Źródłosłów to opowieść o tym, skąd pochodzi dane słowo i jaką drogę przeszło, zanim trafiło do współczesnej polszczyzny. To seria miniesejów o etymologii, w których sprawdzam, co tak naprawdę kryje się za wyrazami i udowadniam, że są autentycznym zapisem dawnych wierzeń, codziennych doświadczeń i zmian zachodzących w świecie.

Jeśli to czytasz — daj mi znać 🧡 na swoim ulubionym kanale:

kot

„Kot” jest w polszczyźnie stosunkowo młody: notujemy go od I połowy XV wieku, a etymolodzy wyprowadzają go z północnosłowiańskiego *kotъ, zapożyczonego z łaciny (cattus). Stąd ta międzynarodowa „kocia rodzina”: ang. cat, niem. Katze, fr. chat, hiszp. gato, wł. gatto. W języku szybko obudował się derywatami: kotka, kocur, kocię, kotek, kociak, kocisko, kociarz, kocięta, kocimiętka, kociokwik. W gwarach spotkamy też maćka/maćkę w znaczeniu „kot”, więc niejeden wiejski Maćko był kiedyś po prostu maćkiem, czyli kotem. Co więcej, w potocznej polszczyźnie „koty” to także kłęby kurzu zbierające się w kątach, a w dawnych użyciach słowo bywało szerszą etykietą na młode zwierzę.

Ale „kot” to nie tylko nasz mruczek. To również nazwa każdego dużego drapieżnika z rodziny kotowatych, a w gwarze łowieckiej – samca zająca („strzelić kota” brzmi groźniej niż „upolować zająca”), co jest poświadczone w „Panu Tadeuszu”. W szkolnym i wojskowym slangu kotem bywa „nowy”, który dopiero przechodzi otrzęsiny, za to w młodomowie „kot” to ktoś wybitny, ogarniacz, może być nawet przekocurem.

Z kociej obserwacji powstały powiedzenia i przysłowia: gdy kota nie ma, myszy harcują; w nocy wszystkie koty są czarne; pierwsze koty za płoty; żyć jak pies z kotem; drzeć z kimś koty; bawić się w kotka i myszkę; biegać jak kot z pęcherzem; nie głaskać kota pod włos. „Kupić kota w worku” (dawniej także: w miechu) uczy niekupowania w ciemno, a „odwracać kota ogonem” – kręcenia narracją. Kto „dostaje kota”, temu puszczają nerwy, „tłusty kot” to ktoś ustawiony, a „tyle, co kot napłakał” jest miarą rozczarowująco małej ilości.

Można też „mieć kota na punkcie” czegoś, czyli być w obsesji, a czasem po prostu „mieć kota”, gdy w głowie robi się kociokwik. Do tego dochodzą „kocie łby” (bruk), czarny kot przebiegający drogę jako symbol pecha oraz „żyć na kocią łapę”, czyli być razem bez ślubu. Nawet w składni się kot okocił: mówimy dwa, trzy, cztery koty, ale pięć kotów, bo liczebniki od pięciu zachowały dawną, rzeczownikową składnię z dopełniaczem.

Jeśli to czytasz — daj mi znać 🧡 na swoim ulubionym kanale:

Chcesz zapisać się na korepetycje?