O prze­mo­cy w szko­le mówi się zwy­kle w kon­tek­ście bul­ly­in­gu (prze­mo­cy rówie­śni­czej). Nale­ży jed­nak pamię­tać, że zacho­wa­nia prze­mo­co­we mogą poja­wiać się tak­że ze stro­ny nauczycielek_nauczycieli.

Ostat­ni post o skan­da­licz­nych zacho­wa­niach, któ­re mia­ły miej­sce na lek­cjach WF poka­zał, że prze­moc w szko­le jest zja­wi­skiem powszech­nym, a w dodat­ku czę­sto nie­do­strze­ga­nym. Tym razem zapy­ta­łam was o sytu­acje prze­mo­co­we w szko­le – i rów­nież nie zabra­kło mate­ria­łu do analizy.

Czy wszy­scy nauczy­cie­le są źli? Nie!

Na wstę­pie pra­gnę przy­po­mnieć, że przy­kła­dy pato­lo­gicz­nych zacho­wań nie świad­czą o tym, że wszy­scy nauczy­cie­le są prze­mo­cow­ca­mi. Podob­nie jak w każ­dej gru­pie spo­łecz­nej, tak­że i tutaj znaj­dzie się odse­tek osób, któ­re łamią wszel­kie reguły.

W Pol­sce pra­cu­ją dzie­siąt­ki tysię­cy nauczy­cie­li i zde­cy­do­wa­na więk­szość z nich to ludzie empa­tycz­ni i peł­ni pasji. Przy­kła­dy, o któ­rych piszę w dal­szych postach, nie prze­kre­śla­ją kom­pe­ten­cji wszyst­kich nauczy­cie­li – są jedy­nie sygna­łem, że poja­wia się pro­blem, z któ­rym trze­ba się zmierzyć.

Czy mamy do czy­nie­nia z “poko­le­niem płat­ków śnie­gu”? Nie!

Cza­sa­mi poja­wia­ją się zarzu­ty, jako­by histo­rie ze szko­ły były na wyrost –i rosło nam poko­le­nie, któ­re­mu wszyst­ko prze­szka­dza. Przy­po­mi­nam, że nikt nie ma pra­wa oce­niać niczy­jej krzywdy.

To, że tobie nie przy­da­rzy­ło się nic nie­od­po­wied­nie­go, nie zna­czy, że inni kła­mią lub przesadzają.

Dla­cze­go nauczy­cie­le nie zawsze potra­fią reago­wać w odpo­wied­ni sposób?

Szko­ła opie­ra się na rela­cjach wła­dzy (nie­ste­ty tak jesz­cze jest, mówią mi o tym uczniowie/uczennice z kore­pe­ty­cji) – nauczy­ciel ma siłę, nato­miast uczeń musi słu­chać. Stan­fordz­ki eks­pe­ry­ment wię­zien­ny udo­wad­nia tezę, zgod­nie z któ­rą ludzie mają ten­den­cję do nad­uży­wa­nia swo­jej wła­dzy (jest to natu­ral­ny pro­ces, z któ­rym nale­ży wal­czyć tak­że w samo­dziel­nym zakresie).

Nauczy­cie­le nie mają moż­li­wo­ści opa­no­wa­nia zasad komu­ni­ka­cji – w pro­gra­mie naucza­nia nauczy­cie­li przy­kła­da się zbyt małą wagę do spo­so­bów for­mu­ło­wa­nia komu­ni­ka­tów wzglę­dem uczniów. Jest to błąd sys­te­mo­wy, któ­re­go ofia­rą są zarów­no ucznio­wie, jak i nauczy­cie­le. Każ­dy komu­ni­kat moż­na prze­ka­zać na kil­ka spo­so­bów: np. jako wspie­ra­ją­cą infor­ma­cję lub zło­śli­wy komentarz.

Brak bie­żą­ce­go nad­zo­ru i wspar­cia dla nauczy­cie­li – bycie dobrym nauczy­cie­lem wyma­ga olbrzy­mich nakła­dów pra­cy. Szko­le­nia, kur­sy i warsz­ta­ty kosz­tu­ją set­ki zło­tych – i zwy­kle są opła­ca­ne z wła­snej kie­sze­ni. W sys­te­mie edu­ka­cji bra­ku­je prze­strze­ni do zwy­czaj­nej roz­mo­wy i wymia­ny doświad­czeń (któ­ra mogła­by otwo­rzyć oczy na wie­le wła­snych zacho­wań). Dodat­ko­wo niskie pen­sje i pry­wat­ne obo­wiąz­ki nie zachę­ca­ją do inwe­sto­wa­nia w roz­wój zawodowy.

Nie twier­dzę, że nauczy­cie­le to sfru­stro­wa­ni ludzie nie­na­da­ją­cy się do swo­jej pra­cy. Ogrom przy­krych sytu­acji doświad­czo­nych przez was poka­zu­je jed­nak, że każ­dy z nas (nauczy­cie­li) ma, nad czym pra­co­wać. Ten post pole­cam potrak­to­wać jako ostrze­że­nie, że nie jeste­śmy idealni!

Wasze histo­rie:


Nata­lia
Mam obec­nie 30 lat. Wf z pod­sta­wów­ki i gim­na­zjum wspo­mi­nam bar­dzo dobrze. W pod­sta­wów­ce uczył mnie mło­dy pan świe­żo po stu­diach. Był cier­pli­wy, wszyst­ko poka­zy­wał, ale co naj­waż­niej­sze nie rywa­li­zo­wał nas. Byłam nie­złym pul­pe­tem, podob­nie jak inna kole­żan­ka 😉 nigdy nie poczu­ły­śmy się gor­sze od innych. W kla­sie były fit dziew­czy­ny, któ­re brał na zawo­dy np. w bie­ga­niu. Mnie i puszy­stą kole­żan­kę brał na zawo­dy w pchnię­ciu kula, pił­kę ręcz­ną. W każ­dym widział jakiś talent, każ­de­mu dawał szan­se. Jestem mu za to wdzięcz­na. W gim­na­zjum pani tez mło­da, ale bar­dzo faj­na. Mam wra­że­nie, że oni sza­no­wa­li nas a my ich.


——

Uro­dzi­łam się w 1981 roku. W pod­sta­wów­ce byłam wzo­ro­wą uczen­ni­cą, ale oce­ny na koniec roku naj­czę­ściej psuł mi WF. Nie­na­wi­dzi­łam tego przed­mio­tu. Nie lubi­łam nauczy­ciel­ki, któ­ra fawo­ry­zo­wa­ła spraw­nych fizycz­nie uczniów, a gno­iła tych mniej. Na lek­cjach naj­czę­ściej siat­ków­ka do porzy­gu – „macie tu pił­kę i graj­cie”, a Pani szła sobie na kaw­kę do swo­jej kan­cia­py. Na koniec seme­stru się budzi­ła, że trze­ba jakieś oce­ny wysta­wiać, więc spraw­dzian z ser­wo­wa­nia i odbi­ja­nia pił­ki w górę. Swo­je dowa­la­ły też dzie­cia­ki z kla­sy. Byłam dobra z innych przed­mio­tów, dużo lep­sza niż oni, nauczy­cie­le mnie lubi­li, więc taki WF to była jedy­na oka­zja, żeby się odgryźć. Fizycz­nie i wer­bal­nie. Agre­sja i wyzwi­ska. 45 minut cią­głe­go stre­su. I tak przez 4 lata. W ósmej kla­sie zmie­nił się nauczy­ciel. Tam­ta Pani tak się napra­co­wa­ła, że ode­szła na eme­ry­tu­rę. Nowy był świe­żo po stu­diach, wyda­wał się w mia­rę w porząd­ku, ale to nie wystar­czy­ło, żeby mi odcza­ro­wać te zajęcia. 

Dru­gie wspo­mnie­nie to nauka pły­wa­nia. Mia­łam wte­dy 8 lat. Bar­dzo bałam się wody i nie chcia­łam się, ale zosta­ło mi to zale­co­ne w ramach gim­na­sty­ki korek­cyj­nej. Przez cały rok uczęsz­cza­nia na basen uda­ło mi się tyl­ko nauczyć pły­wać z desecz­ką, ale też sła­bo. Pan instruk­tor, też raczej sta­rej daty, pew­ne­go dnia stra­cił do mnie cier­pli­wość. Wypro­wa­dził w naj­głęb­sze miej­sce base­nu i kazał pły­nąć z desecz­ką, po czym tę desecz­kę wyrwał mi z rąk. Poszłam jak kamień na dno. Do tej pory czu­ję się nie­swo­jo, jak poczu­ję zapach chlo­ru. Mam plan, żeby kie­dyś spró­bo­wać iść do szko­ły pły­wa­nia z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, ale na razie jesz­cze pozo­sta­je to pla­nem. Pan zała­twił mi trau­mę na całe życie. Dzie­ciar­nia i tu była bezlitosna. 

— —  —  — -
Kaja:
Do koń­ca gim­na­zjum moją jedy­ną czwór­ką na świa­dec­twie była ta z wycho­wa­nia fizycz­ne­go. Resz­ta to piąt­ki i szóst­ki. Zawsze na począt­ku roku powta­rza­no te same bana­ły: „Liczy się strój, zaan­ga­żo­wa­nie” itp., ale nie w moim przy­pad­ku, bo strój mia­łam zawsze, dawa­łam z sie­bie, ile mogłam, a i tak nigdy nie wycho­dzi­ło. Oce­na zawsze zale­ża­ła od wyni­ków. Naj­go­rzej było w liceum. Szóst­ka z pol­skie­go, trója z wycho­wa­nia fizycz­ne­go. Kiedyś,
po lek­cji na siłow­ni, na któ­rej wszyst­kie gada­ły­śmy, zamiast porząd­nie ćwi­czyć, nauczy­ciel­ka posta­wi­ła tyl­ko dwie jedyn­ki — mnie i kole­żan­ce, z któ­rą roz­ma­wia­łam. To, że resz­ta dziew­czyn ćwi­czy­ła tak samo nie­dba­le, w ogó­le się nie liczy­ło. Ja się przy­zwy­cza­iłam, że na WF-ie jestem na stra­co­nej pozy­cji, mia­łam tyl­ko wyrzu­ty sumie­nia wobec kole­żan­ki, choć w sumie to ona zaga­da­ła mnie pierwsza.
Nigdy nie umia­łam zro­bić prze­wro­tu w tył, nie umia­łam szyb­ko bie­gać, ska­kać przez kozła, bałam się pił­ki. Dziś wiem, że mam Zespół Asper­ge­ra i praw­do­po­dob­nie w związ­ku z tym słab­szą koor­dy­na­cję rucho­wą, wte­dy nie byłam jesz­cze zdia­gno­zo­wa­na i oce­nia­no mnie według tych samych kry­te­riów, co inne dzieci.
Nie czu­ję zło­ści do tych nauczy­cie­li, Wiem, że tak wyglą­dał sys­tem. Po pro­stu cie­szę się, że wf już daw­no za mną. Aktyw­ność fizycz­ną polu­bi­łam dopie­ro w wie­ku doro­słym, dzię­ki moje­mu mężo­wi, któ­ry nauczył mnie nawet pły­wać, co kie­dyś wyda­wa­ło mi się nie­moż­li­we. Jeż­dżę na rowe­rze, dużo cho­dzę, ćwi­czę z fil­mi­ka­mi na YouTu­be, ale wf wspo­mi­nam jako męczar­nię i cie­szę się, że ta męczar­nia się skończyła.

— — –

Klau­dia:
Nauczy­ciel­ka kaza­ła mi i mojej kole­żan­ce zmyć maki­jaż i wró­cić dopie­ro na lek­cję (mia­ła przy­go­to­wa­ny w szu­fla­dzie płyn do dema­ki­ja­żu). Gdy kie­dyś spóź­ni­łam się na jej lek­cję, zapy­ta­ła mnie, czy to przez zbyt dłu­gie malo­wa­nie się (bar­dzo nie­mi­łym tonem gło­su). Oczy­wi­ście sama nosi­ła maki­jaż. Było to gim­na­zjum, więc wia­do­mo, że czło­wiek był mło­dy, miał kom­plek­sy (pły­ną­ce od innych i z obra­zów w mediach), więc chciał paso­wać do gru­py rówie­śni­czej i „polep­szyć się” kosme­ty­ka­mi. Pani peda­gog zro­bi­ła w szko­le całą akcję, pole­ga­ją­cą na tym, że wcho­dzi­ła bez zapo­wie­dzi na lek­cję do klas, a dziew­czy­ny mają wycią­gnąć na ław­kę ręce. Oczy­wi­ście, żeby spraw­dzić, czy paznok­cie są nie­po­ma­lo­wa­ne. Plus ogląd twa­rzy, żeby spraw­dzić, czy nie ma na nich kosme­ty­ków (choć­by lek­ko poma­lo­wa­nych rzęs tuszem). Wiem, że NIESTETY wie­le szkół zabra­nia maki­ja­żu, więc nie jest to żad­na szo­ku­ją­ca histo­ria, bo jeste­śmy do tego błęd­ne­go myśle­nia przy­zwy­cza­je­ni. Uwa­żam, że to z paznok­cia­mi było dużą prze­sa­dą. Oczy­wi­ście cała inge­ren­cja w wygląd nas, dziew­czy­nek, była strasz­na. Takie czy­ny były sprzecz­nym sygna­łem dla roz­wi­ja­ją­cych się dziew­czy­nek — jed­no­cze­śnie social media mówią, że “MUSIMY” być pięk­ne, a potem w szko­le inwi­gi­la­cja wyglą­du, jakiej­kol­wiek kosme­tycz­nej popraw­ki i wpro­wa­dza­nie w poczu­cie winy z tego powo­du. Plus wstyd, jeśli nauczy­ciel­ka kaza­ła zmyć maki­jaż i wró­cić z “inną” twa­rzą do klasy. 

— —  — -

Mój nauczy­ciel wf to był jeden z naj­gor­szych ludzi, jakich spo­tka­łem. Odli­cza­łem godzi­ny do koń­ca liceum tyl­ko po to, aby go nigdy wię­cej nie zauwa­żyć. Ponie­waż nie jestem oso­bą (i nigdy nie byłem), któ­ra za swój cel obie­ra­ła bicie rekor­dów — zawsze były kłót­nie z nim i oczy­wi­ście wyzy­wa­nie. Pamię­tam, jak przy całej gru­pie powie­dział. Tak zaje­bi­ste­mu nauczy­cie­lo­wi, jak mi było trud­no zna­leźć pra­cę, to kto będzie chciał cię zatrud­nić”. Chciał być bar­dzo mło­dzie­żo­wy, ale nie­ste­ty to nie wycho­dzi­ło, a momen­ta­mi było prze­ra­ża­ją­ce — jego rzu­ca­nie sło­wa­mi typu: zaje**ście, d***a etc. było normalką.
Typ nie zwal­niał nas z lek­cji. Przy­go­to­wa­nie do kon­kur­su, wyciecz­ka, wymia­na, wyry­wa­nie óse­mek i orze­cze­nie lekar­skie były dla nie­go niczym. Uśmie­chał się tyl­ko w spo­sób bar­dzo pogardliwy.
Miał praw­do­po­dob­nie romans z uczen­ni­cą (peł­no­let­nią), ale to nie prze­szka­dza­ło mu patrzeć na dziew­czy­ny ćwi­czą­ce na wf. Oczy­wi­ście w trak­cie moich lekcji.
Nigdy nicze­go nie poka­zał. Nigdy nie zro­bił żad­ne­go poka­zo­we­go fikoł­ka czy innych ćwi­czeń. Za to śmiał się zawsze, jeśli ktoś nie umiał tego zro­bić. Kie­dy ktoś go popro­sił o poka­za­nie, odpo­wia­dał: ” Jeste­ście w wie­ku, w któ­rym powin­ni­ście ogar­nąć, o co cho­dzi bez pokazów”
Spóź­niał się. W zimę hala, na któ­rej odby­wał się ten kosz­mar, nie była dobrze ogrze­wa­na. Ma x 10 stop­ni. My sie­dzie­li­śmy i mar­z­li­śmy, a on potra­fił przyjść w poło­wie lek­cji. I to było ok, ale jak już ja się spóź­ni­łem, bo padał obfi­cie śnieg i dotar­łem pod koniec lek­cji (codzien­nie musia­łem jechać auto­bu­sem) to był wiel­ki raban i hurr durr, bo się spóź­ni­łem jak to tak, nie mam sza­cun­ku do nie­go itp.
Byli ludzie, któ­rzy wręcz wymio­to­wa­li na jego lek­cji, bo chcie­li być naj­lep­si. Ten czło­wiek grał kie­dyś w jed­nym z mazo­wiec­kich klu­bów (mia­sto na R.) w pił­kę ręcz­ną czy siat­ko­wą, więc naszą (tzn.moją i moich zna­jo­mych z gru­py) było to, że po pro­stu jemu się nie uda­ło i wyży­wa się na nas.
Żeby nie było — mój nauczy­ciel wf w gim­na­zjum ide­al­ny nie był, cza­sem dawał nam pił­kę i gra­li­śmy, a on sie­dział i był star­szy, więc śred­nio mógł poka­zy­wać ćwi­cze­nia, ale był to jedy­ny okres w mojej edu­ka­cji gdzie moją oce­ną z wf była zawsze 5. Był zawsze miły i pomoc­ny i w ogó­le super więc ten dziad z liceum to był szok.

— —  — –

Kla­sa I tech­ni­kum. Myśla­łam, że tra­fi­łam już na doro­słych ludzi. Jed­nak tak nie było. Z racji tego, że się dobrze uczy­łam, byłam grzecz­na i cicha to jed­na dziew­czy­na mnie sobie upa­trzy­ła. Zaczę­ło się od głu­pich odzy­wek, alu­zji no i wyśmie­wa­nie. Kla­sie mówi­ła, że krad­nę wodę na her­ba­tę, co nie było praw­dą. Byłam w inter­na­cie, więc wymy­śla­ła róż­ne rze­czy. Naplu­ła mi do kub­ka, kopa­ła, wysma­ro­wa­ła mi pian­ką do gole­nia buty. Zaczę­ła nama­wiać całą kla­sę prze­ciw­ko mnie. Chcia­łam nawet przez nią zmie­nić szko­łę… Na szczę­ście dobrze się skoń­czy­ło i spra­wa wylą­do­wa­ła u pani dyrek­tor, ale bar­dzo źle to wspo­mi­nam i nie zapo­mnę, jak bar­dzo wykry­ło mi się to w psy­chi­ce. Nie pozdra­wiam tej osoby.

— —  — —
B.
Cier­pię na wadę gene­tycz­ną pole­ga­ją­cą na nie­moż­no­ści roz­róż­nia­nia jakich­kol­wiek kolo­rów. Sprzę­żo­ne z nią pro­ble­my to świa­tło­wstręt, nad­wzrocz­ność, astyg­ma­tyzm, oczo­pląs. Nazwy brzmią nie­zbyt zro­zu­mia­le, lecz kon­klu­zja jest jed­na – mam sła­by wzrok, zazwy­czaj nie jestem w sta­nie doj­rzeć nad­la­tu­ją­cej pił­ki lub nadą­żyć za jej ruchem, dodat­ko­wo prze­szka­dza mi w tym bar­dzo oświe­tlo­na hala, nie mówiąc o zaję­ciach na dwo­rze, w peł­nym słoń­cu. Dla nauczy­cie­li kwe­stia ta była zupeł­nie nie­zro­zu­mia­ła, podob­nie dla rówie­śni­ków – nie mia­ła­bym z tym pro­ble­mu, gdy­by nie fakt, że każ­dy wie­dział lepiej, co jest dla mnie dobre. Jedy­ne, w czym nie chcia­łam brać udzia­łu, to gry zespo­ło­we, jedy­ne bowiem, co z tego mia­łam, to strach przed pił­ką i wyzwi­ska ze stro­ny rówie­śni­ków; tym­cza­sem przy wszel­kich innych ćwi­cze­niach nauczy­cie­le na siłę chcie­li mnie uszczę­śli­wiać swą pomo­cą, choć jej nie potrze­bo­wa­łam. Jestem w sta­nie sama prze­sko­czyć przez skrzy­nię czy przejść po ławecz­ce, lecz nie było spo­so­bu, by ich do tego prze­ko­nać. Do tego na base­nie usil­nie prze­no­szo­no mnie do mniej zaawan­so­wa­nej gru­py, choć od lat cho­dzi­łam na naukę pływania.
W pod­sta­wów­ce cho­dzi­łam do kla­sy inte­gra­cyj­nej, któ­ra bynaj­mniej zin­te­gro­wa­na nie była. Na WF-ie pod­czas gier zespo­ło­wych zda­rza­ły się pre­ten­sje do nauczy­cie­li, że podział jest nie­spra­wie­dli­wy, jed­na bowiem dru­ży­na na dwóch nie­peł­no­spraw­nych, a dru­ga tyl­ko jed­ne­go. Napraw­dę nie jest miło słu­chać oskar­żeń w sty­lu „My mamy Anię i Jan­ka, a oni tyl­ko Mary­się, to nie fair!” (imio­na oczy­wi­ście przy­pad­ko­we), cho­ciaż w dużej mie­rze to rozu­mia­łam, sama jako zdro­wa oso­ba nie chcia­ła­bym w dru­ży­nie osób, któ­re nie są w sta­nie wyko­nać pod­sta­wo­wych dla danej dys­cy­pli­ny czyn­no­ści. Rodzi­na pocie­sza­ła mnie, mówiąc, iż jed­ni mają siłę w gło­wie, a dru­dzy w nogach – nie­mniej moje dobre oce­ny wca­le nie poma­ga­ły mi w zyska­niu akcep­ta­cji u rówie­śni­ków, wręcz przeciwnie. 

W szó­stej kla­sie uda­ło mi się prze­ko­nać rodzi­ców, by zapi­sa­li mnie na zaję­cia z Taekwon-Do. Z jed­nej stro­ny lubi­łam to i uwa­żam, że dużo mi dało – znacz­nie polep­szy­ło kon­dy­cję, rów­no­wa­gę, siłę czy roz­cią­gnię­cie; z dru­giej zaś, gdy przy­cho­dzi­ło do spa­rin­gów, wia­do­me było, iż jestem na prze­gra­nej pozy­cji – nie potra­fię nadą­żyć wzro­kiem za czy­imiś rucha­mi na tyle, by być w sta­nie w ogó­le liczyć się w danej wal­ce. Zawo­dy koń­czy­ły się prze­gra­ną z dużą róż­ni­cą punk­tów, nie­mniej chcia­łam brać w tym udział – trud­no jest pogo­dzić się z fak­tem, że jest się gor­szym od innych. Do tego doszła roz­grzew­ka w posta­ci gry w pił­kę noż­ną, gdzie tre­ner uparł się, bym sta­ła na bram­ce, myśląc, że dam radę to jakoś wyćwi­czyć; może sądził też, że moja nie­chęć do gry wyni­ka z leni­stwa, a nie z ogra­ni­czeń, któ­rych nigdy nie poko­nam. Zresz­tą szyb­ko zda­łam sobie spra­wę, że zna­jo­mi z klu­bu za mną nie prze­pa­da­ją i wyśmie­wa­ją za ple­ca­mi z powo­du nie­peł­no­spraw­no­ści. W kolej­nej spo­łecz­no­ści nie mogłam liczyć na akcep­ta­cję, choć zawar­łam tam pierw­szą przy­jaźń (tok­sycz­ną, tak swo­ją drogą).
W gim­na­zjum nastą­pił prze­łom o tyle, że zna­la­złam wresz­cie ludzi, któ­rzy nie wyśmie­wa­ją mnie za coś, na co nie mam wpły­wu. Nie­mniej WF‑u nie zno­si­łam. Domi­no­wa­ły gry zespo­ło­we, dziew­czy­ny bowiem nie chcia­ły wyko­ny­wać innych ćwi­czeń. Tak więc kil­ka razy w tygo­dniu musia­łam zno­sić wybie­ra­nie do grup, gdzie zawsze zosta­wa­łam ostat­nia (nie dzi­wię się temu, ale cza­sem moż­na mieć dosyć). Docho­dził do tego stres zwią­za­ny z mie­sza­niem grup z innych klas, gdzie nie każ­dy wie­dział o moim scho­rze­niu. Do dziś pamię­tam sytu­ację, gdy usły­sza­łam prze­śmiew­cze „pro­szę pani, autyzm!” (nie widzia­łam pił­ki, któ­ra lecia­ła wprost w moją stro­nę, zle­wa­ła mi się z oto­cze­niem) – nauczy­ciel­ka zaś wca­le nie zare­ago­wa­ła, zro­zu­mia­łam więc, że nie mogę liczyć na wspar­cie ze stro­ny gro­na peda­go­gicz­ne­go. Po jakimś cza­sie zaczę­ły się u mnie epi­zo­dy, gdy oświad­cza­łam, że nie będę grać w pił­kę na świe­żym powie­trzu ani brać udzia­łu w siat­ków­ce, co oczy­wi­ście skut­ko­wa­ło wpi­sy­wa­niem nie­przy­go­to­wań. To, co robi­łam, oczy­wi­ście nie było słusz­ne, lecz nie widzia­łam inne­go wyj­ścia. Osta­tecz­nie pogo­dzi­łam się z całą tą sytu­acją, z koniecz­no­ścią gra­nia w gry, z wybie­ra­niem do dru­żyn, robi­łam tyle, ile mogłam, nabra­łam co nie­co dystan­su do sie­bie. Nie zapo­mnę jed­nak sytu­acji, gdy na zastęp­stwie powie­dzia­łam, że nie mogę grać w palan­ta na dwo­rze, w peł­nym słoń­cu, bo po pro­stu nic nie widzę. Usły­sza­łam dwie bez­cen­ne rady: „ucie­kaj, gdy pił­ka leci” oraz „cho­waj się za koleżanką”.
W liceum nastą­pił pewien prze­łom – uda­ło mi się poro­zu­mieć z nauczy­cie­la­mi i nie bra­łam udzia­łu w grach zespo­ło­wych, w tym cza­sie mogłam wyko­ny­wać inne ćwi­cze­nia. Na począt­ku byłam bar­dzo zado­wo­lo­na, z cza­sem jed­nak po pro­stu mnie to nudzi­ło, nie­mal na każ­dej lek­cji mie­li­śmy siat­ków­kę. Robi­łam wciąż to samo – cią­gle tyl­ko roz­cią­ga­nie, ewen­tu­al­nie jakieś ćwi­cze­nia ogól­no­ro­zwo­jo­we, bra­ko­wa­ło mi kon­tak­tu z inny­mi, czu­łam, że ten WF to po pro­stu stra­ta cza­su, poroz­cią­gać się mogę w domu, a bez tych trzech lek­cji w tygo­dniu wię­cej cza­su mogła­bym poświę­cić na siłownię.
Na zastęp­stwach celo­wo twier­dzi­łam, że zapo­mnia­łam stro­ju, nie mia­łam ocho­ty tłu­ma­czyć, iż nie mogę grać w gry, bałam się kolej­ne­go niezrozumienia.
Roz­wa­ża­łam cał­ko­wi­te zwol­nie­nie się z wf‑u, lecz przy­szły zaję­cia zdal­ne, gdzie i tak nie musia­łam uczest­ni­czyć w grach zespołowych.
Wspo­mnia­łam o siłow­ni – zaczę­łam cho­dzić dwa lata temu, oczy­wi­ście były prze­rwy spo­wo­do­wa­ne lock­dow­nem. Nie­mniej zna­la­złam wresz­cie coś, co daje mi satys­fak­cję i ener­gię do dzia­ła­nia. Wyda­je mi się, że naresz­cie nauczy­łam się akcep­to­wać swo­je sła­bo­ści i udo­wod­ni­łam sama sobie, że to nie tak, iż kom­plet­nie nie nada­ję się do spor­tu, co mi usil­nie wma­wia­no przez całe życie.
Nie piszę tego, by oczer­nić wszyst­kich nauczy­cie­li oraz tre­ne­rów; wszy­scy mają pra­wo nie rozu­mieć, jak widzę ota­cza­ją­cą nas rze­czy­wi­stość, tak samo bowiem nie wiem i nie będę wie­dzia­ła, jak to jest roz­róż­niać kolo­ry. Po pierw­sze zwra­cam się do ludzi, któ­rzy uwa­ża­ją, że narze­ka­nia na wf są prze­sa­dzo­ne, a każ­dy powi­nien umieć kop­nąć czy odbić pił­kę – wiem, że jestem jed­nym przy­pad­kiem na 30 tysię­cy, nie­mniej tra­fi­łam się; na swo­jej dro­dze życio­wej spo­tka­my róż­nych ludzi z róż­ny­mi pro­ble­ma­mi; war­to więc nie­kie­dy prze­bić bań­kę infor­ma­cyj­ną, któ­rą wokół sie­bie two­rzy­my, a tym samym nie zarzu­cać z góry dru­giej oso­bie np. lenistwa.
Po dru­gie zwra­cam się do wszyst­kich – nie bądź­cie jak ludzie, o któ­rych pisa­łam. Cza­sem błęd­nie wyda­je nam się, że potra­fi­my wejść w czy­jąś skó­rę. Tro­chę poko­ry. To oso­ba zma­ga­ją­ca się z jakimś pro­ble­mem wie naj­le­piej, z czym sobie radzi, a z czym nie. Nie chcę pro­mo­wać nie­wdzięcz­no­ści, prze­ciw­nie – sta­ram się doce­niać każ­dą chęć pomo­cy, choć nie zawsze mi wycho­dzi. Daj­my sobie jed­nak powie­dzieć, że nie zawsze to, co w naszej opi­nii sta­no­wi wspar­cie, jest tym samym dla dru­giej osoby.
Nie­któ­rzy mogą zarzu­cić mi, iż mia­łam moż­li­wość zupeł­ne­go zwol­nie­nia się z wf – ani ja, ani moi rodzi­ce nie chcie­li­śmy, bym cał­ko­wi­cie prze­sta­ła się ruszać. W dodat­ku cią­gle się łudzi­łam, że zamiast gier będzie wię­cej ćwi­czeń indywidualnych.
Jeśli cho­dzi o samą kwe­stię obo­wiąz­ko­we­go wf‑u – nie twier­dzę, że to cał­ko­wi­cie zły pomysł, lecz w obec­nej posta­ci nie speł­nia on swych zało­żeń. W moim przy­pad­ku oso­by z oty­ło­ścią i tak otrzy­my­wa­ły zwol­nie­nia lekar­skie, nato­miast mnó­stwo osób robi­ło wszyst­ko, byle jak naj­mniej się zmę­czyć, oszu­ki­wa­ło pod­czas roz­grzew­ki, a siat­ków­ka cie­szy­ła się popu­lar­no­ścią, ponie­waż moż­na było stać przez więk­szość cza­su, ewen­tu­al­nie raz na jakiś czas prze­bić piłkę. 

— —  —  — –

J.
W gim­na­zjum doświad­czy­łem ter­ro­ru ze stro­ny nauczy­cie­lek che­mii i histo­rii. Samą swo­ją obec­no­ścią budzi­ły prze­ra­że­nie (być może chcia­ły w ten spo­sób zbu­do­wać swój auto­ry­tet). Pani od che­mii w kla­sie była dość oschłą oso­bą i trak­to­wa­ła nas jak peten­tów, któ­rym wiecz­nie coś prze­szka­dza. Dopie­ro gdy oka­za­ło się, że cał­kiem nie­źle radzę sobie z jej przed­mio­tem, poczu­łem z jej stro­ny mini­mal­ną sym­pa­tię. Jed­nak gdy sama mie­rzy­ła się z całą kla­są, czę­sto sto­so­wa­ła prze­moc psy­chicz­ną i emo­cjo­nal­ną. Już sam spo­sób jej wypo­wia­da­nia się (sto­su­nek do nas jako do kla­sy) świad­czył o tym, że chce poka­zać swo­ją wyższość.

Z kolei pani od histo­rii była tyka­ją­cą bom­bą. Potra­fi­ła być miła, ale gdy w pew­nej chwi­li coś w niej wybu­cha­ło, zmie­nia­ła swo­je zacho­wa­nie o 180 stop­ni. O iro­nio, pod­czas odpy­ty­wa­nia (gdy mia­ła zły nastrój) sta­wia­ła pięć numer­ków (nie osób) pod ścia­ną i zada­wa­ła pyta­nia z mate­ria­łu. Gdy ktoś nie odpo­wie­dział — pyta­nie prze­cho­dzi­ło na kolej­ną oso­bę; jeśli wszy­scy mie­li pro­blem z pyta­niem, wów­czas każ­dy dosta­wał jedyn­kę. Nie mia­ło zna­cze­nia, że to było np. jedy­ne z pię­ciu pytań, na któ­re ktoś nie odpo­wie­dział. Na jej lek­cjach wszy­scy sie­dzie­li jak na szpil­kach, ale nikt nie był w sta­nie się sku­pić — raczej to było na zasa­dzie “jak oddy­chać ciszej, żeby jej nie roz­ju­szyć”. Z histo­rii byłem dobry, mia­łem same 5 i 6, ale wspo­mnie­nie pozo­sta­nie ze mną do koń­ca życia.