. Nie ukrywam, że byłam w tej dziedzinie zielona, więc po raz pierwszy dowiedziałam się, kim jest doula. To inkluzywna, nowoczesna pozycja z modnymi, pełnymi luzu grafikami, dużą liczbą tekstu, graficznie wyodrębnionymi radami, które warto zapamiętać. Do tego autorki piszą tak, jakby były naszymi przyjaciółkami, które znają się na rzeczy i potrafią wspierać, kierują swoje słowa do wszystkich — bez względu na płeć czy seksualność. Pierwsze, co jednak mnie przeszkadzało mi w tym poradniku to liczba ćwiczeń, którymi jesteśmy zarzucani już od pierwszych stron — to z powodu mojej awersji do poradnikowych form. Fascynuje za to obszernie przygotowana część z omówieniem różnorodnych badań, historii porodowych, spisy faktów i ciekawostek — to mnie uspokoiło i sprawiło, że jednak byłam gotowa zaufać w to, co mówią autorki, oby tylko nie kazały mi wyjmować kartek i spisywać na nich swoich myśli, albo robić map z wizją porodu. Plusem jest zaś to, że książka uwzględnia planowanie porodu wraz z budowaniem grupy marzeń także dla osób LGBTQ+ – to na razie jedyna ze wszystkich dostępnych na rynku wydawniczym, które widziałam, by poruszały ten temat. Omówiono w niej wiele przeszkód i wątpliwości o to, czy nie będąc rodzicem biologicznym, można zrozumieć potrzeby dziecka, jak reagować na pytania, radzić sobie z lękiem przed homofobią personelu medycznego. Dowiadujemy się też, że gruczoły mleczne czy wygibasy naszej macicy były już wcześniej w akcji, co bawi i uspokaja, pokazano też supermoce, które zyskujemy w ciąży. Wróciłam do tej książki pod koniec ciąży, gdy miałam wiele obaw, że moja jest już przenoszona, miałam urodzić niemal miesiąc wcześniej — to dzięki Natalii i Ash zyskałam spokój i dokładne omówienie przypadku takiego jak mój. Autorki opisały każdą z możliwych form porodowych i to bez ich wartościowania, bo ich dewizą jest sformułowanie, że gdy rodzi się twoje dziecko, to jest to twoja impreza i ty tu rządzisz. #bababook #szczerydoulowy
Kiedy sięgałam po “Cesarskie cięcie i poród po cięciu cesarskim” Magdaleny Hul i Katarzyny Osadnik wydane w serii rodzicielskiej Natuli @dziecisawazne wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Uznałam, że muszę poznać i tę część serii, bo przecież to nie ja będę decydować o tym, czy urodzę naturalnie, czy przez cesarskie cięcie (40% porodów w Polsce), a wszystkie dotychczasowe poradniki pobieżnie ukazywały poród przez cesarkę, więcej można było dowiedzieć się z sieci niż książek, a przeczytałam ich naprawdę wiele. Podczas zajęć w szkole rodzenia też nie omawiano interesujących mnie w tym zakresie kwestii. Tymczasem ten poradnik to naprawdę jedyne, co wystarczy przeczytać. Zaciekawił mnie spis informacji historycznych, które dotyczą pierwszych cięć, wyjaśniono dlaczego wykonuje się coraz więcej operacji i opisano szczegółowo wszelkie wskazania. To, co jednak zainteresuje przyszłe matki, to rozdziały o tym, jak należy przygotować się do cesarki, zminimalizować jej skutki i pozwolić matce i dziecku na kontakt skóra do skóry. Nie zapomniano o dokładnym opisaniu połogu — co działa uspokajająco, wolimy przecież wiedzieć, co nas czeka. Poruszono także kwestie psychologiczne — od baby blues po depresję poporodową oraz radzenie sobie z emocjami po odbytej operacji. Znam wiele kobiet, które rodziły tą drogą, jednak nie zdawałam sobie sprawy z listy możliwych powikłań, które mogą się pojawić. Opisano także fakty i mity, przebieg, przygotowanie i wyzwania VBAC, czyli porodu naturalnego jako kolejnego po wcześniejszym cesarskim cięciu — tu przyznam szczerze, zakręciło mi się już w głowie, bo skoro pierwsze wzmianki o operacji znaleziono na papirusie z Kahun sprzed ok. 2000 lat p.n.e. (tą drogą przyszli na świat także mitologiczni Asklepios i Dionizos, pisano o niej także w średniowiecznym Kodeksie Justyniana), to w swojej naiwności sądziłam, że to najłatwiejsza forma porodu — nic bardziej mylnego. Jest to skomplikowana operacja, która wymaga od rodzącej bardzo wiele. To, co istotne — autorki nie zachęcają i nie zniechęcają do tej formy porodu — przecież nikt nie ma wpływu na to, w jaki sposób urodzi. #bababook #natuli #cesarskiecięcie #seriarodzicielska
Pod koniec ciąży mam wrażenie, że nie da się nie znać książek położnej Izabeli Dembińskiej @poloznaizabeladembinska, jednak na początku mojej drogi nie byłam pewna, czy warto zapoznać się z jej poradnikami. “Rodzić można łatwiej” wydane przez Oficynę 4eM @oficyna4em to bogato zdobiony (to nie przesada, takich ilustracji i opracowania graficznego się nie spodziewałam), co jest trochę meczące, wprowadzono też różne czcionki, ale zdecydowanie po chwili można do tego przywyknąć. Poradnik ten zawiera kompilację wszystkich istotnych informacji, które są potrzebne każdej rodzącej i jej osobie partnerskiej. To pierwsza z książek, która wyjaśnia, na czym polega dobór szpitala i jego stopień referencyjności — oczywiście można te informacje poznać podczas zajęć w szkole rodzenia lub poszukać ich w Internecie, ale moim celem było odkrycie, czy jest chociaż jedna książka, która wszystko wyjaśni i złagodzi obawy ciężarnej. Mamy zatem omówienie wszystkich standardów opieki okołoporodowej, odpowiedzi na pytania o to, czy dany szpital jest dla nas odpowiedni, co zrobić, gdy nie zostaniemy do niego przyjęci, a nawet jak wieźć kobietę do porodu (to nie jest tak jak w filmach, raczej nie urodzimy w Uberze). W poradniku znalazłam także to, co należy zabrać ze sobą do szpitala, łącznie z badaniami — mój szpital przygotował taki dokument wraz z planem porodu, który należy wypełnić, ale nie wiem, czy jest to dzisiaj standard, więc poradnik Dembińskiej nie zawiera moim zdaniem zbędnych powtórzeń i oczywistości. Autorka opisuje wszystkie fazy porodu i zwraca uwagę na wpływ rodzącej na każdy z jego etapów. To, co najcenniejsze w tym poradniku, to opis logistyki porodowej i konkretne porady, jak przygotować ciało na zmiany — wypowiadają się ekspertki w dziedzinach fitnessu (trening postawy), fizjoterapii uroginekologicznej, osteopatii, ćwiczeń, które ułatwią poród i regenerację po nim. Po raz pierwszy spotkałam się z określeniem rodzącej jako „położnicy”, wcześniej dziwiła mnie “pierwiastka”, ale ta położnica to zupełnie nowy feminatyw w moim słowniku. Jednak nie ma tu zbędnego lania wody, wręcz przeciwnie — oszczędność treści, co jest plusem. #bababook #rodzicmoznalatwiej
Każdorazowo, gdy na początku ciąży wyrażałam niepokój, że nic na jej temat nie wiem, a nie chce przejmować na siebie historii rodzinnych,chcę mieć swoją — znajome matki polecały mi “Błękitny poród. Masz ten wpływ” Beaty Meinguer-Jedlińskiej wydany przez wydawnictwo Trefl @TreflBooks. Niewątpliwie jest to książka z piękną szatą graficzną, za ilustracje odpowiada Magda Piesta. Jak wskazuje tytuł — poradnik ma wiele odcieni wody, a nawet akwarelowe ilustracje. Jest piękny, nawet formatowanie tekstu przygotowano perfekcyjnie. Autorka jest coachką okołoporodową, hipnodulą i inicjatorką idei Błękitnego Porodu. Nie oznacza to, że zachęca do porodu w wodzie — chociaż ja właśnie dlatego sięgnęłam po tę książkę, autorka mówi o wprowadzaniu się w stan autohipnozy, by zespolić się z ruchami naturalnymi i uniknąć medykalizacji. To dobra książka na początek drogi ciążowej, bo opisuje stan polskiej medycyny, mierzy się z mitami, np. dotyczącymi pozycji porodowych, które są pokazywane w filmach. Autorka opisuje (a towarzyszą temu wizualizacje) możliwe pozycje, które warto przybierać w zależności od fazy porodu, opisuje badania dotyczące autohipnozy, budowę mózgu i jego obszary, które kontrolują hormony porodowe. Meinguer-Jedlińska pisze także o roli oddechu, afirmacjach, budowaniu środowiska porodowego, technikach hipnoporodowych, rozluźnieniu ciała, kotwicach porodowych, wizualizacjach; opisuje porody domowe, rolę osoby towarzyszącej i kontroli myśli. Jest tu wiele technik, jednak miałam z tym poradnikiem problem, bo stanowi on jednak narrację autorki, jest tu duża dbałość o język i inkluzywność — co jest na plus, ale jak na poradnik — jeden przypis jest nieco niepokojący. Wiem, że sięgnęłam po autorski kurs, jednak wata słowna, przez którą trzeba przejść, by dojść do sedna, który może mi pomóc zrozumieć, co mnie czeka — powoduje rozwodnienie treści. Niewątpliwym plusem tej pozycji jest pozytywna wizja porodu, budująca, wspierająca wizję rodzenia się jako matka. Nie polecam jej jednak jako jedynej książki przed porodem, bo nie znajdziecie tu odpowiedzi na pytania, których niewątpliwie macie wiele. #bababook #trefl #błękitnyporód #hipnoporod
Sięgnęłam po książkę „Pielęgnacja naturalna” doktorki nauk humanistycznych, psychoterapeutki i pasjonatki holistycznego dbania o siebie — Marty Tyszko, wydanej w serii holistycznej wydawnictwa Natuli @dziecisawazne, nie po to, by czytać o istocie pielęgnacji naturalnej, budowie skóry i ich funkcjach czy wyborze kosmetyków. Nie wykazywałam także zainteresowania bardzo ciekawie opracowanymi rozdziałami, które mówią o typach i podtypach cery, tworzeniu kosmetyków w domu czy ich składzie. Książka zawiera wiele ciekawostek i zupełnie nowych dla mnie informacji np. na temat mikroplastiku w peelingach. Mnie przyciągnął jednak ostatni rozdział poświęcony pielęgnacji mamy i dziecka, ale to zaledwie kilka stron tego poradnika. Wychodzę z założenia, że im mniej kosmetyków, tym lepiej, jednak używam ich nieustannie, na dodatek wiem, że wiele przetrwam, mam przecież wielkie obszary ciała, które zawierają pod skórą tusz. Autorka opisuje jednak szczegółowo jak dbać o higienę w ciąży i po porodzie, tworzyć maść na brodawki czy wzmacniające olejki do włosów. Co innego dziecko! Oj tu nie pozwolę na plastikowe materiały, chemiczne środki, intensywnie pachnące i wysuszające kremy czy balsamy. Podczas zajęć w szkole rodzenia poznałam już podstawy naturalnej pielęgnacji noworodka: olej ze słodkich migdałów, kąpiel w macierzance, więc od poradnika Tyszko oczekiwałam potwierdzenia informacji zasłyszanych od jednej z prowadzących oraz opisu procedur — nie zwiodłam się. Autorka nie tylko podaje składy i procedury tworzenia własnych naturalnych kosmetyków, lecz przede wszystkim wyjaśnia czego unikać i jak czytać składy. Pisze o tym, czym różni się mycie od zbędnych kąpieli; jak pielęgnować uszy, dbać o kikut pępowinowy i przypomina, że jednym z najlepszych kosmetyków jest mleko matki. Prosto wyjaśniono także jak radzić sobie z trądzikiem niemowlęcym, ciemieniuchą i pieluszkowym zapaleniu skóry oraz od kiedy i jak przeprowadzać masaż. O macierzance nie znalazłam ani słowa, jest za to mąka ziemniaczana, płatki owsiane i olej ze słodkich migdałów, a do tego wiele innych olejów, masło shea i hydrolaty, co już wydało mi się przerostem formy nad treścią. #bababook #pielegnacjanaturalna