Jeśli to czy­tasz — daj mi znać 🧡 na swo­im ulu­bio­nym kanale:

Produkt ze sklepu - Baba od polskiego - Stefan Żeromski - Przedwiośnie
Pro­dukt ze skle­pu – Baba od pol­skie­go – Ste­fan Żerom­ski – Przedwiośnie

Peł­ne opra­co­wa­nie i stresz­cze­nie „Przed­wio­śnia” Ste­fa­na Żerom­skie­go (gene­za, czas akcji, język, moty­wy, kon­tek­sty, sym­bo­le, stresz­cze­nie roz­dział  po roz­dzia­le) ZNAJDZIESZ TEŻMOIM SKLEPIE!

Jeśli to czy­tasz — daj mi znać 🧡 na swo­im ulu­bio­nym kanale:

BIOGRAFIA CEZAREGO BARYKI


cytat

daty

wyda­rze­nia z życia

I Rodo­wód i Szkla­ne domy

BAKU

* Otóż – ojciec nosił nazwi­sko Bary­ka, imię Sewe­ryn, któ­re na roz­ło­gach rosyj­skich zbyt­nio nie razi­ło. “Sie­wie­rian Gri­go­rie­wicz Bary­ka” – ucho­dzi­ło wte­dy, prze­śli­zgi­wa­ło się nie­po­strze­że­nie.(...) Sewe­ryn Bary­ka nie otrzy­mał w mło­do­ści spe­cjal­ne­go wykształ­ce­nia i nie miał okre­ślo­ne­go zawo­du. Gdy był czas po temu, nie bar­dzo mu się chcia­ło zaprzą­tać sobie gło­wy nauką, a póź­niej oko­licz­no­ści tak się uło­ży­ły, że za póź­no już było przed­się­brać zde­cy­do­wa­ne stu­dia. Był tedy przez czas dość dłu­gi pospo­li­tym typem czło­wie­ka poszu­ku­ją­ce­go jakiej­kol­wiek posa­dy. Gdy zaś zna­lazł nie­zbyt odpo­wied­nią, szu­kał cicha­czem innej, zyskow­niej­szej, w jakiej­kol­wiek bądź dzie­dzi­nie. (...) Rosja przed­wo­jen­na była wyma­rzo­ną are­ną dorob­ku dla ludzi tego typu, zwłasz­cza pocho­dzą­cych z “Kró­le­stwa”.

* Mat­ka była nie­wi­docz­na, samo­swo­ja, naj­zwy­czaj­niej­sza Jadwi­ga Dąbrow­ska, rodem z Sie­dlec. Całe pra­wie życie spę­dza­jąc w Rosji, w naj­roz­ma­it­szych jej guber­niach i powia­tach, nie nauczy­ła się dobrze mówić po rosyj­sku, a duchem prze­miesz­ki­wa­ła nie gdzieś tam na Ura­lu czy w Baku , w Sym­bir­sku czy zgo­ła w Tule, lecz wciąż w Siedlcach.

* Tak to z roku na rok marząc o powro­cie do kra­ju, a jed­no­cze­śnie pora­sta­jąc w zło­te i srebr­ne pió­ra Sewe­ryn Bary­ka całą duszę wkła­dał w syn­ka, w zdro­we­go i zażyw­ne­go Cza­ru­sia. Chło­piec ten miał od naj­wcze­śniej­szych lat naj­droż­sze nauczy­ciel­ki fran­cu­skie­go, angiel­skie­go, nie­miec­kie­go i pol­skie­go języ­ka, naj­lep­szych dro­go płat­nych kore­pe­ty­to­rów, gdy poszedł do gim­na­zjum.(...) Szko­ła robi­ła swo­je. Cza­ruś sto­kroć lepiej mówił po rosyj­sku niż po pol­sku. Nie poma­ga­ło prze­strze­ga­nie w domu mowy pol­skiej ani to, że słu­żą­ce były Polki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1900 -

Cza­rek wycho­wy­wał się w Baku, był jedy­na­kiem roz­piesz­czo­nym przez rodzi­ców. Dobrze znał język rosyj­ski, cho­ciaż rodzi­ce dokła­da­li wszel­kich sta­rań, by nie zapo­mniał o rodo­wym języ­ku polskim. 

* Cza­ruś dostał był wła­śnie pro­mo­cję z kla­sy czwar­tej do pią­tej i skoń­czył czter­na­sty rok życia, gdy Sewe­ry­na Bary­kę jako ofi­ce­ra zapa­so­we­go powo­ła­no do woj­ska. – Woj­na wybu­chła. Szyb­ko, w cią­gu paru dni, idyl­la rodzin­na zosta­ła zdru­zgo­ta­na. Ceza­ry zna­lazł się sam z mat­ką w osie­ro­cia­łym miesz­ka­niu.* Swo­bo­da uszczę­śli­wi­ła Cezar­ka. Prze­ra­że­niem napeł­ni­ła jego mat­kę.(...) Całe teraz dnie spę­dzał poza domem na łobu­ze­rii z kole­ga­mi, na grach, zaba­wach, eska­pa­dach i wagu­sach. Gdy się skoń­czy­ły waka­cje, “uczęsz­czał” do gim­na­zjum i pobie­rał w domu jak daw­niej lek­cje fran­cu­skie­go i nie­miec­kie­go, angiel­skie­go i pol­skie­go języ­ka, ale był to już raczej sze­reg awan­tur, a nie­raz i bójek. Z każ­dym teraz bel­frem zadzie­rał, wsz­czy­nał kłót­nie i toczył nie­skoń­czo­ne procesy;

* Z cza­sem stał się imper­ty­nenc­ki, drwią­cy, uszczy­pli­wy, kłó­tli­wy i napa­stli­wy. A wresz­cie nic sobie z mat­ki nie robił. Zaci­snę­ła zęby i mil­cza­ła prze­ży­wa­jąc nie­skoń­czo­ne godzi­ny trwo­gi o jedynaka.

* Ceza­rek zaj­mo­wał miej­sce Sewe­ry­na jako źró­dło decy­zji, rady, pla­nu i rzu­tu oka na metę dale­ką oraz jako roz­ka­zo­daw­ca. Nie zaj­mo­wał się domem i jego spra­wa­mi, lecz od nie­go wszyst­ko zależało.

* Wresz­cie odpa­lo­no natar­czy­we pyta­nia zim­nym cio­sem, z pew­nym iro­nicz­nym zmru­że­niem urzęd­ni­cze­go oka, iż prze­padł w otchła­niach woj­ny, wieść o nim zagi­nę­ła tak dale­ce, iż o tym czło­wie­ku nic zgo­ła nie wiadomo

1914 -

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 




 

 

1917 -

 

 

Kie­dy ojciec został powo­ła­ny do woj­ska, Ceza­ry poczuł wol­ność, prze­ży­wał mło­dzień­czy bunt i coraz gorzej się uczył. 

















Wol­ność ta i brak kon­se­kwen­cji za wybry­ki, któ­rych się dopusz­czał, spra­wi­ła, że nie sza­no­wał swo­jej mat­ki. Dodat­ko­wo jako jedy­ny męż­czy­zna czuł, że ma pra­wo decy­do­wa­nia o rodzi­nie i mająt­ku. Zało­żył też, że stał się gło­wą rodzi­ny, bo od daw­na nie docho­dzi­ły wie­ści o ojcu. 

* Jed­ne­go dnia roze­szła się w mie­ście Baku lotem bły­ska­wi­cy wieść: rewo­lu­cja! (...) Przede wszyst­kim, z daw­na już sły­sząc, że jest gdzieś jakaś rewo­lu­cja, prze­stał “uczęsz­czać” do swej ósmej klasy.(...)

X 1917

Boha­ter posta­no­wił porzu­cić obo­wią­zek szkol­ny i dołą­czyć do rewolucjonistów.

* Ceza­ry Bary­ka był oczy­wi­ście bywal­cem zgro­ma­dzeń ludo­wych. Na jed­nym z takich zbie­go­wisk wie­sza­no in effi­gie bur­żu­azyj­nych cesa­rzów, wiel­ko­rząd­ców, pre­zy­den­tów, gene­ra­łów, wodzów – mię­dzy inny­mi lal­kę ubra­ną za Józe­fa Pił­sud­skie­go. Tłum kla­skał rado­śnie a Ceza­rek naj­gło­śniej, choć nic jesz­cze, co praw­da, o Józe­fie Pił­sud­skim nie wie­dział.(...) W tłu­mie, w pod­nie­co­nym, wzbu­rzo­nym, roz­ju­szo­nym natło­ku ludzi, pędził nie­raz do wię­zień, gdy wywłó­czo­no z lochów róż­nych bia­ło­gwar­dzi­stów, reak­cyj­nych gene­ra­łów, wsła­wio­nych okru­cień­stwa­mi, i gdy ich mordowano.

* Ceza­ry przy­szedł do domu z wia­do­mo­ścią o dekre­cie i oświad­cze­niem, iż on nie­zwłocz­nie wska­że miej­sce skar­bu rodzin­ne­go w piw­ni­cy. Nie z tchó­rzo­stwa, lecz dla idei!

 

Cho­ciaż nie rozu­miał przy­czyn wybu­chu rewo­lu­cji, fascy­no­wa­ła go jej okrut­na i nisz­czy­ciel­ska siła. Był sta­łym bywal­cem wie­ców i palił kukły przy­wód­ców, cho­ciaż nic nie wie­dział na temat poli­ty­ki. Swo­je odda­nie spra­wie przy­pie­czę­to­wał tak­że tym, że roz­dał mają­tek rodzin­ny i nie liczył się z kon­se­kwen­cja­mi tego czynu. 

* Miesz­ka­nie Sewe­ry­na Bary­ki zarekwirowano.

* Gdy od stro­ny Astra­cha­nia przy­cho­dził sta­tek pasa­żer­ski, o czym mat­ka zawsze z góry wie­dzia­ła, oby­dwo­je cho­dzi­li do por­tu i wycze­ki­wa­li – nie wie­dzieć na co (...) Stra­cił już wszel­ką nadzie­ję, odkąd mu powie­dzia­no w urzę­dzie, że ojciec zgi­nął na woj­nie. Nite wyja­wiał tego mat­ce, gdyż nie był w sta­nie wymie­rzyć jej tego cio­su w stru­dzo­ne serce

* Pry­wa­cje, na któ­re Ceza­ry Bary­ka został nara­żo­ny – wyrze­cze­nie się pół­do­bro­wol­ne i szcze­rze ofiar­ne wszyst­kie­go: roz­kosz­nych zabaw, spor­tów, miesz­ka­nia, jedze­nia, ubra­nia, pie­nię­dzy – podzia­ła­ło jed­nak na nie­go w pew­nej mie­rze otrzeź­wia­ją­co. Jakoś spo­waż­niał, zesmutniał.

* Wyśle­dził wresz­cie sekret mat­czy­ny, naj­sta­ran­niej cho­wa­ny: wypra­wy za mia­sto po zbo­że.(...) W tym cza­sie obo­je jakoś przy­tu­li­li się do sie­bie moral­nie i wspar­li ramio­na­mi ducha. Ceza­ry spo­strzegł, iż mat­ka, któ­ra “nic nie mogła ska­po­wać, naj­prost­szych rze­czy nie rozu­mia­ła” – nie była prze­cież tak ogra­ni­czo­na, jak mu się z pierw­sze­go wyda­wa­ło. Pew­ne wyni­ki prze­wi­dy­wa­ła nie­omyl­nie jasno, nie­któ­re zja­wi­ska oce­ni­ła z mate­ma­tycz­ną dokładnością.

 

Rewo­lu­cjo­ni­ści prze­ję­li zatem jego rodzin­ne miesz­ka­nie, on pod­dał się już daw­no i nie miał złu­dzeń, że ojciec wró­ci z woj­ny, ale nie mówił tego mat­ce. Bied­na, któ­rą zaczął dopie­ro zauwa­żać, spo­wo­do­wa­ła, że znacz­nie posmut­niał, szpie­go­wał też swo­ją mat­kę i odkrył, że wyru­sza ona na nie­bez­piecz­ne wypra­wy po zbo­że, by zro­bić z nie­go chleb dla swo­je­go syna – wte­dy też poczuł sen­ty­ment wobec rodzi­ciel­ki i dostrzegł, że jest dobrą i mądrą osobą. 

* Nie­szczę­ście chcia­ło, że tej­że nocy zwa­li­ła się do miesz­ka­nia rewi­zja. Pre­cjo­za zna­le­zio­no i zabra­no, a karę za ukry­wa­nie zło­ta i dro­gich kamie­ni w takiej ilo­ści poniósł Ceza­ry i jego mat­ka. Oby­dwo­je dosta­li się na czar­ną listę. Tyl­ko dobra opi­nia, jaką u władz bol­sze­wic­kich cie­szył się “towa­rzysz Bary­ka”, wpły­nę­ła na zmniej­sze­nie kary.

* Gości­na udzie­lo­na księż­nej Szczer­ba­tow-Mama­jew nie wyszła mat­ce Ceza­re­go na zdro­wie. Od tej chwi­li była, widać, ści­śle tro­pio­na, gdyż przy­trzy­ma­no ją wła­śnie, gdy zamie­rza­ła wydo­być coś ze skar­bu ukry­te­go w górze za mia­stem – w celu wypra­wie­nia się zno­wu na wieś po zbo­że. Bita potęż­nie “po mor­dzie”, przy­zna­ła się do posia­da­nia skar­bu i poka­za­ła kry­jów­kę, gdzie się mie­ścił. To jej jed­nak nie ura­to­wa­ło. Skie­ro­wa­no ją do robót publicz­nych w por­cie. Nie­dłu­go tam jed­nak pra­co­wa­ła. Robo­ty owe były dosko­na­łą kura­cją pro­wa­dzą­cą z tego świa­ta na tamten.

* Ceza­ry zapa­mię­tał sobie ten widok. Nikt nie umiał mu powie­dzieć, kto zabrał ślub­ny pier­ścień matki.

 

Oka­za­ło się, że sam stał się ofia­rą rewo­lu­cji, gdy pod wska­za­ny adres przy­by­ła rewi­zja i przy­dzie­lo­no mu i mat­ce karę. Na doda­tek mat­ka po gości­nie udzie­lo­nej księż­nej była pod obser­wa­cją, odkry­to, że wyru­sza po zbo­że, któ­re wymie­nia na ukry­wa­ne dotąd dobra rodzin­ne – zosta­ła za to pobi­ta i skie­ro­wa­na do robót publicz­nych, co przy­czy­ni­ło się do jej śmier­ci. Ceza­ry chciał się dowie­dzieć, kto zabrał z ręki zmar­łej mat­ki obrącz­kę, ale nagle został sie­ro­tą bez pla­nów i jakich­kol­wiek odpo­wie­dzi na pyta­nia, któ­re zaczę­ły się poja­wiać w jego głowie. 

* Inną kole­ją poto­czy­ło się życie miesz­kań­ców mia­sta Baku, pół­wy­spu i całe­go kau­ka­skie­go pod­gó­rza, gdy w mar­cu 1918 roku jed­na część miesz­kań­ców – to zna­czy Ormia­nie pod wodzą Szau­mian­ca – zawe­zwa­ła czte­ry puł­ki ormiańsko-gruzińskie (...)

* Życie Ceza­re­go Bary­ki upły­wa­ło pod­czas bom­bar­do­wa­nia Baku w warun­kach opła­ka­nych. Po upad­ku pier­wiast­ko­wej rewo­lu­cji wypę­dzo­ny został z izby, któ­rą mu na miesz­ka­nie prze­zna­czo­no. Dom, w któ­rym nie­gdyś miesz­ka­li rodzi­ce, runął wła­śnie pod poci­ska­mi turec­ki­mi. Jed­nak w piw­ni­cy, któ­ra nie­gdyś zawie­ra­ła skarb rodzi­ciel­ski, Ceza­ry zna­lazł kry­jów­kę dla sie­bie i kil­ku współ­to­wa­rzy­szów. Prze­ży­wał cza­sy gło­du. Cha­dzał pół­na­gi, brud­ny, obro­śnię­ty kła­ka­mi, nie wie­dząc dnia ani godzi­ny, kie­dy go nie­wia­do­my pocisk pora­zi. Od świ­tu do nocy tudzież w nocy czy­hał na spo­sob­ność zdo­by­cia jakie­go takie­go poży­wie­nia, spo­so­bem nie­wie­le mają­cym wspól­ne­go z pra­wem nor­mal­ne­go kup­na albo uspo­łecz­nio­ną wymia­ną jakich­kol­wiek walorów.

* Patrzył na rze­czy feno­me­nal­ne, gdyż Tata­rzy i Ormia­nie nie próż­no­wa­li w tym cza­sie, zagry­za­jąc się wza­jem na śmierć i mor­du­jąc, gdzie się tyl­ko zdarzyło.

* Ceza­ry nie wie­dział, kim wła­ści­wie jest i gdzie jest jego miej­sce w tych zatar­gach. Nie mógł stać po stro­nie Ormian ani Tata­rów, ani Tur­ków, ani Angli­ków, ani Rosjan, któ­rzy tu nie­gdyś wła­da­li, a póź­niej oba­li­li swą wła­dzę przy­no­sząc hasła rewolucji.

* Toteż Bary­ka czuł się szcze­gól­nie samot­nym, samot­nym aż do śmier­ci. Śmierć sta­ła się dlań obo­jęt­ną i nie­mal pożą­da­ną. Ohyd­ny wiatr Nord lecą­cy z gór Kau­ka­zu, poci­ski armat­nie biją­ce z połu­dnia, dym pło­ną­cych źró­deł naf­to­wych, zaduch tru­pi wszę­dzie, głód, pra­gnie­nie, wszy, brud i nędza lego­wi­ska, któ­rym by nie­gdyś psa podwó­rzo­we­go nie poczę­sto­wał, nie były tak dokucz­li­we, jak owa pust­ka wewnętrz­na i nie­moż­ność ucze­pie­nia się za cokol­wiek. Życie z dnia na dzień, życie na poły zło­dziej­skie, któ­re­go jedy­nym celem było zdo­by­wa­nie za wszel­ką cenę naj­nędz­niej­sze­go pod słoń­cem poży­wie­nia, prze­ja­dło się i obmierzło.

III 1918

Rewo­lu­cja prze­mie­ni­ła się w okrut­ną woj­nę, w wyni­ku bom­bar­do­wa­nia znisz­czo­no daw­ny dom Bary­ków, jed­nak uda­ło mu się ukry­wać w tam­tej­szej piw­ni­cy. Jego życie spro­wa­dzi­ło się do ocze­ki­wa­nia na śmierć lub wal­ki o poży­wie­nie. Obser­wo­wał okrut­ne obra­zy woj­ny i nagle nie potra­fił przy­łą­czyć się do któ­rej­kol­wiek ze stron, czuł się wyob­co­wa­ny i marzył o rychłej śmierci. 

* Dostrze­żo­no wałę­sa­ją­ce­go się mło­ko­sa, pocią­gnię­to go do woj­ska i pchnię­to do oko­pów. Coś tam wdzia­no na jego przy­na­gi grzbiet, dano mu w rękę kara­bi­ni­sko sprzed lat wie­lu, pamię­ta­ją­ce zapew­ne Jeń­ca Kau­ka­zu Pusz­ki­na, i kaza­no strze­lać w prze­strzeń. Strze­lał upo­rczy­wie. Trwa­ło to aż do wrze­śnia 1918 roku.

* W cią­gu czte­rech dni Tata­rzy wzię­li odwet, mor­du­jąc sie­dem­dzie­siąt kil­ka tysię­cy Ormian, Rosjan i wszel­kich innych, jacy się na pla­cu zna­leź­li, a byli podej­rza­ni o sprzy­ja­nie Ormianom.Cezary Bary­ka oca­lał dzię­ki legi­ty­ma­cji, któ­rą był przy­pad­kiem otrzy­mał od kon­su­la jakie­goś “Pań­stwa Pol­skie­go”, a do któ­rej nie przy­wią­zy­wał sam żad­nej wagi.

* Zaszła tedy potrze­ba zako­py­wa­nia tru­pów tej suszy dla unik­nię­cia zara­zy, wobec szyb­ko­ści roz­kła­du przy połu­dnio­wym gorą­cu. Ceza­ry Bary­ka został zapę­dzo­ny wraz z inny­mi przy­błę­da­mi, któ­rzy się od śmier­ci wykpić zdo­ła­li, do zako­py­wa­nia licz­nych zwłok w ziemi.

VI 1918 r.

 

 

 

 

14 IX 1918 r.

W 1918 wcią­gnię­to go do woj­ska, dostał sta­ry kara­bin i roz­kaz strze­la­nia – wyko­ny­wał ten obo­wią­zek nie­ustan­nie, jak­by wpadł w mat­nię. Tata­rzy wygra­li, a Ceza­re­go od śmier­ci oca­li­ła jedy­nie legi­ty­ma­cja, któ­rą posia­dał od jakie­goś pol­skie­go kon­su­la, do któ­rej dotąd nie przy­wią­zy­wał wagi. W mie­ście poja­wi­ło się ryzy­ko epi­de­mii, na któ­rą mia­ło wpływ gorą­ce lato i roz­kła­da­ją­ce się wszę­dzie tru­py, został więc zmu­szo­ny do kopa­nia zwłok w ziemi. 

* Ceza­ry Bary­ka zato­pił oczy w oczach umar­łej i usły­szał jej woła­nie. Patrząc się na prze­ślicz­ne jej cia­ło, na jej brwi roz­strze­lo­ne uro­czo, na groź­ne jej usta, słu­chał wyzna­nia, wyraź­niej­sze­go, niż­by być mogło, gdy­by się ozwa­ła ludz­ki­mi sło­wy: “Rosłam na łonie uko­cha­nia, u mat­ki mej, jak kwiat róży na swej łody­dze. Wszyst­ko we mnie było pięk­no­ścią i zapa­chem. Wszyst­ko, z czym się zetknę­łam, było szczę­ściem. Ze szczę­ścia i z pięk­no­ści były utka­ne dni moje. Wewnątrz mnie wszyst­ko było zdro­wiem i siłą. Zdro­wa byłam, peł­na zapa­chu i szczę­ścia dla wszyst­kich woko­ło, jak kwiat wio­sen­ny róży. Wszyst­ko me zdro­wie cze­ka­ło na szczę­ście wewnętrz­ne, któ­re­gom jesz­cze nie zazna­ła. Za coście mię zamor­do­wa­li, pod­li mężczyźni?”

 

Pew­ne­go dnia dostrzegł wśród zamor­do­wa­nych cia­ło mło­dej Ormian­ki i prze­żył wów­czas wstrząs i dopie­ro wte­dy zro­zu­miał, w jakim okru­cień­stwie żył przez ostat­nie lata. 

* Czło­wiek ten zja­wiał się od naj­wcze­śniej­sze­go poran­ku i drze­mał na kupie kamie­ni wyrzu­co­nych przy kopa­niu wiel­kiej mogi­ły. Zawsze miał gło­wę opusz­czo­ną, ukry­tą w dło­niach, oczy przy­mknię­te i scho­wa­ne w cie­niu dasz­ka cza­py nasu­nię­tej nisko na czo­ło, ple­cy zgar­bio­ne(...) Wte­dy, jak to mówią, wszyst­ka krew zbie­gła do ser­ca Ceza­re­go. Zoba­czył wybla­kłe, nie­bie­skie oczy wpa­trzo­ne w swe oczy, oczy – rado­sne nie­bio­sa. Zdu­mie­nie, wąt­pli­wość, nie­pew­ność, trwo­ga, radość, szczę­ście, obłęd z roz­ko­szy – wszyst­ko zamknę­ło się w jed­nym szep­cie: – Ojciec.

 

Pew­ne­go dnia wśród innych, któ­rym uda­ło się prze­trwać, roz­po­znał w sta­rym, nie­co­dzien­nie zacho­wu­ją­cym się czło­wie­ku swo­je­go ojca. 

* W tym cza­sie, póź­ną jesie­nią, zanim roz­po­czę­ły się ruchy wojsk sowiec­kich na połu­dnie, Sewe­ryn i Ceza­ry Bary­ko­wie goto­wa­li się do opusz­cze­nia Baku.

* Towa­rzysz­ka tylu wypraw wojen­nych zosta­ła w Moskwie, u pew­ne­go roda­ka, przy­ja­cie­la, emi­sa­riu­sza poli­tycz­ne­go z Pol­ski, Bogu­sła­wa Jastru­na. Cze­ka tam na przy­by­cie oby­dwu. Skar­by są wewnątrz tej waliz­ki: wypra­na i wypra­so­wa­na bie­li­zna, cien­ka, grub­sza i weł­nia­na, chust­ki do nosa, skar­pet­ki. Koł­nie­rze, man­kie­ty, kra­wa­ty! Jest tam fla­ne­la, wata – przy­ja­ciel wojen­ny, ter­mos, jest aspi­ry­na, anty­pi­ry­na, jody­na, ter­pen­ty­na. Jest pewien dosko­na­ły, nie­za­wod­ny śro­dek na cięż­kie męki ser­ca. Gdzież to nie wędro­wa­ła ta pła­ska ręcz­na wali­zecz­ka! W jakich­że to opre­sjach wspo­ma­ga­ła po set­ki razy! Na samym jej spo­dzie leży ów tomik pamięt­ni­ka o dziad­ku Kalik­ście-Grze­go­rzu i jego wie­ko­pom­nej awan­tu­rze – tej, co to – “pil­no­wać jak oka w głowie”...

jesień 1918 r.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Obaj posta­no­wi­li uciec z mar­twe­go mia­sta. Spa­ko­wa­li waliz­kę z lekar­stwa­mi i ubra­nia­mi oraz naj­cen­niej­szym, co im pozo­sta­ło — pamięt­ni­kiem po dziad­ku, któ­ry miał dowo­dzić ich szla­chec­kie­go pochodzenia. 

* Wyru­szy­li w zimie na stat­ku zdą­ża­ją­cym do Cary­cy­na [Woł­go­gra­du] jako dwaj robot­ni­cy, któ­rzy pra­co­wa­li w kopal­niach naf­ty, a teraz wsku­tek prze­wro­tów i zawie­sze­nia robót wra­ca­ją do sie­bie, do Moskwy. Mie­li fał­szy­we pasz­por­ty, wyda­ne im przez pew­ne czyn­ni­ki sprzy­ja­ją­ce spra­wie ich powrotu.

* Dla­te­go do Pol­ski – mówił – że tam się zaczę­ła nowa cywilizacja. (...)

Cały szkla­ny par­te­ro­wy dom, ze ścia­na­mi ści­śle dopa­so­wa­ny­mi z belek, któ­re się skła­da na wie­niec, a spa­ja w cią­gu godzi­ny, Z pod­ło­gą, sufi­tem i dachem z tafel – odda­je nabyw­cy gotowe;

zima 1918/1919

Prze­bra­ni za pra­cow­ni­ków kopal­ni naf­ty wyru­sza­ją stat­kiem do Cary­cy­na. Ojciec tłu­ma­czył Ceza­re­mu, że zmie­rza­ją do Pol­ski, ponie­waż to tam zaczę­ła się nowa cywi­li­za­cja, opar­ta na szkla­nych domach, moż­li­wych do wybu­do­wa­nie w cią­gu godziny.

* O ile podróż od wybrze­ży Kaspij­skie­go Morza była dłu­ga i cięż­ka, to ta z Moskwy do Char­ko­wa była już ist­ną tor­tu­rą. Wozy były nała­do­wa­ne ludź­mi, któ­rzy wieź­li ze sobą i na sobie cał­ko­wi­ty nie­raz doro­bek dłu­gie­go życia.

* Ukra­dli mi tę waliz­kę! – krzyk­nął Sewe­ryn w uniesieniu.

 

Następ­nie, po zabra­niu nie­zbęd­nej waliz­ki z Moskwy, męż­czyź­ni uda­li się pocią­giem do Char­ko­wa. Cen­na waliz­ka zosta­ła skra­dzio­na po dotar­ciu do celu.

* Oka­za­ło się z oświad­czeń ludzi wycho­dzą­cych z biu­ra, a wresz­cie, po dłu­gim wycze­ki­wa­niu, z samej roz­mo­wy z urzęd­ni­kiem, iż o pocią­gu w dniach naj­bliż­szych nie ma nawet mowy. Jest obiet­ni­ca, że taki pociąg, dążą­cy z dale­ka, spod Ura­lu, ma nadejść, ale jesz­cze wca­le nie wia­do­mo, kie­dy to nastąpi.

* Ocze­ki­wa­nie na nowy repa­tria­cyj­ny pociąg do Pol­ski potrwa­ło, nie­ste­ty, tygo­dnie. Dłu­gie i cięż­kie tygo­dnie. Uka­ra­ni za pychę posia­da­nia czy­stych koszul na zmia­nę, cho­dzi­li teraz w brud­nych i nie wywi­ja­li bliź­nim przed nosem chust­ka­mi do nosa.(...) Nie mie­li już nic a nic do spie­nię­że­nia, gdy wyczer­pa­ły się pie­nią­dze, któ­re zacho­wa­li byli przy sobie.

 

Ceza­ry z ojcem cze­ka­li tygo­dnie na pociąg do Pol­ski. W tym cza­sie wyda­li wszyst­kie oszczęd­no­ści na utrzy­ma­nie się przy życiu w cięż­kich warunkach.

* Odwie­dzał sale mityn­gów, nabi­te nie przez Tata­rów i Ormian zju­szo­nych na sie­bie, jak to mia­ło miej­sce w Baku, lecz przez lud pra­cu­ją­cy ruski, mało­ru­ski, rumuń­ski, żydow­ski, pol­ski, jaki kto chce, lecz jeden, nie­po­dziel­ny, robotniczy.

* Jak­że w takich momen­tach pra­gnął roz­stać się z ojcem, wypra­wić go w ów świat nie­zna­ny, w kra­inę mitycz­nej Pol­ski, a zostać tam, wśród rozum­nych i sil­nych! Jak­że pra­gnął doło­żyć ramie­nia do pra­cy nad reali­za­cją dzie­ła, nad skru­sze- nie­ma że do pod­wa­lin świa­ta sta­re­go łotrostwa!

 

Ceza­ry miał wąt­pli­wo­ści co do pomy­słu Sewe­ry­na. Widząc zgod­nie pra­cu­ją­cych ludzi róż­nych naro­do­wo­ści pra­gnął się do nich przy­łą­czyć i zostać w Charkowie.

* Nie­raz w głę­bi sie­bie Ceza­ry żało­wał, iż go ten tajem­ni­czy czło­wiek, gna­ny nie­wy­ga­słą miło­ścią swo­ją, odszu­kał w Baku, dosię­gnął, chwy­cił w swe sie­ci uczuć i zabrał stam­tąd. Był­by tam został Baryn­czysz­ką, samym sobą. Roz­ka­zy­wał­by same­mu sobie i szedł obra­ną dro­gą. Był­by skoń­czył robo­ty gra­bar­skie, rzu­cił łopa­tę i sta­nął mię­dzy ludź­mi two­rzą­cy­mi. Teraz szedł na postron­ku swo­jej dla ojca miło­ści w stro­nę Pol­ski, któ­rej ani znał, ani pragnął.

 

Chło­pak żało­wał, że został odna­le­zio­ny przez ojca i zabra­ny do Pol­ski. Wolał­by zakoń­czyć pra­cę z gro­ba­mi, a następ­nie z inny­mi ludź­mi pra­co­wać i tworzyć.

* Toteż nie ty ich bie­rzesz, tyl­ko ja. Zwa­lisz winę na mnie. Jeże­li się wykry­je, zwa­lisz winę na mnie. Ty o niczym nie wiesz, pierw­szy raz sły­szysz (...) Ojciec i syn wwin­do­wa­li się wza­jem mię­dzy jakieś cuch­ną­ce kożu­chy i przy­pa­dli na nich.

* Gdy­bym musiał tutaj zostać... Ty tu nie Zosta­waj! Nie zosta­waj! Jedź tam! (...) W War­sza­wie idź do jed­ne­go czło­wie­ka, któ­ry się nazy­wa Szy­mon Gaju wiec Czło­wiek tam Zna­ny. Dopy­tasz się. Powiesz mu o nas. Był w przy­jaź­ni z mamą i Ze mną. On się tobą zaj­mie, on ci wszyst­ko powie.

* Po ock­nie­niu Ceza­ry nie sły­szał już char­czeń, świ­stów i jęków w pier­si ojcowskiej.

* Dokąd nio­są mego ojca? Ksiądz wska­zał ręką mia­stecz­ko, wid­ne jesz­cze w mro­ku i dale­ką w jego głę­bi spi­cza­stą wie­żę kościelną.

 

Pod­czas podró­ży do Pol­ski zna­jo­my ojca Ceza­re­go pomógł ukryć boha­te­rów mię­dzy inny­mi pasa­że­ra­mi. Pod­czas dro­gi w trud­nych warun­kach Sewe­ryn zmarł. Został pocho­wa­ny na cmen­ta­rzu naj­bliż­szej wioski.

* Naresz­cie roze­szła się wśród podróż­nych wieść rado­sna: granica!

* Kobie­ty sta­re i sła­be chwy­ta­ły się dygo­cą­cy­mi pal­ca­mi za bala­sy owych szta­chet, męż­czyź­ni, zmor­do­wa­ni dro­gą, cało­wa­li słu­py w tym płocie.

* Wró­cił na rynek, obsta­wio­ny żydow­ski­mi kra­ma­mi o drzwiach i oknach zabry­zga­nych bło­tem przed mie­sią­ca­mi, a i przed­tem nie myte od kwar­ta­łów. “Gdzież są two­je szkla­ne domy? – roz­my­ślał brnąc dalej. – Gdzież są two­je szkla­ne domy?...”

przed­wio­śnie 1919 r. -

Ceza­ry po dotar­ciu do gra­ni­cy kra­ju zoba­czył radu­ją­cych się ludzi, któ­rzy wita­li człon­ków rodzi­ny. Był roz­cza­ro­wa­ny pol­ską wsią, któ­ra nie przy­po­mi­na­ła szkla­nych domów z histo­rii ojca.

II Nawłoć

* Ceza­ry posta­no­wił wstą­pić na medy­cy­nę w War­sza­wie. Nie miał swych bakiń­skich papie­rów, lecz po egza­mi­nie dość pobież­nym został przy­ję­ty i począł cho­dzić na wykłady.

* Pod wzglę­dem mate­rial­nym wie­le mu pomógł zna­jo­my ojca nie­bosz­czy­ka, pan Szy­mon Gajo­wiec, bar­dzo wyso­ki urzęd­nik w nowo kre­owa­nym Mini­ste­rium Skar­bu, dał mu bowiem nie­eta­to­wą posa­dę w swym biu­rze i nastrę­czył bar­dzo korzyst­ne lek­cje języ­ka rosyj­skie­go w sfe­rach wyż­szej ofi­ce­rii, pocho­dzą­cej z “Gali­cji”

War­sza­wa 1919 r.

Ceza­ry roz­po­czął stu­dia medycz­ne w War­sza­wie, utrzy­mu­jąc się z nie­eta­to­wej posa­dy u Gajow­ca i lek­cji rosyjskiego.

* Wybu­chła woj­na z bol­sze­wi­ka­mi. Ceza­ry wstą­pił do woj­ska, jak wszy­scy jego kole­dzy z fakul­te­tu. Nie pałał ci on entu­zja­zmem do wojacz­ki, ani myślo­wo i prze­ko­na­nio­wo pra­gnął wojo­wać z Sowie­ta­mi, ale musiał iść w oba­wie niesławy.

* Dobrze się na ogół spi­sy­wał daw­ny spor­t­smen bakiń­ski. Prze­ło­że­ni odda­wa­li mu pochwa­ły, a towa­rzy­sze bro­ni przy­wy­kli liczyć na Bary­kę, jak ongi liczo­no na Zawiszę.

* W pew­nej przy­go­dzie w oko­li­cach Łyso­wa pod Łosi­ca­mi Ceza­ry wyra­to­wał tego Wie­lo­sław­skie­go z opre­sji. W potycz­ce Wie­lo­sław­ski wpadł mię­dzy bol­sze­wi­ków, został pożga­ny bagne­ta­mi, potłu­czo­ny kol­ba­mi i porzu­co­ny w lesie zwa­nym Rogacz. Ceza­ry nie zna­la­zł­szy go w kom­pa­nii wró­cił się co tchu do lasu, wyszu­kał kole­gę, wziął go na ramię i odniósł mię­dzy swoich.

1919 – 1920 r.

Po wybu­chu woj­ny z bol­sze­wi­ka­mi roz­po­czął  efek­tyw­ną wal­kę z wro­giem. Był sza­no­wa­ny za swo­ją spraw­ność. Pod­czas bitwy pod Łosi­ca­mi wyka­zał się bra­ter­ską posta­wą i ura­to­wał Hipo­li­ta Wie­lo­sław­skie­go, któ­ry umie­rał samot­nie  w lesie w wyni­ku odnie­sio­nych ran. 

* Mia­ło się ku jesie­ni, gdy w sze­re­gach roze­szła się rado­sna wieść, iż wróg z kra­ju ustą­pił i że bli­ski jest rozejm. Oddział, w któ­rym słu­ży­li dwaj przy­ja­cie­le, Bary­ka i Wie­lo­sław­ski, z Bia­ło­ru­si cof­nię­ty został na Mazow­sze i zna­lazł się w małym mia­stecz­ku Żerominie.

* Stu­den­tów uni­wer­sy­te­tu zwol­nio­no chęt­niej niż innych, toteż Bary­ka i Wie­lo­sław­ski zwol­ni­li się z sze­re­gów, sko­ro w nich nie było już obron­nej robo­ty. Wie­lo­sław­ski zapro­po­no­wał Bary­ce, żeby ten poje­chał do nie­go na wypo­czy­nek, do jako­wejś Nawło­ci w oko­li­cach Częstochowy.

jesień 1920

Po zakoń­cze­niu woj­ny w dowód wdzięcz­no­ści został zapro­szo­ny przez Hipo­li­ta do jego dwor­ku w Nawło­ci na wypoczynek.

* Bary­ka przy­stał. Prze­braw­szy się w War­sza­wie w ubra­nie cywil­ne, do cze­go pomógł pan Gajo­wiec udzie­le­niem zalicz­ki na przy­szłe pra­ce biu­ro­we – Ceza­ry wyru­szył do Nawłoci.

* Wszy­scy bar­dzo przy­chyl­nie wita­li “tego” Barykę

 

W War­sza­wie z pomo­cą Gajow­ca ubrał się odświęt­nie i wyru­szył do Nawło­ci, gdzie został cie­pło przywitany.

* Nie ma co! Ja sama panów odpro­wa­dzę. Zobaczę.

* Każ­dy ruch i prze­gub cia­ła pan­ny Karu­si był pełen nie­zwal­czo­ne­go powa­bu. Lecz prze­cie bru­tal­stwem było zbyt dłu­gie napa­wa­nie się wido­kiem roz­mam­ła­nia mło­dej piękności.

* Ceza­ry zro­zu­miał, że pan­nę Szar­ła­to­wi­czów­nę spo­ty­ka tego dnia dru­gie nie­przy­zwo­icie śmiesz­ne nie­szczę­ście. Zgod­nym odru­chem zle­cia­ła po pro­stu wraz z księ­dzem z balan­su­ją­ce­go sie­dze­nia w pusty tył bryczki.

* – Tu jest ład­ny staw. Pój­dę nad staw. – Czy ja mogę pójść z panią? – Jeże­li pan sobie życzy...

 

Na miej­scu, któ­re przy­po­mi­na­ło arka­dyj­ską kra­inę, poznał Karu­się i mógł zaznać pierw­szych w życiu filtrów.

* Per­li­ca nie dała za wygra­nę, nie dała się ugła­skać tak wyraź­ny­mi obja­wa­mi kapi­tu­la­cji, lecz rzu­ci­ła się w pogoń za pierz­cha­ją­cym dziew­czę­ciem z krzy­kiem swo­im, nabie­ra­ją­cym coraz groź­niej­szych akcen­tów bojowych.

* Zapro­po­no­wał tej pan­ni­cy, czy­by nie chcia­ła zagrać z nim na czte­ry ręce “Tań­ców węgier­skich” Lisz­ta – co jesz­cze pamię­tał wca­le dobrze. Zgo­dzi­ła się ski­nie­niem gło­wy, gdyż gło­su żad­ną mia­rą nie mogła ze sie­bie wydobyć.

* Pan­na Wan­da strze­gła swej tajem­ni­cy jak oka w gło­wie. Od daw­na wie­dzia­ła, że musi umrzeć z tej nie­zro­zu­mia­łej cho­ro­by, któ­rą się zara­zi­ła na widok tego obce­go pana. Wie­dzia­ła, że umrze przez tego pana, a marze­nia jej zawie­ra­ły tyl­ko tyle, żeby on kie­dyś – kie­dyś przy­szedł na jej mogi­łę i usiadł przy wzgór­ku ziem­nym – na chwilę!

 

Jed­nak Karu­sia nie była jedy­ną pan­ną zain­te­re­so­wa­ną mło­dym i boha­ter­skim żoł­nie­rzem, poznał tam tak­że pan­nę Wan­dę, z któ­rą zagrał Lisz­ta na czte­ry ręce, co spra­wi­ło, że mło­da dziew­czy­na zako­cha­ła się w nim bez pamięci. 

* [Ceza­ry o Chłod­ku] Przy­po­mi­nam sobie... Toż to za takim oto sta­wem, za wła­sną jakąś “seku­łą” moja mat­ka prze­pła­ka­ła swo­je życie.

* Był­bym dobrym pisar­czy­kiem, daję pani sło­wo. Cały dzień bym robił, co każą.(...) Do obję­cia przez Ceza­re­go Bary­kę posa­dy pisa­rza pro­wen­to­we­go w eko­no­mii noszą­cej w pań­stwie nawłoc­kim zawo­ła­nie: Chło­dek – nie doszło.

 

Miał dostać tak­że posa­dę pisa­rza w Chłod­ku, ale tego pla­nu nie uda­ło się zrealizować. 

* Uległ temu sen­so­wi, temu, trze­ba to nazwać po imie­niu, sno­bi­zmo­wi para­fial­ne­mu, i już swej kan­dy­da­tu­ry nie wysu­wał. Zresz­tą nie miał ani chwi­li wol­nej, któ­rą mógł­by poświę­cić na swą pro­wen­to­wą fana­be­rię. Obia­dy, kola­cje, śnia­da­nia i pod­wie­czor­ki trwa­ły nie­mal przez dzień cały.

* Ceza­ry Bary­ka mię­dzy jed­nym a dru­gim jedze­niem dawał nie­raz upust swej manii tak zwa­ne­go pozna­wa­nia życia w jego praw­dzie i isto­cie. Wymy­kał się do sto­dół i uczest­ni­czył w wiel­kiej akcji omło­tu zbo­ża przy mło­car­niach kie­ra­to­wych – sie­dział w śpi­chle­rzu albo w staj­niach i obo­rach – przy zasy­py­wa­niu kop­ców kar­to­fla­nych, tudzież przy szat­ko­wa­niu kapusty.

 

Było mu zbyt wygod­nie być utrzy­man­kiem w Nawło­ci, więc nie sta­rał się już o inną posa­dę. Odda­wał się luk­su­som i bie­sia­dom, któ­rych nigdy wcze­śniej nie zaznał. Był też zafa­scy­no­wa­ny pra­cę służ­by i pod­glą­dał, jak wyglą­da codzien­ny wysi­łek na wsi. 

* Zamil­kła na dłu­gą, zapo­mnia­łą chwi­lę, kie­dy w pier­siach ser­ca z nie­na­sy­co­nej roz­ko­szy usta­ją, a świat kędyś w prze­strzeń ucie­ka. Lecz pan­na Karo­li­na ock­nę­ła się z upojenia;

* [Wan­da] Zda­wa­ło jej się, że nie wytrzy­ma, że zacznie walić pię­ścia­mi w te drzwi, krzy­czeć wnie­bo­gło­sy, rwać pasma wło­sów i lecieć w przestrzeń...

 

W tej sie­lan­ko­wej aurze prze­żył pierw­sze chwi­le roman­su i poca­ło­wał Karolinę. 

* pchnię­ty przez nie­strzy­ma­ną potę­gę sza­łu Ceza­ry ogar­nął cud­ną kobie­tę ramio­na­mi, przy­warł do jej ust pło­ną­cy­mi usta­mi i narzu­cił się jej z całą potę­gą furii. Nie wyda­ła okrzy­ku, nie wes­tchnę­ła, gdy ją bez­opor­ną i posłusz­ną zagar­nął w posiadanie.

 

Pan­na odda­ła mu się cał­ko­wi­cie, była zauro­czo­na uro­dą mło­dzień­ca, któ­ry tyle już doświadczył. 

* [Bal] Obie­dwie dostrze­gły w tłu­mie męskim Bary­kę i obie­dwie doświad­czy­ły tego, cze­go wła­śnie on doświad­czał na widok pani Kościenieckiej.

* Głos, nie­ja­ki pocie­szy­ciel, wabią­cy dorad­ca, ski­nął na nią w mro­kach. Była to nie­na­wiść do tej Karoliny.

*  Otar­ła się ojej suk­nie. Karo­li­na wbi­ła wzrok w ciem­ność i zoba­czy­ła, zaiste, źre­ni­ca­mi sowy, posły­sza­ła uszy­ma kota, a odczu­ła wła­sny­mi noz­drza­mi zapach per­fum Lau­ry. To oni prze­szli obok niej.

 

Pod­czas balu pan­na dostrze­gła jed­nak, że nie jest jedy­ną w jego życiu, a Ceza­ry zauro­czo­ny jest Lau­rą Koście­niec­ką. Wan­da zaś nie wie­dzia­ła o nowe wybran­ce ser­ca Ceza­re­go i cho­ro­wa­ła z zazdro­ści o Karolinę. 

* Nie­ustan­ne prze­my­śli­wa­nie nad spo­so­ba­mi widy­wa­nia się z ubó­stwia­ną mia­ło swój sku­tek: Ceza­ry osią­gał widze­nie Lau­ry.(...) Wycho­dzi­ła nagle z marzeń praw­dzi­wa, jak­by się sta­wia­ła na roz­kaz wewnętrz­ne­go szaleństwa.

* Ceza­ry czę­sto zni­kał, wnet na począt­ku wie­czo­ra. Mówił, że ma do napi­sa­nia listy albo że go gło­wa boli. Lecz naza­jutrz chło­pak kre­den­so­wy nie mógł się doczy­ścić jego butów, prze­mo­czo­nych i zabło­co­nych, a ubra­nie musiał suszyć na ogniu.

 

Ceza­ry zaczął codzien­nie wie­czo­rem wymy­kać się   o kochan­ku — Lau­ry, któ­ra mia­ła już narze­czo­ne­go. Nie ujaw­niał ich tajem­ni­cy i jedy­nie słu­żą­cy mogli ją roz­wi­kłać po wido­ku obło­co­nych butów, któ­re codzien­nie rano czyścili. 

* Nachy­lił się do ucha Bary­ki i sta­now­czo wyszep­tał: – To mi wyglą­da na otru­cie. – Sama mia­ła­by się otruć? – Tego nie wiem. Przy­szła z ogro­du z krzy­kiem. I oto tak się wije już z godzi­nę czasu.

* Z nagła wszedł ksiądz Ana­sta­zy. Szlo­cha­jąc, gestem nie zno­szą­cym prze­cze­nia wsu­nął pra­wą rękę Ceza­re­go w zim­ną, drga­ją­cą dłoń Karo­li­ny, okrę­cił obie­dwie ręce stu­łą i począł szep­cząc łaciń­ską modli­twę kre­ślić zna­ki krzy­ża nad tymi ręka­mi związanymi.

* A więc to pan­na Wan­dzia przy­nio­sła wodę z sokiem z kuch­ni do poko­ju? – pytał uprzej­mie wuj Michał. – Tak, Wandzia.

XI 1920

Pew­ne­go dnia oka­za­ło się, że pan­na Karo­li­na zacho­ro­wa­ła i praw­do­po­dob­nie zosta­ła otru­ta. Wezwa­no księ­dza i ode­gra­no sce­nę zaślu­bin umie­ra­ją­cej dziew­czy­ny z Ceza­rym. Krót­kie śledz­two wyka­za­ło, że odpo­wie­dzial­ną za śmierć Karo­li­na była zazdro­sna Wanda. 

* Nagle pora­zi­ło go w oczy świa­tło latar­ki elek­trycz­nej, nagle rzu­co­ne. W tej samej chwi­li usły­szał świst i poczuł w lewym policz­ku potwor­ny ból. Był tak sro­gi, że Ceza­ry zasko­wy­czał i schy­lił się ku zie­mi chwy­ciw­szy się za gło­wę obie­ma ręka­mi. Wte­dy świ­snę­ły nad nim nowe razy kija czy bata.

* Oby­dwaj wyda­wa­li teraz zdu­szo­ne szep­ty nie­na­wi­ści bijąc się z całej siły pię­ścia­mi i wodząc po dywa­nie w zapa­mię­ta­łej walce.

* To mówiąc sma­gnął Lau­rę szpi­cru­tą poprzez twarz i roz­sta­wio­ne ręce. Po czym ze szpi­cru­tą w ręce wyszedł.

XII 1920


* Pozwól mi poje­chać na tydzień, na dwa tygo­dnie do tego małe­go fol­warcz­ku – na Chło­dek. Chciał­bym być sam, nawet cie­bie nie widy­wać... No, i żeby mnie ludz­kie oko nie widzia­ło. Chciał­bym tę gębę zago­ić i pomy­śleć w tym cza­sie nad wszyst­kim, co mię tutaj oto­czy­ło. Nie mogę teraz ani tutaj być, u was, ani wró­cić do mia­sta. Mam w sobie tuman, tuman...

* Dwa tygo­dnie spę­dził na Chłod­ku jako gość pań­stwa Gru­bo­szew­skich, sta­le podej­rze­wa­ny przez nich o czy­ha­nie na posa­dę ekonoma.

 


* Ale, ale, czy ty wiesz, Cza­ruś, że nasza pięk­na sąsiad­ka, pani Lau­ra, jest już panią Bar­wic­ką.- Nic o tym nie wiem... – mru­kął Ceza­ry czu­jąc, jak w nim ser­ce i krew w żyłach lodowacieje.

 


* Pew­ne­go jed­nak dnia wstaw­szy o ciem­nej nocy do dnia, oświad­czył panu Gru­bo­szew­skie­mu, że już ma dosyć, dłu­żej tu już nie będzie maru­dził. Odjeż­dża do mia­sta. Powra­ca do swo­ich trup­ków w prosektorium.

 


III Wiatr od wschodu

* Powró­ciw­szy do War­sza­wy Ceza­ry Bary­ka zapi­sał się zno­wu na swą medy­cy­nę i zamiesz­kał, a raczej “wmiesz­kał się” do poko­ju jed­ne­go z kole­gów, nie­ja­kie­go Buław­ni­ka. Ten Buław­nik był pro­ge­ni­tu­ry szyn­kar­skiej czy mało­mia­stecz­ko­wo-paskar­skiej, wsku­tek cze­go zawsze “śmier­dział pie­niędz­mi”. Miesz­kał zaś w dziel­ni­cy odda­lo­nej, już zgo­ła żydow­skiej, przy uli­cy Miłej, w domu ponu­rym, obdar­tym z tynku

I 1921 -

Ceza­ry po powro­cie do War­sza­wy zapi­su­je się na nowo na medy­cy­nę i odnaj­du­je miesz­ka­nie u Buławnika.

* Bawią się tam, w tych zaka­żo­nych klat­kach, tłu­my dzie­ci żydow­skich – brud­ne, scho­ro­wa­ne, mizer­ne, wybla­kłe, zzie­le­nia­łe – o ile pro­mień słoń­ca prze­drze się przez chmu­ry zimo­we i zaj­rzy do tych pado­łów. Gdy huczy wicher i mróz ści­ska, dzie­ci te wtrą­co­ne są do kry­jó­wek, gdzie sta­rzy szwar­go­czą o inte­re­sach, zyskach i szyb­kich zarobkach.

 

Ceza­ry zoba­czył bie­dę i nie­do­sta­nie życie żydów.

* Aże­by opa­no­wać te wszyst­kie wia­do­mo­ści o kra­jach, któ­re się teraz zjed­no­czy­ły i w jed­no cia­ło zro­sły, aże­by zli­czyć wszyst­kie szcze­gó­ły dla wyda­nia opi­nii osta­tecz­nej, nie dość było siły fizycz­nej jed­ne­go czło­wie­ka. (...) szu­kał pomo­cy Ceza­re­go Bary­ki. (...) Dzię­ki lite­rac­kiej pasji Gajow­ca miał zaro­bek i na pewien czas byt w War­sza­wie zapew­nio­ny. Rano i po połu­dniu pra­co­wał w pro­sek­to­rium, cho­dził na wykła­dy, póź­niej obia­do­wał z kole­ga­mi, a wie­czo­rem w “salo­nie” Gajow­ca wer­to­wał papie­ry, liczył, doda­wał, notował,

 

Ceza­ry roz­po­czy­na pra­cę, pole­ga­ją­cą na przy­go­to­wy­wa­niu obli­czeń i infor­ma­cji do książ­ki Gajow­ca. We wcze­śniej­szych godzi­nach stu­diu­je medycynę.

* Był to stu­dent pra­wa na jed­nym ze star­szych kur­sów uni­wer­sy­te­tu. Lulek był cho­ro­wi­ty, sła­by, nikły blon­dyn. Na woj­nie bol­sze­wic­kiej nie był z powo­du złe­go sta­nu zdro­wia. Lulek był nad­zwy­czaj­nie oczy­ta­ny i świet­ny dialektyk.

* – Towa­rzy­sze! Cie­szy­my się, że może­my zebrać się tutaj w licz­niej­szym gro­nie, aby o naszych spra­wach pomó­wić. Wie­cie już zapew­ne, że nasz nauczy­ciel, nie­śmier­tel­ny Karol Marks, powie­dział, iż histo­ria ludz­ko­ści to jest histo­ria wal­ki klas.

* Ceza­ry: Jeże­li tutej­sza kla­sa robot­ni­cza prze­żar­ta jest nędzą i cho­ro­ba­mi, jeśli ta kla­sa jest w sta­nie zwy­rod­nie­nia czy na dro­dze do zwy­rod­nie­nia, jeże­li ta kla­sa jest pozba­wio­na kul­tu­ry, to jakim­że spo­so­bem i pra­wem ta wła­śnie kla­sa może rwać się do roli odro­dzi­ciel­ki tutej­sze­go społeczeństwa? 

jesień/zima 1923

Ceza­ry pozna­je stu­den­ta pra­wa Lul­ka, któ­ry jest komu­ni­stą i któ­ry zabie­ra Ceza­re­go na spo­tka­nie z komu­ni­sta­mi, na któ­rym głów­ny boha­ter wda­je się w dys­ku­sję z jed­nym z mówiących.

* “Jestem w War­sza­wie na krót­ko. Jeże­li panu na chę­ci nie zby­wa, pro­szę zoba­czyć się ze mną. Będę dziś w Ogro­dzie Saskim obok fon­tan­ny o godzi­nie dru­giej po połu­dniu. – Laura”.

* Wezwa­łam cię tutaj – jęk­nę­ła z naj­bar­dziej prze­pa­ści­ste­go dna bole­ści – żeby na cie­bie popa­trzeć, na miłość moje­go ser­ca jedy­ną, jedy­ną! Na szczę­ście moje zabi­te, zabi­te! A tyś myślał, że ja cię na schadz­kę?... Że do hote­lu? Przy­stoj­na mężat­ka... do hote­lu...(...) Zaklę­sła się w nim dzi­kość czu­cia, jak­by ser­ce roz­ju­szo­ne­go jastrzę­bia zbu­dzi­ło się w jego pier­si, jak­by szpo­ny zemści­we­go jastrzę­bia u rąk mu wyrosły.

III 1924 r. -

Ceza­ry spo­ty­ka się z Lau­rą, któ­ra chce się z nim spo­tkać po raz ostatni.

* Tego dnia wła­śnie od Nowe­go Świa­tu, przez plac Trzech Krzy­żów cią­gnę­ła wiel­ka mani­fe­sta­cja robot­ni­cza w stro­nę Bel­we­de­ru. Bez­ro­bot­ni wsku­tek fabry­kanc­kie­go lokau­tu’, straj­ku­ją­cy wsku­tek dro­ży­zny i nie­moż­no­ści wyży­cia z pła­cy zarob­ko­wej tak nędz­nej, jaka była ich udzia­łem – i uświa­do­mie­ni komu­ni­ści. Ci trzy­ma­li prym, mło­da gwar­dia, a raczej awan­gar­da Sowie­tów.(...) Bary­ka wyszedł z sze­re­gów robot­ni­ków i parł oddziel­nie, wprost na ten sza­ry mur żoł­nie­rzy – na cze­le zbie­dzo­ne­go tłumu.

przed­wio­śnie 1924

Ceza­ry dołą­cza się do mani­fe­sta­cji komunistów.

 


Jeśli to czy­tasz — daj mi znać 🧡 na swo­im ulu­bio­nym kanale:

Produkt ze sklepu - Baba od polskiego - Stefan Żeromski - Przedwiośnie
Pro­dukt ze skle­pu – Baba od pol­skie­go – Ste­fan Żerom­ski – Przedwiośnie

Peł­ne opra­co­wa­nie i stresz­cze­nie „Przed­wio­śnia” Ste­fa­na Żerom­skie­go (gene­za, czas akcji, język, moty­wy, kon­tek­sty, sym­bo­le, stresz­cze­nie roz­dział  po roz­dzia­le) ZNAJDZIESZ TEŻMOIM SKLEPIE!

Jeśli to czy­tasz — daj mi znać 🧡 na swo­im ulu­bio­nym kanale:

Chcesz zapisać się na korepetycje?