Korzy­stasz z przy­go­to­wa­ne­go prze­ze mnie stresz­cze­nia i opra­co­wa­nia lek­tu­ry, jeśli potrze­bu­jesz opra­co­wań pytań ust­nych, zaj­rzyj na: https://​baba​od​pol​skie​go​.pl/​s​k​l​ep/

           MAŁA APOKALIPSA

autor:

Tade­usz Konwicki

tytuł:

Mała apo­ka­lip­sa”

rodzaj lite­rac­ki:

epi­ka

gatu­nek literacki:

powieść poli­tycz­na, 

jed­no­cze­śnie para­bo­la — nie­okre­ślo­ny czas akcji, prze­strzeń o cha­rak­te­rze sym­bo­licz­nym, apo­ka­lip­tycz­ny motyw znisz­cze­nia w opi­sach mia­sta, alu­zje do powie­ści „Pro­ces” Fran­za Kaf­ki (nawią­za­nie do głów­ne­go boha­te­ra Józe­fa K.).

data wyda­nia:

1979 r. (w dru­gim obie­gu lite­ra­tu­ry przez Nie­za­leż­ną Ofi­cy­nę Wydaw­ni­czą ze wzglę­du na kry­tycz­ne uka­za­nie obra­zu rze­czy­wi­sto­ści PRL‑u jako prze­siąk­nię­tej absur­dem i beznadziejnością) 

epo­ka literacka:

współ­cze­sność 

miej­sce wydania:

War­sza­wa (pod cen­zu­rą) — w dru­gim obiegu 

Lon­dyn (pod cenzurą)

Książ­ka zosta­ła ofi­cjal­nie opu­bli­ko­wa­na 9 lat póź­niej — 1988 r. 

czas akcji:

Praw­do­po­dob­nie 22 lip­ca (ale pogo­da suge­ru­je jesień), obej­mu­je 13 godzin — od  7.00 rano do 20.00 wie­czór. Nie wia­do­mo, któ­ry jest rok, kalen­darz znaj­du­je się w sej­fie Mini­ster­stwa Bez­pie­czeń­stwa. Słu­ży to mani­pu­la­cji spo­łe­czeń­stwem oraz zwięk­sza­niu jej dezorientacji. 

miej­sce akcji:

cen­trum War­sza­wy — Nowy Świat, Powi­śle ul. Wiśla­na, Ale­je Jero­zo­lim­skie, Plac Trzech Krzy­ży, Plac Defilad

Pałac Kul­tu­ry — punkt sta­ły, widocz­ny z każ­de­go miejsca 

gene­za:

Tade­usza Kon­wic­kie­go do napi­sa­nia książ­ki skło­ni­ły wyda­rze­nia spo­łecz­no-poli­tycz­ne obna­ża­ją­ce mecha­ni­zmy sys­te­mu tota­li­tar­ne­go w cza­sach PRL‑u: 

a) marzec 1968 w Pol­sce – okre­śle­nie kry­zy­su poli­tycz­ne­go, obej­mu­ją­ce­go pro­te­sty stu­denc­kie oraz roz­gryw­kę poli­tycz­ną w kie­row­nic­twie Pol­skiej Zjed­no­czo­nej Par­tii Robot­ni­czej, połą­czo­ną z repre­sja­mi wobec oby­wa­te­li pocho­dze­nia żydowskiego

b) 14 grud­nia 1970 r. w Stocz­ni Gdań­skiej wybuchł strajk wywo­ła­ny ogło­szo­ny­mi pod­wyż­ka­mi na arty­ku­ły pierw­szej potrze­by, zwłasz­cza na żyw­ność. Roz­po­czął on falę straj­ków i mani­fe­sta­cji ulicz­nych, któ­re obję­ły więk­szość Wybrze­ża i przy­bra­ły cha­rak­ter powsta­nia robot­ni­cze­go, krwa­wo stłu­mio­ne­go przez komu­ni­stycz­ne władze.

c) 1976 — w wie­lu zakła­dach pra­cy zor­ga­ni­zo­wa­no straj­ki i demon­stra­cje w związ­ku z ogło­szo­ną przez rząd pod­wyż­ką cen, do naj­więk­szych wystą­pień robot­ni­czych doszło w Rado­miu, Ursu­sie i Płoc­ku; spo­łecz­ne pro­te­sty bru­tal­nie stłu­mi­ła mili­cja i Służ­ba Bez­pie­czeń­stwa; w całej Pol­sce aresz­to­wa­no oko­ło 2,5 tys. osób

Powsta­nie KOR — Komi­tet Obro­ny Robotników. 


pro­ble­ma­ty­ka:

– Powieść Kon­wic­kie­go jest kary­ka­tu­ral­nym i gro­te­sko­wym przed­sta­wie­niem rze­czy­wi­sto­ści PRL‑u. Ale przez nie­do­okre­śle­nie cza­su pisarz nadał jej wymiar uniwersalny. 

– Apo­ka­lip­sa — strasz­ne, tajem­ni­cze zja­wi­ska zapo­wia­da­ją­ce koniec świata.

Zna­czą­cy przy inter­pre­ta­cji tego utwo­ru jest tak­że tytuł — Kon­wic­ki nie przy­pad­kiem nawią­zu­je w nim do biblij­nej apo­ka­lip­sy, poka­zu­jąc tym samym, że w pew­nych momen­tach histo­rycz­nych nad­cho­dzi kres war­to­ści i „walą się” w gru­zy zasa­dy usta­lo­ne przed wie­ka­mi. Doda­ny do apo­ka­lip­sy przy­miot­nik „mała” nada­je jej tra­gicz­ny pol­ski, naro­do­wy, spo­łecz­ny oraz indy­wi­du­al­ny wymiar. 

– Obraz znie­wo­le­nia czło­wie­ka w sys­te­mie tota­li­tar­nym — wła­dza tota­li­tar­na odbie­ra głów­ne­mu boha­te­ro­wi god­ność i nie­za­leż­ność. Spo­łe­czeń­stwo nosi zna­mio­na anty­uto­pii, pod­po­rząd­ko­wa­ne jest tyl­ko jed­ne­mu celo­wi: osią­gnię­ciu wspa­nia­łej przy­szło­ści, w imię któ­rej wła­dza sta­ra się zawład­nąć wszyst­ki­mi aspek­ta­mi życia czło­wie­ka. Jed­nost­ka musi być przy­dat­na i potra­fić się dosto­so­wać do rze­czy­wi­sto­ści wyzna­czo­nej przez wła­dzę. Wytwo­rem jest bez­oso­bo­wy tłum. 

– Pro­blem egzy­sten­cjal­ny — jaki jest sens istnienia.

typ nar­ra­cji:

nar­ra­to­rem utwo­ru jest pisarz, któ­ry opi­su­je wła­sną wędrów­kę po War­sza­wie, snu­je roz­wa­ża­nia na temat sen­su swo­jej egzy­sten­cji w świe­cie popa­da­ją­cym w chaos

język:

Do wypo­wie­dzi boha­te­rów został wpro­wa­dzo­ny język obo­wią­zu­ją­cy w fik­cyj­nym, tota­li­tar­nym pań­stwie. Uka­zu­je to destruk­cję, któ­ra nie­sie za sobą tota­li­ta­ryzm na płasz­czyź­nie komu­ni­ka­cji mię­dzy ludź­mi oraz narodami. 

boha­te­ro­wie:

GŁÓWNY BOHATER – pierw­szo­oso­bo­wy nar­ra­tor, ano­ni­mo­wy pisarz, lite­rat, któ­ry od lat nic nie napi­sał, nie wia­do­mo, z cze­go żyje, zgorzk­nia­ły, sfru­stro­wa­ny, roz­wa­ża samo­bój­stwo, komen­tu­je tota­li­tar­ną rzeczywistość; 

HUBERT – nie widzi na jed­no oko, cho­dzi o lasce, szwan­ku­je mu zdro­wie, ponie­waż został ska­to­wa­ny przez pod­zie­mie anty­ko­mu­ni­stycz­ne albo przez ofi­ce­rów śled­czych ze Służ­by Bez­pie­czeń­stwa; przy­ja­ciel głów­ne­go boha­te­ra, opo­zy­cjo­ni­sta, sfrustrowany 

RYSIO SZMIDT — kie­dyś zło­to­wło­sy anioł, dzi­siaj łysa­wy blon­dyn; przy­ja­ciel głów­ne­go boha­te­ra, razem z Huber­tem nama­wia go na samo­spa­le­nie opozycjonista, 

HALINA – ład­na, spe­cja­list­ka od samo­spa­le­nia, skru­pu­lat­na (dopy­tu­je o kolor kanistra)

JAN — arty­sta, alko­ho­lik, men­tor boha­te­ra, zagu­bio­ny, wygła­sza prze­mo­wy, ale jed­no­cze­śnie leży w wannie 

KOBIAŁKA — dygni­tarz par­tyj­ny, wygła­sza prze­mó­wie­nie, roz­bie­ra się, po czym tra­fia do psychiatryka 

NADIEŻDA (Nadzie­ja) — pięk­na, rudo­wło­sa rosyj­ska dysy­dent­ka, nar­ra­tor jest w niej zakochany 

AGENCI SŁUŻB BEZPIECZEŃSTWA — szat­niarz, taj­nia­cy, Tadzio 

stresz­cze­nie: 

Stresz­cze­nie

Nad­cho­dzi koniec świa­ta dla boha­te­ra („Oto nad­cho­dzi koniec świa­ta. Oto nad­cią­ga, zbli­ża się czy raczej przy­peł­za mój wła­sny koniec świa­ta. Koniec mego oso­bi­ste­go świa­ta. Ale zanim mój wszech­świat roz­pad­nie się w gru­zy, roz­sy­pie na ato­my, eks­plo­du­je w próż­nię, cze­ka mnie jesz­cze ostat­ni kilo­metr mojej Gol­go­ty, ostat­nie okrą­że­nie w tym mara­to­nie, ostat­nich kil­ka szcze­bli w dół albo w górę po dra­bi­nie bezsensu”.

Jest bez­na­dziej­ny dzień jesien­ny. Boha­ter leży i patrzy w okno na chmu­rę (jak oczer­nia­ła ze sta­ro­ści tape­ta). W szaf­ce obok leży czy­sty papier — nitro­gli­ce­ry­na współ­cze­sne­go pisa­rza (czy­li boha­ter jest pisa­rzem, ale jesz­cze nic nie napi­sał; snu­je roz­wa­ża­nia na temat sztu­ki — może słu­żyć pochleb­stwu, moż­na zbru­kać ją krwią, fleg­mą lub wście­kłym jadem), a za oknem stoi Pałac Kul­tu­ry (daw­niej imie­nia Józe­fa Sta­li­na, pomnik pychy, sta­tus nie­wol­no­ści, kamien­ny tort prze­stro­gi; dzi­siaj wiel­ki barak posta­wio­ny na sztorc, zżar­ty przez pleśń). Mru­ga do boha­te­ra, kokie­tu­je z oble­śną poufa­ło­ścią. Boha­ter zasta­na­wia się nad tym, co powo­du­je, że jest głod­ny, że marsz­czy się skó­ra na czo­le, że wypo­wia­da sło­wa, widzi obra­zy. Nazy­wa to łań­cusz­kiem reak­cji che­micz­nych, któ­ry pękł wśród jego przy­ja­ciół, i nie wie, co się z nimi dzie­je, czy pędzą w nie­skoń­czo­ność, czy się odbi­ją i wró­cą, gdy jego nie będzie. 

W domu sły­chać pierw­sze odgło­sy (czyn­szo­wa kamie­ni­ca rusza w codzien­ność). Boha­ter naj­pierw się­ga po papie­ro­sa, któ­ry skra­ca życie, ale i tak pali od lat. Chciał­by się god­nie poże­gnać ze świa­tem. W nocy śni­ły mu się zęby, widział je tak dokład­nie, iż zauwa­żył nawet plom­bę (war­szaw­skiej taniej spół­dziel­ni den­ty­stycz­nej). Dwie pija­ne roz­no­si­ciel­ki prze­wró­ci­ły skrzy­nie z butel­ka­mi mle­ka. Zaczy­na padać deszcz, zawa­dził o tru­chle­ją­cy ze sta­ro­ści dom z epo­ki póź­ne­go stalinizmu. 

Boha­ter modli się uło­żo­ną przez sie­bie modli­twą. Za sie­bie, za bli­skich i za zmar­łych przy­ja­ciół. Docho­dzi do wnio­sku, że prze­cież już od daw­na nikt nie roz­no­si mle­ka, więc pew­nie nagry­wa­ją film kostiu­mo­wy. Z Pała­cu Kul­tu­ry odry­wa się kolej­ny blok kamien­nej okła­dzi­ny. Boha­ter zauwa­ża na ścia­nie wize­ru­nek wiel­kie­go orla bia­łe­go na kuli ziem­skiej, cia­sno oto­czo­nej przez sierp i młot: „Bia­ły nasz orzeł trzy­ma się nie­źle, bo od spodu wspie­ra go ogrom­na kula ziem­ska ople­cio­na cia­sno sier­pem i mło­tem”. Koń­czą się papie­ro­sy. Boha­ter szu­ka ich w szu­fla­dach skarb­czy­ka (znaj­du­ją się tam obe­lży­we listy, sta­re rachun­ki, popsu­te zapal­nicz­ki, kwi­ty urzę­du finan­so­we­go, rol­ki ban­da­ży, kie­dy jesz­cze opła­ca­ło się pod­da­wać ope­ra­cjom), gdzie znaj­du­je zżół­kłą stro­nę sprzed lat z nie­do­koń­czo­ną pro­za. Roz­po­czął ją od słów: „Jeże­li inte­re­sy Rosji na to pozwa­la­ją, chęt­nie zwra­cam uczu­cia ku swo­jej pier­wot­nej ojczyź­nie”, ale nie wie dlaczego. 

Docho­dzi ósma (boha­ter dostał zega­rek od kole­gi Sta­ni­sła­wa D. z wyciecz­ki do Związ­ku Radziec­kie­go), sły­chać hałas. Przez mia­sto prze­jeż­dża chłod­nia z żyw­no­ścią dla mini­strów i sekre­ta­rzy par­tyj­nych (gru­pa uprzywilejowanych).

Boha­te­ra odwie­dza­ją Hubert (w pra­wej ręce trzy­ma laskę, a w lewej czar­ną tecz­kę) i Rysio Szmidt, ubra­ni w odświęt­ne gar­ni­tu­ry pamię­ta­ją­ce lata 70. Hubert nie widzi na jed­no oko, cho­dzi o lasce i szwan­ku­je mu zdro­wie, ponie­waż został ska­to­wa­ny przez pod­zie­mie anty­ko­mu­ni­stycz­ne albo przez ofi­ce­rów śled­czych ze Służ­by Bez­pie­czeń­stwa. Ich odwie­dzi­ny nie zwia­stu­ją nicze­go dobre­go, boha­ter zaczy­na się dener­wo­wać, bo już kil­ka­krot­nie skoń­czy­ło się to dla nie­go źle, kie­dy pod­pi­sał pety­cję, np. stra­cił pra­cę, był pozba­wio­ny praw oby­wa­tel­skich i szy­ka­no­wa­ny. Cisza była krę­pu­ją­ca, więc boha­ter nale­wa kie­li­szek czy­stej, z impor­to­wa­nych kar­to­fli. Boha­ter celo­wo się nie odzy­wa, Hubert stwier­dza, że rzad­ko opusz­cza kamie­ni­cę, i pyta, czy pra­cu­je nad czymś nowym. Włą­cza tele­wi­zor w momen­cie rela­cji z lot­ni­ska. Boha­ter mówi, że wła­ści­wie tak, a Huber­ta bar­dzo to dzi­wi. Przez nie­szczel­ne drzwi bal­ko­no­we sączy się woda. Boha­te­ro­wi przy­po­mi­na się, że kie­dyś ich ojco­wie nale­że­li do legio­nów albo do POW, oni do AK albo ZWM

Pro­po­nu­ją, by spa­lił się przed gma­chem komi­te­tu par­tii dziś o 20, gdy skoń­czą się obra­dy zjaz­du par­tii. Wybra­no go, ponie­waż jest zna­ny czy­tel­ni­kom, a to ma być pro­test, któ­ry wstrzą­snął­by społeczeństwem. 

Męż­czy­zna odpo­wia­da, że bar­dziej nada się ktoś ze świa­ta fil­mu lub muzy­ki. Hubert nie daje za wygra­ną. Wyja­śnia, że każ­dy ma inną misję do speł­nie­nia, a śmierć reży­se­ra czy kom­po­zy­to­ra będzie dla spo­łe­czeń­stwa nie­po­we­to­wa­ną stra­tą. Boha­ter kry­ty­ku­je opo­zy­cję, arty­stycz­ny świat głu­chych i śle­pych demiur­gów. Wyłą­czył tele­wi­zor, po bal­ko­nie prze­le­ciał grad, strą­ca­jąc w prze­paść pre­zer­wa­ty­wę (obda­ro­wy­wa­li go sąsie­dzi z gór­nych pię­ter w dni wol­ne od pra­cy). Boha­ter pyta, dla­cze­go wybra­no wła­śnie jego. Hubert pró­bu­je się wykrę­cić od odpo­wie­dzi, aż w koń­cu mówi, że męż­czy­zna nie powi­nien bać się śmier­ci, sko­ro obse­syj­nie o niej myśli, przy­go­to­wu­jąc sie­bie i innych na ten moment. Boha­ter zarzu­ca mu kłam­stwo. Rysio zry­wa się z fote­la, prze­wra­ca­jąc kie­li­szek. Hubert jak­by zesztyw­niał, Rysio zaczy­na wpy­chać mu w zsi­nia­łe usta bia­łe gro­chy table­tek, wle­wa wódkę. 

Ktoś dzwo­ni do drzwi. Pod­chmie­lo­ny robot­nik mówi, żeby boha­ter nabrał wody, bo odci­na­ją na całą dobę. Robot­nik odchodzi. 

Ryszard mówi o potrze­bie maje­sta­tycz­nej śmier­ci. Hubert cału­je go w policz­ki i każe mu przyjść na uli­cę Wiśla­ną 63 o 11.00, gdzie będę cze­kać Hali­na i Nad­ież­da – spe­cja­list­ki od tech­ni­ki samo­spa­le­nia. Drzwi bal­ko­nu otwie­ra­ją się pod napo­rem wia­tru. Boha­ter chce je zamknąć, ale ury­wa się klam­ka. Rysio i Hubert chcą poży­czyć pięć tysię­cy na tak­sów­kę. Boha­ter wygrze­bu­je bank­not z kieszeni. 

Hubert pyta, kie­dy boha­ter prze­stał pisać. Może pięć, może sie­dem lat temu, boha­ter nie pamię­ta. Napi­sał opo­wia­da­nie do pod­ziem­ne­go pisma, ale to był ostat­ni tekst, bo go ocen­zu­ro­wa­no. Rysio naka­zu­je oszczę­dzać sło­wa, aby zacho­wać je na wie­czór, gdy będzie krzy­czał z całych sił. Ludzie to zapi­szą i będą trak­to­wać jak wer­se­ty Biblii. To będzie arcy­dzie­ło. Boha­ter nie wie, czy doko­na tego czynu. 

Boha­te­ro­wi przy­po­mi­na się czas z mło­do­ści, kie­dy wspól­nie z jakąś dziew­czy­ną i Rysiem spę­dzi­li pijac­ką noc w sto­do­le na sia­nie. A Hubert swe­go cza­su pró­bo­wał się powie­sić, ale wie­szak się zerwał. 

Boha­ter idzie do łazien­ki, żeby się umyć. Zasta­na­wia się, co ma zro­bić – żyć czy umrzeć. Wtem odzy­wa się gong. Sta­ru­szek przy­szedł odciąć gaz. Boha­ter każe mu od razu odciąć prąd, ale on mówi, że nie ma upraw­nień. Kie­dy sta­ru­szek wycho­dzi, zauwa­ża płaszcz z dobrej zagra­nicz­ne weł­ny i boha­ter pozwa­la mu go wziąć za dar­mo, pro­si go tyl­ko o modlitwę. 

Boha­ter włą­cza tele­wi­zor, a tam trans­mi­sja z przy­jaz­du rosyj­skie­go dygni­ta­rza, hym­nem jest „Mię­dzy­na­ro­dów­ka”. Pisarz wycho­dzi z miesz­ka­nia, zabie­ra ze sobą dowód oso­bi­sty, zaglą­da do skrzyn­ki na listy, idzie do kio­sku po gaze­tę, któ­rej nie ma, więc kupu­je papie­ro­sy. (Gazet nikt nie czy­tał, a zdo­by­cie ich kosz­to­wa­ło wie­le tru­du). Boha­ter spo­ty­ka po dro­dze poli­ty­ka, towa­rzy­sza Kobiał­kę, któ­ry mimo wyso­kiej pozy­cji nadal miesz­ka w tym samym miej­scu. Męż­czyź­ni spo­glą­da­ją na sie­bie. Potem wsia­da w czar­ne­go mer­ce­de­sa i odjeż­dża. Nie­opo­dal Pała­cu Kul­tu­ry odby­wa­ją się uro­czy­sto­ści, któ­re uświet­nił zespół ludo­wy. Uli­ce ozdob­ne są fla­ga­mi czer­wo­ny­mi i bia­ło-czer­wo­ny­mi, a nad ludź­mi ogrom­ny trans­pa­rent: „Niech żyje czter­dzie­sta rocz­ni­ca Pol­skiej Rze­czy­po­spo­li­tej Ludo­wej”. Dzi­wi go ten napis oraz ren­ci­sta z gaze­tą pod pachą, któ­ry uśmie­cha się poro­zu­mie­waw­czo, stwier­dza­jąc, że doda­li sobie lat. Nie wia­do­mo, któ­ry jest rok, gaze­ty poda­ją nie­wy­raź­nie. Docho­dzi do sza­mo­ta­ni­ny o gaze­tę i wte­dy mili­cjan­ci pro­szą go do bra­my. Mówią oni, że mamy 22 lip­ca, ale prze­cież jest póź­na jesień. Nagle pisarz spo­strze­ga zna­jo­me­go, Kol­kę Nacha­ło­wa, syna gene­ra­ła KGB. Mili­cjan­ci rezy­gnu­ją ze spi­sa­nia lite­ra­ta. Kol­ka, w prze­ci­wień­stwie do swo­jej rodzi­ny, nie wyje­chał do Rosji. Został w kra­ju, by robić inte­re­sy. Kie­dy oka­zu­je się, że boha­ter nie pla­nu­je nic od nie­go kupić, Kol­ka odcho­dzi. Spo­ty­ka tak­że Tadzia Skrok — chło­pa­ka z pro­win­cji, któ­ry cho­dzi za boha­te­rem i recy­tu­je frag­men­ty mistycz­nych poematów. 

Boha­ter spo­ty­ka się w barze mlecz­nym pod fir­mą „Fami­lij­ny”, gdzie cze­ka na bra­ta Rysia — Edwar­da — filo­zo­fa, dzia­ła­cza par­tyj­ne­go, któ­ry wygła­sza pochwa­łę cen­zu­ry. Wypo­wia­da się kry­tycz­nie o swo­im bra­cie i nazy­wa go idio­tą. Nama­wia boha­te­ra, by zaczął pisać dla cen­zu­ry, bo ona dostrze­ga alu­zję, zamiast trzy­mać z opo­zy­cją. Pisarz pyta, dla­cze­go filo­zof skło­nił się ku mark­si­zmo­wi, sko­ro nale­żał do inte­li­gen­cji kato­lic­kiej, czym wywo­łu­je wzbu­rze­nie męż­czy­zny: „Czy pan nie rozu­mie, że prze­ży­wa­my kolej­ny potop? Oce­an łaj­na ze Wscho­du zalał nas od Bugu po Łabę”. W tym, że Rosja upa­da, filo­zof upa­tru­je nadziei na oca­le­nie. Gdy­by pań­stwo prze­ści­gnę­ło Sta­ny Zjed­no­czo­ne, wchło­nę­ło­by nasz kraj. 

Boha­ter nazy­wa go „wście­kłą Kasan­drą. Wście­kła wróż­ka pol­skie­go nacjo­na­li­zmu”. Potem filo­zof wycho­dzi bez pożegnania. 

Kalen­darz na ścia­nie wska­zu­je kwie­cień 1980 roku. 

Nagle pisarz zosta­je przez kogoś popro­szo­ny o ogień. Oka­zu­je się, że to taj­ny agent. Boha­ter wyja­śnia, że był już dzi­siaj legi­ty­mo­wa­ny. Na uli­cy panu­je gwar. Wyją radio­wo­zy poli­cyj­ne, two­rzą­ce eskor­tę hono­ro­wą. Agent odda­je boha­te­ro­wi dowód. 

W skle­pie z instru­men­ta­mi muzycz­ny­mi wisi kalen­darz — paź­dzier­nik 1979 r. Boha­ter pyta pra­cow­ni­ka o datę, ale ten go zbywa. 

Boha­ter zasta­na­wia się, czy wizy­ta Ryś­ka i Huber­ta była praw­dzi­wa, bo już kie­dyś zda­rzy­ło mu się, że popro­sił wydaw­cę o zmia­nę tytu­łu swo­jej książ­ki, któ­rej nie napi­sał, bo tyl­ko o niej śnił. 

Boha­ter wsia­da do auto­bu­su 155, któ­rym wra­ca­ją zmę­cze­ni ludzie. Stwier­dza, że ma kaca przez pań­stwo, w któ­rym żyje; w któ­rym nędza jest łaską pań­stwa tota­li­tar­ne­go. Myśli o samo­spa­le­niu. Wyda­je mu się, że nie powi­nien słu­chać Ryś­ka i Huber­ta. Auto­bus sta­je nie­opo­dal Powi­śla. Oka­zu­je się, że jest uszko­dzo­ny. Boha­ter idzie do miesz­ka­nia przy Wiśla­nej na pie­cho­tę. Posta­na­wia, że ukry­je swo­je praw­dzi­we zamia­ry. Będzie uda­wał, że na wszyst­ko się zga­dza, by w ostat­niej chwi­li się wyco­fać. Wciąż jed­nak się waha. Spę­dza tro­chę cza­su nad Wisłą i w koń­cu idzie na umó­wio­ne spo­tka­nie. Po dro­dze spo­ty­ka ludzi z fla­ga­mi naro­do­wy­mi, któ­rzy skan­du­ją: „Pol­ska, Pol­sza, Pol­ska, Pol­sza”. Wiatr szar­pie nad ich gło­wa­mi naro­do­wą fla­gę, całą czer­wo­ną. Lite­rat prze­cho­dzi przez uli­cę w nie­do­zwo­lo­nym miej­scu, o czym infor­mu­je go mili­cjant. Boha­te­ro­wi uda­je się jed­nak unik­nąć man­da­tu, a mili­cjant każe mu uwa­żać. Wcho­dząc po scho­dach, pisarz zauwa­ża star­ca z tecz­ką. Uświa­da­mia sobie, że to Sacher, czło­nek Biu­ra Poli­tycz­ne­go sprzed wie­lu lat. 

Boha­ter wybie­ra się na spo­tka­nie na uli­cę Wiśla­ną 63 w spra­wie tech­ni­ki samo­spa­le­nia. Otwie­ra ane­micz­na, szczu­pła, drob­na, wymi­ze­ro­wa­na, bez­barw­na dziew­czy­na. Miesz­ka­nie jest peł­ne gra­tów, koszy na nie­po­trzeb­ne ciu­chy, przy­po­mi­na poko­je z lat oku­pa­cji nie­miec­kiej, z kilim­ka­mi ludo­wy­mi na ścia­nach, są w nim meble drew­nia­ne z Cepe­lii, zaschnię­te kwia­ty, w kącie tele­wi­zor, na tap­cza­nie leży czło­wiek z bia­łą bro­dą. Dziew­czy­na wrę­cza boha­te­ro­wi bro­szu­ry na temat samo­spa­le­nia z róż­nych stron świata. 

Na dużym ekra­nie sta­ro­świec­kie­go tele­wi­zo­ra widać pre­zy­dium aka­de­mii. Pośrod­ku sie­dzi sekre­tarz pol­ski oraz radziec­ki i ten o azja­tyc­kich rysach. Męż­czy­zna z bro­dą budzi się z zamy­śle­nia za spra­wą tego, co dzie­je się w tele­wi­zji. Towa­rzysz Kobiał­ka drze swo­je prze­mó­wie­nie i zaczy­na krzy­czeć: „Towa­rzy­sze zdraj­cy! Towa­rzysz­ki świ­nie!”. Trans­mi­sja zosta­je prze­rwa­na. Co jakiś czas uka­zu­je się obraz, ale fonia zosta­ła wyłą­czo­na, więc wygła­sza swo­je nie­me prze­mó­wie­nie, swo­ją mowę oskar­ży­ciel­ską i zaczy­na się roz­bie­rać. Bro­da­ty męż­czy­zna stwier­dza, że Kobiał­ka to pijak i że było jasne, że tak skoń­czy. Opo­wia­da rów­nież o sobie — 10 lat po woj­nie prze­trzy­my­wa­no go w łagrach akow­skich, a teraz nie może cho­dzić, jest spa­ra­li­żo­wa­ny. Pyta lite­ra­ta, czy ten się boi. Męż­czy­zna odpo­wia­da, że jesz­cze nie wie, czy to zro­bi. Męż­czy­zna stwier­dza, że czło­wie­cza śmierć jest potrzeb­na i że może być ona sła­bo­ścią lub siłą. Zapew­nia go, że kie­dy przyj­dzie czas, będzie wie­dział, co ma zrobić. 

Pisarz pozna­je Hali­nę, od któ­rej otrzy­mu­je dal­szy instruk­taż. Do samo­spa­le­nia ma dojść przed Salą Kon­gre­so­wą, w któ­rej odbę­dzie się zjazd. Pyta go, czy ma ben­zy­nę i zapał­ki, ale widząc, że jest nie­przy­go­to­wa­ny, wycho­dzi do zna­jo­mej mydlar­ni po roz­pusz­czal­nik (nie da się kupić na sta­cji, ponie­waż potrzeb­ne były talo­ny). Kie­dy boha­ter zosta­je sam z Nad­ież­dą, rudo­wło­sa dziew­czy­na naj­pierw pozo­sta­je nie­ru­cho­ma, a potem pada przed nim na kola­na, cału­jąc jego dłoń. Kie­dy lite­rat pró­bu­je ją powstrzy­mać, ta ucie­ka. Po chwi­li wra­ca uśmiech­nię­ta, ocie­ra­jąc łzy. Ma ze sobą sybe­ryj­ską nalew­kę przy­wie­zio­ną z Moskwy, trzy­ma­ną tyl­ko na naj­waż­niej­sze oka­zje, czę­stu­je nią gościa. Wyzna­je mu miłość. Wzno­szą toast, mówiąc: „Na zdro­wie”, ale boha­ter czu­je jed­nak, że taki toast jest nie na miej­scu. Nad­ież­da (Nadzie­ja) tuli się do nie­go, cału­je go (on zauwa­ża, że nie ma sta­ni­ka, bo Zachód ją zepsuł), mówiąc, że w imię miło­ści chcia­ła popeł­nić samo­bój­stwo. Stwier­dza też, że Pola­cy z wła­snej woli powin­ni przy­łą­czyć się do Rosji. Pisarz stwier­dza, że Rosjan już nie ma, bo tych praw­dzi­wych wymor­do­wał Lenin. Choć Nad­ież­da począt­ko­wo uwa­ża go za geniu­sza, po tych sło­wach odpy­cha męż­czy­znę. Wybie­ga z poko­ju, a gdy wra­ca, pyta, czy się boi. Ten odpo­wia­da, że im bli­żej, tym boi się coraz bar­dziej. Kole­ga Nad­ież­dy rów­nież się pod­pa­lił. Kolej­ny taki akt ma poka­zać, że jed­nak war­to się poświę­cić. Dziew­czy­na jest roz­cza­ro­wa­na posta­wą pisa­rza. Wyda­je jej się zwy­czaj­ny. Dla męż­czy­zny prze­cięt­ność to coś nor­mal­ne­go. W koń­cu jest oby­wa­te­lem pań­stwa, w któ­rym ludzie nie mogą żyć po swo­je­mu. Nad­ież­da uwa­ża, że męż­czy­zna oba­wia się wiel­ko­ści. Pod wpły­wem impul­su pro­po­nu­je mu uciecz­kę. Boha­ter niby z nią roz­ma­wia, ale cały czas zwra­ca uwa­gę na jej cia­ło, patrzy na pier­si, dostrze­ga sutek.

Boha­ter przy­po­mi­na jej, że Hali­na poszła po roz­pusz­czal­nik. Nad­ież­da uda­je obo­jęt­ność, lecz po chwi­li zaczy­na pła­kać, bo żału­je, że nie spo­tka­li się wcze­śniej. Lite­rat wyzna­je, że zako­chał się w niej od pierw­sze­go wej­rze­nia. Bie­rze Nadzie­ję w ramio­na i czu­je, że jest naga pod sza­lem-pon­chem. Męż­czy­zna kła­dzie gło­wę na jej pier­siach. Docho­dzi do zbli­że­nia. Boha­ter wal­czy z opo­rem bezgrzeszności. 

Nagle dzwo­ni tele­fon, to Hali­na pyta o kolor kani­stra. Choć nie ma to zna­cze­nia, boha­ter wybie­ra nie­bie­ski. Pod oknem poja­wia­ją się ludzie z trans­pa­ren­tem: „Niech żyje 22 lip­ca 1999 roku!”. Przed kamie­ni­cą stoi chło­pak z żół­to-czer­wo­nym liściem klo­no­wym, któ­re­go boha­ter widział już wcze­śniej. Boha­ter zasta­na­wia się, jak wyjść z miesz­ka­nia nie­zau­wa­żo­nym, ale wła­śnie wró­ci­ła Nad­ież­da z her­ba­tą (czaj). Wyzna­je, że dziś zoba­czy­ła go po raz pierw­szy, lecz wystar­czył moment, by się w nim zako­cha­ła. Pyta, czy chce z nią uciec. Cału­ją się. Wra­ca Hali­na z nie­bie­skim pla­sti­ko­wym kani­strem. Strze­pu­je beret, bo na dwo­rze pada śnieg, jest słoń­ce, wicher, deszcz. Do samo­spa­le­nia pozo­sta­ło sie­dem godzin. Pisarz nie wie, co robić do 20.00. Boha­ter wycho­dzi z nie­bie­skim kani­strem z miesz­ka­nia. Żegna się z męż­czy­zna, któ­re­go wspo­mnie­nia prze­tłu­ma­czo­no na trzy­na­ście języ­ków, był legen­dą. Boha­ter spo­ty­ka Sache­ra (sędzi­we­go rewo­lu­cjo­ni­stę o fana­tycz­nych oczach. Poli­tyk pyta go, skąd się zna­ją. Pisarz odpo­wia­da bez ogró­dek, że to wła­śnie Sacher odpo­wia­da za zawie­sze­nie go w pra­wach człon­ka par­tii. Boha­ter uwa­ża, że dzię­ki temu odzy­skał wolność.

Nagle wali się most Ponia­tow­skie­go. Chło­piec z pro­win­cji (Tadzio Skór­ko ze Sta­ro­gar­du, syn zna­jo­me­go pisa­rza) z liściem klo­nu w ręce wygła­sza pate­tycz­ne cyta­ty, tym razem z utwo­rów pisa­rza („A one mnie utwo­rzy­ły, niczym obłok pyłu kosmicz­ne­go, wasze marze­nia, tor­tu­ry, smut­ki, nie­do­le”). W kinie Woł­ga (nazy­wa­ne wcze­śniej Skar­pa) zasłabł Hubert, o czym infor­mu­je go Halina. 

Zacze­pia­ją ich mili­cjan­ci, pyta­jąc o dro­gę. Pisarz szu­ka zaczep­ki. Wie, że jeśli zosta­nie aresz­to­wa­ny, cały plan weź­mie w łeb. Mun­du­ro­wi jed­nak nie reagu­ją, wyja­śnia­jąc, że dopie­ro przy­by­li do mia­sta. Przed kinem wisi rekla­ma radziec­kie­go fil­mu („Świe­tla­na przy­szłość”), lecz tak napraw­dę wyświe­tla­nia jest pol­ska pro­duk­cja w reży­se­rii Wła­dy­sła­wa Buła­ta „Trans­fu­zja”. ”Tłu­my gzi­ły się nie­mra­wo w sza­rych ubra­niach i bez­na­dziej­no­ści”. W salo­nie mię­snym ogrom­ne okno wypeł­nia wiel­ka licz­ba 50 uło­żo­na ze sztucz­nych kieł­bas. Tak świę­tu­je się pięć­dzie­się­cio­le­cie PRL‑u. 

W holu kina pre­zen­to­wa­na jest wysta­wa obra­zów byłe­go mini­stra kul­tu­ry i człon­ka Komi­te­tu Cen­tral­ne­go. Całe pra­co­wi­te życie stra­wił na gno­je­niu arty­stów i ści­ga­niu znędz­nia­łej sztu­ki. W biu­rze kie­row­ni­ka kina leży Hubert na zsu­nię­tych krze­słach, z gło­wą uło­żo­ną na swo­jej czar­nej tecz­ce. Przy nim kuca Rysio. Hubert pyta, czy wszyst­ko jest goto­we. Pisarz potwier­dza. Rysiek stwier­dza, że to oni, tzn. wła­dza, go zabi­li. Hubert ma świa­do­mość, że umrze przed boha­te­rem. Mówi mu, że jego czyn odmie­ni ludzi. Ale pisarz zaprze­cza. „Mil­czą­ca więk­szość śpi w letar­gu. Urzą­dzi­ła się jakoś, wyna­la­zła cie­płe zakąt­ki, obro­sła w koko­ny względ­ne­go dobro­by­tu”. Hubert jest zda­nia, że czyn pisa­rza albo ich obu­dzi, albo odku­pi. Kie­row­nik kina oglą­da w tele­wi­zji sekre­ta­rzy, któ­rzy wrę­cza­ją sobie orde­ry i cału­ją się w usta. Przy­cho­dzi Bułat, a za nim dwóch sani­ta­riu­szy z leka­rzem mło­ko­sem. Kie­dy zabie­ra­ją umie­ra­ją­ce­go, pisarz krzy­czy, że nicze­go nie obie­cu­je, czu­je, że to, co ma zro­bić, nie ma sen­su, ma ocho­tę uciec, wszyst­ko prze­cze­kać. Bułat stoi za zasło­ną, któ­ra ukry­wa wej­ście na widow­nię. Aku­rat wyświe­tla­na jest sce­na, w któ­rej ktoś ska­cze z okna, pró­bu­je popeł­nić samo­bój­stwo. Pisarz uzna­je film za ogrom­ny suk­ces, lecz reży­ser nie podzie­la jego entu­zja­zmu. Wie, że widzo­wie go uwiel­bia­ją, bo jest taki jak oni. Bułat pyta, dla­cze­go o boha­te­rze jest ostat­nio cicho. Męż­czy­zna odpo­wia­da, że znów zaczął pisać, tak napraw­dę dzi­siaj rano. Reży­ser jest pod­eks­cy­to­wa­ny. Twier­dzi, że dzię­ki temu, co zro­bi boha­ter, on wkro­czy na nie­bez­piecz­ną dro­gę i znów będzie potrzeb­ny ludziom. To zacznie się dziś wie­czo­rem, kie­dy razem z akto­ra­mi zja­wi się pod Salą Kon­gre­so­wą. Lite­rat przy­zna­je, że od lat nic nie napi­sał, bo stra­cił wia­rę. Zaczął pisać jedy­nie testa­ment, ale nie wie, czy go ukończy.

Nagle gaśnie świa­tło. Boha­ter sły­szy gło­sy woła­ją­cych go Tadzia i Hali­ny. Ale zwra­ca się do Wład­ka Buła­ta. Żali się, że na nic nie ma wpły­wu i że jego świat runął po wiel­kiej woj­nie. Reży­ser odpo­wia­da, że męż­czy­zna jest widocz­nie sła­by i nie potra­fi żyć w świe­cie, któ­ry nie jest zhie­rar­chi­zo­wa­ny. Przy poże­gna­niu boha­ter pyta, dla­cze­go wybór padł aku­rat na nie­go. Wła­dek, jako prze­ciw­nik kary śmier­ci, nie potra­fi mu odpo­wie­dzieć. Kie­dy dołą­cza­ją do nich Tadzio i Hali­na, reży­ser zaczy­na się uspra­wie­dli­wiać. Wyja­śnia, że zabrał tyle cza­su pisa­rzo­wi, bo każ­de­go z nich cze­ka dłu­ga podróż (Wła­dek wyjeż­dża w nocy do Ame­ry­ki Połu­dnio­wej). Autor wysta­wy, eme­ry­to­wa­ny mini­ster kul­tu­ry, zapra­sza pisa­rza „na dziew­czyn­ki pod War­sza­wą”. Ten wykrę­ca się, tłu­ma­cząc, że nie ma czasu. 

Wyszli przed kino. Towa­rzy­sze zapa­la­li na kor­bę pojaz­dy z dwu­tak­to­wy­mi sil­ni­ka­mi (zno­wu u nas wcho­dzi­ły w modę, bo były tań­sze i łatwiej­sze w obsłu­dze). Idą do skle­pu po zapałki. 

Uli­cą Koper­ni­ka idzie mani­fe­sta­cja z trans­pa­ren­tem: „Niech żyje trzy­dzie­sto­pię­cio­le­cie PRL!”.

Pisarz, Hali­na i Tadzio idą do skle­pu walu­to­we­go po zapał­ki. Boha­ter pyta Hali­nę o prze­szłość Nadziei. Rosjan­ka mia­ła wyjść za mąż za dyplo­ma­tę i wyje­chać do Pol­ski, a po roz­wo­dzie zwią­za­ła się z dzien­ni­ka­rzem. Teraz jest narze­czo­ną inży­nie­ra leśni­ka, ale zako­chał się w niej Rysio Szmidt. Boha­ter nie wie­rzy Hali­nie. Pyta, czy go żału­je, ona odpo­wia­da, że jest sta­rym dzia­dem. Dziew­czy­na wcho­dzi do skle­pu, a pisarz obser­wu­je ludzi. Są do sie­bie podob­ni, tak samo brzyd­cy (przy­kre pyski, złe, nie­chluj­ne). W powie­trzu da się wyczuć ner­wo­wą atmos­fe­rę, szu­ka­ją oka­zji kup­na, szczę­śli­we­go tra­fu we fra­jer­stwie pań­stwa. Zaczę­ło się to na prze­ło­mie lat 60. i 70. Hali­na wra­ca z pudeł­kiem szwedz­kich zapa­łek. Lite­rat pyta ją o Huber­ta; jest w sta­nie kry­tycz­nym. Hali­na odcho­dzi (jej sza­ra kur­tecz­ka szyb­ko zni­kła), a pisarz zapra­sza Tadzia (któ­ry recy­tu­je kolej­ny utwór) na obiad do restau­ra­cji „Para­dyz”. Pro­wa­dzi ich pies Pikuś. Jacyś ludzie roz­da­ją doda­tek nad­zwy­czaj­ny do „Try­bu­ny Ludu”, infor­mu­jąc, że Pol­ska jest kan­dy­da­tem do wstą­pie­nia w skład ZSRR. Nagle lite­rat zauwa­ża swo­ich przy­ja­ciół — Andrze­ja M. i Józe­fa H., któ­rzy spa­ce­ro­wa­li w stro­nę Okól­ni­ka. Pisa­rzo­wi robi się smut­no, bo kie­dyś im towa­rzy­szył. Spo­glą­da wokół, świat wyda­je mu się brzyd­ki, a jed­no­cze­śnie pięk­ny, bo tyl­ko w takim mogli żyć. Mimo obec­no­ści Tadzia czu­je się samot­ny. Nie ma nawet do kogo zadzwo­nić, kie­dy nadej­dzie chan­dra. Jego roz­my­śla­nia prze­ry­wa Tadzio, mówiąc, że ktoś na nie­go czeka. 

Oka­zu­je się, że to męż­czy­zna z opuch­nię­tą twa­rzą. Znaj­du­je się w loka­lu kon­tak­to­wym i ktoś go prze­szu­ku­je. Ele­ganc­ki męż­czy­zna Żor­żyk mówi boha­te­ro­wi, że kil­ka razy byli w jego miesz­ka­niu, wypi­li mu koniak, zabra­li pisem­ka por­no­gra­ficz­ne, a on za każ­dym razem zgła­szał wła­ma­nie. Boha­ter jest znu­dzo­ny, a już miał do czy­nie­nia z poli­cją, gesta­po i NKWD. Wte­dy zosta­je ude­rzo­ny i zaku­ty w kaj­dan­ki. Roz­po­czy­na się prze­słu­cha­nie. Boha­ter jed­nak ukry­wa spo­tka­nie z Rysiem, Huber­tem, Hali­ną i Nad­ież­dą. Zenek robi mu zastrzyk. W wyni­ku tego każ­de, nawet naj­lżej­sze ude­rze­nie odczu­wa jako bole­sny cios. Zaczy­na mówić praw­dę, z kim się widział, w koń­cu tra­ci przy­tom­ność. Pole­wa­ny wodą z wia­dra się ock­nął. Zauwa­ża, że tele­wi­zor jest włą­czo­ny, a na ekra­nie widać Wład­ka Buła­ka, któ­ry towa­rzy­szy nesto­ro­wi Związ­ku Lite­ra­tów. Jeden z opraw­ców infor­mu­je go, że pierw­szy sekre­tarz nale­ży do orga­ni­za­cji opo­zy­cjo­ni­stów pozy­tyw­nych. W koń­cu uwal­nia­ją boha­te­ra. Na poże­gna­nie szef mówi, że zoba­czą się wie­czo­rem i żeby pisał dla okre­ślo­ne­go czy­tel­ni­ka, jak wol­ny pisarz dla wol­nych ludzi. Zanim go wypusz­czą, zosta­je sko­pa­ny po żebrach, co zosta­je uwiecz­nio­ne na zdjęciach.

Musi zapła­cić bab­ci klo­ze­to­wej tysiąc za sko­rzy­sta­nie z toalety. 

Boha­ter znaj­du­je się w pocze­kal­ni z fote­la­mi i uschnię­tą zie­le­nią. Po wszyst­kim spo­ty­ka towa­rzy­sza Kobiał­kę, któ­ry cze­ka na karet­kę, ale jest trze­ci w kolej­ce (jego też prze­słu­chi­wa­li i rów­nież dostał zastrzyk). Tłu­ma­czy, że tekst, któ­ry dzi­siaj wygło­sił, pisał w naj­więk­szej tajem­ni­cy w lesie i scho­wał go w dziu­pli. Przez kil­ka dobrych lat przy­go­to­wy­wał to wszyst­ko. Przez ten stres schudł z 80 do 67 kg. Cie­szy się, że zamkną go w domu waria­tów. Datę zna tyl­ko sam mini­ster lub ści­słe kole­gium. Impor­to­wa­ny kalen­darz wisi w wiel­kim sej­fie (tak dużym, jak pokój). Mini­ster wcho­dzi tam codzien­nie w ści­słej tajem­ni­cy i zdzie­ra kart­kę, któ­rą auto­mat spa­la na popiół. Boha­ter mówi, że moż­na by to spraw­dzić w wol­nym radiu, ale daw­no nie słu­chał. Żegna się z Kobiałką. 

Boha­ter stoi w drzwiach, kie­dy znów kiwa na nie­go Zenek i odda­je mu zapał­ki, któ­rych uży­wał szef Żor­żyk. Bab­cią klo­ze­to­wą oka­zu­je się Zosia, mło­da stu­dent­ka arche­olo­gii, któ­ra jest na prak­ty­ce. Boha­ter wra­ca na salę restau­ra­cyj­ną. „Para­dyz” pre­zen­tu­je styl moder­ny w sta­nie ruiny, stan­dar­dem nadą­ża za świa­tem, lecz jed­no­cze­śnie przy­po­mi­na rude­rę przed zawa­le­niem, ale sto­li­ki są zajęte. 

Boha­ter zauwa­ża Kol­kę Nacha­ło­wa w towa­rzy­stwie jakiejś blon­dy­ny o tapi­ro­wa­nych wło­sach. Gosia ma wiel­ką twarz ze zmarszcz­ka­mi, usta poma­lo­wa­ne czer­wo­ną szmin­ką i duży biust. Zaj­mu­je się nie­do­koń­czo­ny­mi fil­ma­mi, odku­pu­je je od Mini­ster­stwa Kul­tu­ry, by mogły ujrzeć świa­tło dzien­ne. Jed­nym z jej dzieł jest „Trans­fu­zja”. Kol­ka przy­wo­łu­je kel­ne­ra, ale ten jest bar­dzo nie­grzecz­ny. Nie wie, co to jest rago­ut, i go to nie obcho­dzi, bo musi pra­co­wać, kie­dy inni żrą. Orkie­stra gra ambit­ny utwór. Boha­te­ro­wi przy­po­mi­na się wie­czór, kie­dy rów­nież ktoś grał na for­te­pia­nie, pod­czas wie­czo­ru z jego przy­szłą żoną. 

Gosia mówi do boha­te­ra, że kogoś mu przy­po­mi­na. A on na to, że on wszyst­kim kogoś przy­po­mi­na. Nie jest kimś indy­wi­du­al­nym ani nie­po­wta­rzal­nym. Jest po pro­stu każ­dym. Więc z tego powo­du ma kaca, że nie ist­nie­je. Gosia idzie do sze­fa kuch­ni, ubra­na jest w spodnie, bo jest oty­ła. Kel­ner przy­no­si potra­wę oraz bon na potra­wy mię­sne, ale one nie będą już mu potrzeb­ne, bo od daw­na nie jada mię­sa. Decy­zja świa­to­po­glą­do­wa. Jest już godzi­na wpół do trzeciej. 

Pisarz twier­dzi, że stan Huber­ta jest wyni­kiem wypa­le­nia i że męż­czy­zna żył na peł­nych obro­tach. Ryszard mówi pisa­rzo­wi, że przy innym sto­li­ku cze­ka na nie­go Caban (waż­ny dzia­łacz), do któ­re­go zapro­wa­dzi go Hali­na. Caban zacho­wu­je się, jak­by go nie widział. W koń­cu pisarz daje znać męż­czyź­nie, że ten, podob­no, chce się z nim widzieć. Caban pyta, dla­cze­go roz­mów­ca prze­stał two­rzyć i czy powo­dem jest auto­cen­zu­ra. Lite­rat wyzna­je, że zło­ży­ło się na to wie­le rze­czy. Nie nale­żał do żad­ne­go ukła­du, pamię­tał inną kon­spi­ra­cję, powsta­nia, Orga­ni­za­cję Bojo­wą PPS, AK. Caban pro­si o radę, o to, by roz­wi­nął myśl. Lite­rat uwa­ża, że muszą wziąć pod uwa­gę: dobro­wol­ność, bez­in­te­re­sow­ność oraz zgo­dę na prze­gra­ną. Caban kwi­tu­je to, mówiąc, że kon­spi­ra­cja jest taka, jak cza­sy, w któ­rych przy­szło im żyć. Oznaj­mia pisa­rzo­wi, że zwal­nia go z dane­go sło­wa. Zupeł­nie ina­czej postrze­ga­ją rolę opozycji. 

Boha­ter wra­ca do sto­li­ka, orkie­stra gra wal­ca. Boha­ter roz­ma­wia z Rysiem. Przy barze stoi jego brat filo­zof Edek. Mówi, że są bliź­nię­ta­mi dwu­ja­jo­wy­mi, bo jego mat­ka była nie­złym nume­rem (w odstę­pie paru godzin mia­ła sto­su­nek z innym męż­czy­zną). Za namo­wą Gosi wszy­scy goście idą do kuch­ni. Tam kucha­rze i pomo­ce kuchen­ne wita­ją ich ze śpie­wem na ustach. Nagle Gosia („pokaż się, bale­ron­ku”) i pija­ny szef kuch­ni rusza­ją w tan. 

Boha­ter zasta­na­wia się nad swo­ją prze­cięt­no­ścią, któ­ra była aktem jego wol­nej woli. Boha­ter nigdy nie ukradł żad­nej gotów­ki, nie popeł­nił sza­leń­stwa miło­sne­go, nie wykro­czył prze­ciw­ko pra­wom natu­ry. Jego grze­chem jest cie­ka­wość. Może będzie odpo­wia­dał w dniu Sądu Osta­tecz­ne­go wła­śnie za ten grzech nie­grzech, jakim jest obojętność. 

Po chwi­li całe towa­rzy­stwo prze­no­si się do piw­ni­cy, gdzie szef kucha­rzy (puł­kow­nik bez­pie­czeń­stwa) otwie­ra zama­sko­wa­ne drzwi. Wszy­scy scho­dzą do pod­zie­mi, w labi­rynt scho­dów, przejść, piw­nic, schow­ków, maga­zy­nów. Kucharz nagle zatrzy­mu­je się przed taki­mi samy­mi drzwia­mi, jakie widzie­li na począt­ku. Kucharz puł­kow­nik ostrze­ga, żeby nicze­go nie doty­kać, wol­no tyl­ko patrzeć. Wresz­cie tra­fia­ją do bar­dzo dobrze zaopa­trzo­nej spi­żar­ni (wiel­kie pusz­ki kon­ser­wo­wej szyn­ki, skrzyn­ki z butel­ka­mi), a z niej do wspa­nia­łe­go wnę­trza wiel­kie­go jak kapli­ca. Ścia­ny i kolum­ny wyło­żo­ne są z mar­mu­ru, z wyso­kie­go sufi­tu zwi­sa­ją zło­ci­ste żyran­do­le, a sto­ły przy­po­mi­na­ją cza­sy Radzi­wił­łów albo kró­lów saskich na pol­skim tro­nie, okry­te histo­rycz­ny­mi obru­sa­mi, zasta­wio­ne muze­al­ną zasta­wą, ugi­na­ją się pod cię­ża­rem wyszu­ka­nych potraw i fla­szek z trun­ka­mi. Boha­ter dostrze­ga insy­gnia koro­na­cyj­ne kró­lów pol­skich ze słyn­nym Szczerb­cem (legen­dar­nym mie­czem koro­na­cyj­nym). Kol­ka stwier­dza, że muszą wie­dzieć, co takie­go naby­li – Jaśnie Panią Rzecz­po­spo­li­tą. Męż­czy­zna suge­ru­je, by jed­nak coś zjeść. Ktoś włą­cza magne­to­fon. Gosia wypy­cha tor­bę jedze­niem i pró­bu­je ją wynieść. 

Gosia, korzy­sta­jąc z oka­zji, bie­rze pisa­rza na bok. Wyzna­je mu, że nie wie­rzy w opo­zy­cję. Pro­si go rów­nież, by uwa­żał na Rysia. W odpo­wie­dzi lite­rat nazy­wa ją kro­wą („twój pysk widzę codzien­nie ze wszyst­kich stron”). Ura­żo­na kobie­ta uzna­je go za cha­ma i skar­ży się na jego zachowanie. 

Obok lite­ra­ta poja­wia się dok­tor Hans Jür­gen Gon­sio­rek. Nie­miec przy­był tu w imie­niu swo­je­go rzą­du, w spra­wie zaku­pu woje­wódz­twa zie­lo­no­gór­skie­go. Nie­spo­dzie­wa­nie do roz­mo­wy wtrą­ca się filo­zof, Edek Szmidt, brat Ryś­ka. Oznaj­mia, że on jest eks­per­tem powo­ła­nym w tej spra­wie. Ryszard gro­zi, że wyj­dzie, ale tyl­ko zmie­nia pozy­cję. Dok­tor wyja­śnia, że repre­zen­tu­je nowe Niem­cy. Edek nie daje mu wia­ry. Roz­ka­zu­je, by wszy­scy padli na kola­na. Rysiek uprze­dza, że jego brat zaraz się obna­ży (ale ma małe­go ptasz­ka jak pazno­kieć, mat­ka nawet dawa­ła na mszę, ale nic nie pomo­gło). Roz­zło­ści­ło to kucha­rza, któ­ry naka­zu­je zatań­czyć filo­zo­fo­wi i dok­to­ro­wi w parze. Męż­czyź­ni wyko­nu­ją pole­ce­nie w rytm tan­ga. Nagle sły­chać odgłos wystrza­łu. Rysiek chwy­ta pisa­rza, bo czu­je się za nie­go odpowiedzialny. 

Boha­ter wcho­dzi do spu­sto­szo­nej kuch­ni. Wita go pies Pikuś. Lite­rat krzy­czy, że Anty­chryst zstą­pił na zie­mię i że zamiesz­ka w duszy każ­de­go czło­wie­ka. Nikt go nie słucha. 

Wyła­zi skądś Edek Szmidt i mówi, że ona go słu­cha. Przy barze sie­dzi Żorż (daw­niej Żorżyk). 

Edek tłu­ma­czy Żor­żo­wi, że jedy­nym źró­dłem docho­du Ryś­ka są wzno­wie­nia małej ksią­żecz­ki (dwa razy do roku), któ­rą Rysiek napi­sał nie­gdyś dla par­tii. “Dzię­ki niej pije mlecz­ko i wódecz­kę”. Żorż pro­si boha­te­ra o pie­nią­dze, bo zabra­kło mu do rachun­ku dwa­dzie­ścia tysięcy. 

Rysiek gasi peta w szkla­necz­ce Żor­ża, pod­cho­dzi chwiej­nym kro­kiem, jest prze­ko­na­ny, że brat obma­wiał go za ple­ca­mi. Pisarz czu­je się źle, z tym że pije, kie­dy Hubert („ostat­ni z moich przy­ja­ciół”) umie­ra. Pija­ny Kol­ka chce pod­pa­lić restau­ra­cję, ale Rysio go powstrzy­mu­je. Nagle zja­wia się Zosia, bab­cia klo­ze­to­wa mówi, że ktoś cze­ka na boha­te­ra. Wycho­dzą. Zosia odda­je mu pie­nią­dze, boha­ter mówi, że kie­dyś ją odwiedzi. 

Nad­ież­da pyta o Piku­sia. Boha­ter mówi, że to pies przy­ja­ciół, któ­ry kie­dyś zagi­nął, a teraz się odnalazł.

Nad­ież­da pyta, czy boha­ter chce coś na uspo­ko­je­nie, bo ona ma wszyst­ko ze sobą. Wycho­dzą na Plac Trzech Krzy­ży do budyn­ku redak­cji tygo­dni­ka saty­rycz­ne­go „Szpil­ki”. Boha­ter mówi, że miał sen. Nad­ież­da wie, bo ona tak­że przy­śni­ła Anty­chry­sta, rów­nież mie­wa takie sny. Ona mówi, że cięż­ko żyć, a on, że cięż­ko umie­rać. Przy­tu­la­ją się. Roz­ma­wia­ją. Nagły upał. Cału­ją się. W koście­le Świę­te­go Alek­san­dra dzwon przed­wcze­śnie wzy­wa na Anioł Pań­ski. Nad­ież­da i boha­ter kocha­ją się w opusz­czo­nym budynku.Nadzieja pyta, czy boha­ter chce coś na uspo­ko­je­nie, bo ona ma wszyst­ko ze sobą. Wycho­dzą na Plac Trzech Krzy­ży do budyn­ku redak­cji tygo­dni­ka saty­rycz­ne­go „Szpil­ki”. Boha­ter mówi, że miał sen. Nadzie­ja wie, bo ona tak­że przy­śni­ła Anty­chry­sta, rów­nież mie­wa takie sny. Ona mówi, że cięż­ko żyć, a on, że cięż­ko umie­rać. Przy­tu­la­ją się. Roz­ma­wia­ją. Nagły upał. Cału­ją się. W koście­le Świę­te­go Alek­san­dra dzwon przed­wcze­śnie wzy­wa na Anioł Pań­ski. Nadzie­ja i boha­ter kocha­ją się w opusz­czo­nym budyn­ku. Nagle we fra­mu­dze sta­je nie­mło­dy jego­mość w czer­wo­nej cza­pecz­ce z dłu­gim dasz­kiem i ze skó­rza­ną tor­bą. Za zbli­że­nie miło­sne w gma­chu publicz­nym wypi­su­je man­dat na 10 tysięcy.

Nad­ież­da ucie­ka, by za chwi­lę  powró­cić. Boha­ter mówi, że pewien sta­ru­szek ich pobło­go­sła­wił, życzył szczęścia. 

Żegna­ją się. 

Lite­rat spo­ty­ka Tadzia z kani­strem ben­zy­ny, Tadzio oka­zu­je się pra­cow­ni­kiem taj­nych służb już od trzech lat. Boha­ter go ude­rza. Tadzio mówi, że ma 33 lata (nar­ra­to­ro­wi wyglą­da na czter­dzie­sto­lat­ka). Tadzio wyja­śnia, że two­rzy dla Depar­ta­men­tu Pro­pa­gan­dy i Badań Nastro­jów Lud­no­ści wier­sze, wymy­śla dow­ci­py. Przy­się­ga, że zakoń­czy współ­pra­cę z depar­ta­men­tem i że się zmie­ni. Lite­rat pra­gnie się od nie­go uwol­nić, zabie­ra mu kani­ster i idzie w stro­nę ron­da razem z Piku­siem. Wsia­da do tram­wa­ju, lecz zbun­to­wa­ny motor­ni­czy nie chce dalej jechać (ludzie go pro­szą o odjazd, ale jego nic nie obcho­dzi). Kie­dy w koń­cu daje się namó­wić, oka­zu­je się, że nie ma prą­du. Tadzio podą­ża za lite­ra­tem. Nagle zatrzy­mu­je się karet­ka. Wyła­nia się z niej Kobiał­ka, któ­ry jedzie do zakła­du psy­chia­trycz­ne­go w Twor­kach (ubra­ny w czy­sty kaftan furia­ta). Mówi, że lada dzień zrów­na­my się z Zacho­dem. Żegna się z boha­te­rem, krzy­cząc: „Niech żyje wol­na, nie­za­wi­sła Pol­ska Repu­bli­ka Radziec­ka!”. Kie­dy karet­ka odjeż­dża, pisarz bie­rze od Tadzia kani­ster. Następ­nie idzie do szpi­ta­la (by odwie­dzić Huber­ta), w któ­rym nie ma salo­wych ani pie­lę­gnia­rek, bo daw­no wyszły z mody, i śmier­dzi z tru­pem. Wyła­nia się Pikuś, a boha­ter wygła­sza do przy­ja­cie­la mono­log i mówi, że słusz­nie robi, umierając. 

Na sto­li­ku pod lam­pą stoi kalen­darz biur­ko­wy, któ­ry wska­zu­je datę 22 lip­ca 1979. Boha­ter mówi, że Hubert jed­nak za wcze­śnie umie­ra. Cału­je go w czo­ło. Pikuś zaczy­na wyć. Zja­wia się mło­dy dok­tor w nie­świe­żym far­tu­chu (śmier­dzi od nie­go odo­rem far­ma­ceu­tycz­ne­go spi­ry­tu­su) i chce go wypro­sić z sali. Boha­ter mówi, że przy­szedł poże­gnać się z kole­gą, pro­ro­kiem. Dok­tor infor­mu­je, że odłą­czy Huber­ta o 19, a lite­rat pro­si go, bo zro­bił to godzi­nę póź­niej, o 20. Boha­ter wycho­dzi, ale jesz­cze bła­ga przy­ja­cie­la o wyba­cze­nie, bo wie, że zabie­rze mu część chwa­ły z powo­du swo­je­go czy­nu (samo­spa­le­nia). Zabie­ra kani­ster z benzyną. 

Znów poja­wia się prze­ryw­nik. Boha­ter mówi o testa­men­cie, zaczy­na filo­zo­fo­wać na temat życia. Mówi, że jest zmę­czo­ny ogra­ni­cze­niem, nie­mo­cą, nie­poj­mo­wa­niem. Co on może zapi­sać oprócz nie­spła­co­nych dłu­gów? Nazy­wa sam sie­bie lubież­nym starcem. 

Po wyj­ściu ze szpi­ta­la przed boha­te­rem poja­wia się Sacher (przy­szedł do przy­ja­cie­la z daw­nych lat) z nie­do­stęp­ną tecz­ką. Sacher od lat pisze pamięt­ni­ki, nosi je sta­le ze sobą, w tecz­ce, bo cały czas go ktoś śle­dzi. Jego zapi­ski doty­czą pań­stwa tota­li­tar­ne­go, par­tii i Boga. Pisarz chce je zoba­czyć, ale sta­ru­szek wyry­wa mu tecz­kę. Mówi, że idzie do przy­ja­cie­la, żeby prze­czy­tać mu pierw­szy roz­dział (gene­za jego i moja). Na uli­cy zro­bi­ło się już ciemno. 

Boha­ter spo­ty­ka łobu­zów, któ­rzy poda­ją się za miej­ską par­ty­zant­kę i gra­su­ją w ruinach Alei Jero­zo­lim­skich. Zabie­ra­ją mu pie­nią­dze. Pyta­ją, gdzie boha­ter ma legi­ty­ma­cję par­tyj­ną i po co mu ben­zy­na. Lite­rat przy­zna­je, że zamie­rza się pod­pa­lić, i pro­po­nu­je par­ty­zan­tom to samo. Chu­li­ga­ni ucie­ka­ją w popło­chu, wcze­śniej opróż­nia­jąc mu kie­sze­nie. Boha­ter zabie­ra kani­ster i latar­kę. Z ciem­no­ści wycho­dzi Tadzio. Zapew­nia lite­ra­ta, że jutro zło­ży wymó­wie­nie. Infor­mu­je boha­te­ra, że kupi ryzę papie­ru i dokoń­czy jego dzie­ło literackie.

Lite­rat idzie w stro­nę Alej. Zacze­pia go pija­ny mili­cjant. Pyta, czy go gdzieś pod­wieźć. Lite­rat odpo­wia­da, że ma nie­da­le­ko. Zza ple­ców mun­du­ro­we­go wyła­nia się Żorż. Chce, by mili­cjant aresz­to­wał pisa­rza, bo ten chce spa­lić całe mia­sto. Nazy­wa go Anty­chry­stem. Mili­cjant lek­ce­wa­ży ostrze­że­nie Żor­ża. Pisarz idzie dalej. Roz­my­śla o dzie­ciń­stwie. Uwa­ża swo­je życie za męczar­nię. Kie­dy prze­cho­dzi przez ogród­ki dział­ko­we, kobie­ta o imie­niu Lucy­na zapra­sza go na pie­czo­ne ziem­nia­ki i na wspo­min­ki o Kaziu, któ­ry nie żyje od lat. Docho­dzi 19.00. Oka­zu­je się, że na dział­ce sie­dzia­ło kil­ka­na­ście kobiet, jego daw­ne kochan­ki (wdo­wy, roz­wód­ki, sta­re pan­ny). Kła­nia się im, choć w środ­ku odczu­wa „naboż­ną zgro­zę”. Kobie­ty wyja­wia­ją sobie wza­jem­nie szcze­gó­ły roman­su z pisa­rzem (dobry gaga­tek, kawał świn­tu­cha, z jed­ną koń­czył, z dru­gą zaczy­nał, z dwie­ma naraz roman­so­wał). Chcą go pobić. Męż­czy­zna mówi, że zawsze sta­rał się je kochać i gdy­by nie one, był­by dzi­siaj Szek­spi­rem, dla nich zmar­no­tra­wił pół życia). Męż­czy­zna chce wyjść, lecz spo­ty­ka pięk­ną, nie­zna­jo­mą, smu­kłą dziew­czy­nę, któ­ra wyzna­je mu miłość i mówi, że jest jego daw­ną dziew­czy­ną. Cału­ją się. Kobie­ta mówi, że śni­ła kosz­mar, któ­ry był z nim zwią­za­ny. Boha­ter żegna się z prze­szło­ścią, odcho­dzi, myśląc o Nadziei. 

Zja­wia się Tadzio i pyta o kani­ster. Mówi, że zbie­ra mate­ria­ły do repor­ta­żu o ostat­niej dro­dze lite­ra­ta („jeśli ma pan jakieś cie­ka­we listy, niech mi je pan zosta­wi”), więc musi z nim zostać do końca. 

Boha­ter dostrze­ga ludzi sie­dzą­cych na rurach. Wśród nich jest Kol­ka, a obok figu­ra świę­te­go. Kol­ka infor­mu­je lite­ra­ta, że wybie­ra się do Czę­sto­cho­wy. Męż­czy­znę wciąż upo­mi­na zna­jo­my kapłan, Ziu­tek. Będą tam roz­bie­rać hutę imie­nia Bieruta.

Boha­ter odwie­dza Jana, daw­ne­go men­to­ra, któ­re­go nazy­wa Zosi­mą — świę­tym star­cem, któ­ry, choć sam w cięż­kim sta­nie, zda­je się utwier­dzać go w decy­zji o samo­spa­le­niu. Męż­czy­zna zamy­ka się jed­nak w łazien­ce i nie chce wyjść. Lite­rat odbie­ra w jego imie­niu ren­tę od listo­no­sza (milion dwie­ście tysię­cy zło­tych w nowych bank­no­tach). Uwa­gę boha­te­ra przy­ku­wa kolo­ro­wy tele­wi­zor z zagra­ni­cy. Jan leży w wan­nie. Lite­rat pro­si go o radę. Nie wie, czy to, co chce zro­bić, ma sens. Jan ści­ska jego dłoń i w ten spo­sób żegna się z pisa­rzem („Ktoś musi prze­rwać letarg, Janie. Dzi­kim krzy­kiem obu­dzić drze­mią­cych”). Póź­niej boha­ter odbie­ra dziw­ne tele­fo­ny (m.in. star­szy publi­cy­sta Asso­cia­ted Press Krulick). 

Tadzio i Pikuś cze­ka­ją. Pada śnieg. Szpi­cel stwier­dza, że pisarz chce się zabić z powo­du bra­ku powo­dze­nia. Boha­ter chwy­ta cegłę, lecz nie potra­fi zabić Tadzia, a ten pyta, czy łatwiej jest zabić dru­gie­go czło­wie­ka, czy ode­brać życie sobie. Obie­cu­je, że zacho­wa cegłę na pamiąt­kę jako tali­zman. Tadzio nazy­wa Pałac Kul­tu­ry ofiar­nym ołta­rzem. Śnieg gęst­nie­je coraz bar­dziej. Nagle poja­wia się Gosia, któ­ra pyta o miej­sce zbiór­ki na piel­grzym­kę do Czę­sto­cho­wy. Pisarz pro­si ją o modli­twę za swo­ją duszę. 

Boha­ter kie­ru­je się do Pała­cu Kul­tu­ry. Ma ocho­tę uciec i żyć z Nad­ież­da. Zda­je sobie jed­nak spra­wę, że to nie­moż­li­we. Na pla­cu Defi­lad są już wszy­scy. Za kame­rą stoi Wła­dy­sław Bułat. Dostrze­ga rów­nież Nadzie­ję z zaro­śnię­tym chłop­cem, Rysia, Caba­na, Edka. Caban go cału­je, Nad­ież­da płacze. 

Hali­na zosta­ła aresz­to­wa­na. Pod­cho­dzi mło­dzie­niec (Marek), któ­ry ją zastę­pu­je i robi boha­te­ro­wi zastrzyk prze­ciw­bó­lo­wy. Nad­ież­da cału­je ślad po ukłu­ciu. Tadzio zaczy­na recy­to­wać jakiś jego tekst. W tle sły­chać „Mię­dzy­na­ro­dów­kę”. Na ekra­nie poja­wia się sekre­tarz par­tii, któ­ry upa­da na zie­mię. Caban daje znać pisa­rzo­wi. Nad­ież­da pró­bu­je powstrzy­mać ukochanego. 

Po mego życia tru­dach, na jakieś wzglę­dy zasłu­ży­łem, nie chcę, by moja trum­nę nie­śli ci wła­śnie, któ­rych nie zno­si­łem”. Tak napi­sał do boha­te­ra przed śmier­cią jego przy­ja­ciel, opie­kun, ojciec chrzest­ny Anto­ni S. (Sło­nim­ski i Kon­wic­ki byli przyjaciółmi).

Kame­ry są włą­czo­ne. Pisarz, ści­ska­jąc zapał­ki, cału­je dziew­czy­nę, rusza­ją kame­ry fil­mo­we. Tadzio klę­ka w roz­to­pio­nym śnie­gu, Pikuś mio­ta się w roz­ter­ce, Rysio spusz­cza gło­wę, a Caban pod­no­si rękę, jak­by dawał znak, a może tyl­ko bło­go­sła­wił. Boha­ter żegna uko­cha­ną i zapew­nia ją o wiecz­nej miło­ści. Boha­ter stwier­dza, że to ludzie stwo­rzy­li Boga, by ten chro­nił ich przed nimi samy­mi. Męż­czy­zna idzie coraz wol­niej ku plat­for­mie kamien­nej. Spusz­cza gło­wę. W myślach pro­si o to, by ludzie doda­li sił jemu i jego następ­com („Ludzie, dodaj­cie mi sił. Ludzie, dodaj­cie sił każ­de­mu na świecie…”). 


style/kierunki: 


sym­bo­li­ka:

TYTUŁ — nawią­zu­je do Apo­ka­lip­sy św. Jana będą­cej zapi­sem obja­wie­nia, jakie­go doznał jej autor — wizji koń­ca ist­nie­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści. Utwór Kon­wic­kie­go nie daje nadziei na prze­mia­nę rze­czy­wi­sto­ści, uka­zu­je zapaść, bez­na­dziej­ność, powol­ną dege­ne­ra­cję spo­łe­czeń­stwa owład­nię­te­go przez sys­tem totalitarny 

godło państwa pol­skie­go – na wysta­wie skle­po­wej ginie wśród snopów zboża. Na Pała­cu Kul­tu­ry stra­ci­ło swo­je bar­wy z powo­du zmien­nych warunków atmosferycznych.

Biblia – wywie­dzio­na z Biblii wędrówka boha­te­ra (sko­ja­rze­nia z Gol­go­tą), ofia­ra cało­pal­na (nawiązanie do śmierci Chry­stu­sa dla oca­le­nia ludzkości)

nisz­cze­nie budynków – („środkowe przęsło, niczym potężna win­da, osunęło się maje­sta­tycz­nie do wody”), wskazujące na połączenie, którego w jed­nej chwi­li zabra­kło (zde­pra­wo­wa­nie ludzi)

moty­wy literackie:

APOKALIPSA — roz­pa­da­ją­cy indy­wi­du­al­ny świat, destruk­cja, degra­da­cja moral­na, języ­ko­wa i fizyczna.

TOTALITARYZM — destruk­cyj­ny, nisz­czą­cy ład spo­łecz­ny i sys­tem war­to­ści, odbie­ra­ją­cy poczu­cie toż­sa­mo­ści i ska­zu­ją­cy spo­łe­czeń­stwo na pogrą­żo­ne w cha­osie. Pań­stwo tota­li­tar­ne zary­so­wa­ne w spo­sób gro­te­sko­wy, a obraz rze­czy­wi­sto­ści — absur­dal­ny i karykaturalny.

NOWOMOWA — język pro­pa­gan­dy pozo­sta­je w sprzecz­no­ści z rze­czy­wi­stym sta­nem świa­ta, puste hasła i kłam­li­we slo­ga­ny świad­czą o dege­ne­ra­cji języ­ka odpo­wia­da­ją­cej destruk­cji świata.

WĘDRÓWKA — boha­ter roz­po­czy­na swo­ją wędrów­kę po War­sza­wie od chwi­li prze­bu­dze­nia do momen­tu wstę­po­wa­nia na kamien­ne scho­dy, gdzie ma doko­nać samo­spa­le­nia, wędrów­ka ma też wymiar oso­bi­sty — lite­rat kro­czy ku śmier­ci, nie ma wpły­wu na swój los, bier­nie pod­da­je się pre­sji ze stro­ny innych osób, żegna się ze swo­im miastem.

PISARZ — boha­ter jest lite­ra­tem pogrą­żo­nym w kry­zy­sie twór­czym i egzy­sten­cjal­nym. Jed­nost­ka twór­cza jest znie­wo­lo­na, prze­ży­wa roz­ter­ki zwią­za­ne z poczu­ciem tożsamości.

PRL – sys­tem poli­tycz­ny prze­peł­nio­ny bez­na­dziej­no­ścią, sza­ro­ścią, dopro­wa­dza­ją­cy do upad­ku jed­nost­ki, ale i całe­go spo­łe­czeń­stwa. Sym­bo­lem Pol­ski jest roz­pa­da­ją­cy się Pałac Kul­tu­ry, przed któ­rym boha­ter ma doko­nać samospalenia.

 

kon­tek­sty:

Kon­tekst lite­rac­ki. Literatura:

- Michał Buł­ha­kow, „Mistrz i Mał­go­rza­ta” (jed­nost­ka w sys­te­mie komunistycznym)

- Franz Kaf­ka, „Pro­ces” (powieść para­bo­la uka­zu­ją­ca znie­wo­le­nie człowieka)

- Geo­r­ge Orwell, „Rok 1984” (rze­czy­wi­stość totalitarna)

- Aldo­us Hux­ley, „Nowy wspa­nia­ły świat” (anty­uto­pia). 

Kon­tekst kul­tu­ro­wy. Film:

- „Mała apo­ka­lip­sa”, reż. Costa-Gavras

- „1984”, reż. Micha­el Red­ford (adap­ta­cja powie­ści Orwella). 

co jesz­cze się oma­wia przy tej lekturze? 

apo­ka­lip­sa (gr. apo­ka­lip­sis — obja­wie­nie) 1. utwór, którego treścią są wizje dziejów i końca świata; 2. obja­wie­nie, wizja końca świata, zja­wi­sko przerażające, tajem­ni­cze; 3. ostat­nia z ksiąg Nowe­go Testamentu

sym­bol (gr. sým­bo­lon — znak roz­po­znaw­czy, wiązać razem) – motyw lub zespół motywów występujących w dzie­le, który jest zna­kiem treści głęboko ukry­tych, nie­ja­snych i nie­jed­no­znacz­nych; sym­bol ma za zada­nie kie­ro­wać ku tym treściom myśl czy­tel­ni­ka; wyrażają go sło­wa, gesty, obra­zy, przed­mio­ty roz­po­zna­wal­ne tyl­ko dla członków danej kul­tu­ry i sta­le się zmieniające; sym­bol jest zna­kiem językowym o wie­lu zna­cze­niach; na przy­kład kolor czer­wo­ny sym­bo­li­zu­je miłość, ale w zależności od kon­tek­stu, w którym występuje – może też ozna­czać wstyd, zagrożenie, ogień piekielny




Jeśli to czy­tasz — daj mi znać 🧡 na swo­im ulu­bio­nym kanale:

Peł­ne opra­co­wa­nie i stresz­cze­nie “Małej apo­ka­lip­sy” Tade­usza Kon­wic­kie­go  (czas akcji, miej­sce akcji, boha­te­ro­wie, język, moty­wy, kon­tek­sty) znaj­dziesz w moim skle­pie jedy­nie za 5 zł!

Jeśli to czy­tasz — daj mi znać 🧡 na swo­im ulu­bio­nym kanale:

Chcesz zapisać się na korepetycje?