autor: Igna­cy Krasicki

tytuł: “Żona modna”

rodzaj: syn­kre­tycz­ny (łączy w sobie cechy róż­nych rodza­jów: liry­ki – opis prze­żyć wewnętrz­nych Pio­tra, epi­ki – fabu­ła, dra­ma­tu – sce­ny dialogowe.

gatu­nek: saty­ra (ośmie­sza uka­za­ne posta­wy, obyczaje)

czas akcji: XVIII w., cza­sy współ­cze­sne dla Kra­sic­kie­go; oświecenie

miej­sce akcji: mia­sto (nie­okre­ślo­ne)

boha­te­ro­wie: 

  • Pan Piotr – przed­sta­wi­ciel kon­ser­wa­tyw­nej szlach­ty, zie­mia­nin; przy­wią­za­ny do reli­gii kato­lic­kiej i oby­cza­jów sta­ro­pol­skich; decy­du­je się na mał­żeń­stwo nie z miło­ści, a dla zysku – przy­szła żona mia­ła duży posag, jest zatem mate­ria­li­stą; nie potra­fi prze­ciw­sta­wić się pomy­słom mał­żon­ki, żału­je ślu­bu, ale nie zde­cy­du­je się na roz­wód z powo­du inter­cy­zy, woli zno­sić upokorzenia; 
  • Żona mod­na – kapry­śna i próż­na, zako­cha­na w modzie fran­cu­skiej, wiel­bi­ciel­ka sen­ty­men­tal­nych roman­sów, wyma­ga od Pio­tra dłu­gich zalo­tów i roman­ty­zmu; po ślu­bie oka­zu­je się ego­ist­ką – niko­go nie trak­tu­je z sza­cun­kiem, roz­rzut­na – nie­ustan­nie wyda­je pie­nią­dze, co dopro­wa­dzi Pio­tra nie­mal do ruiny.

pro­ble­ma­ty­ka: dydak­tyzm – uka­za­nie dwóch nega­tyw­nych postaw – Piotr i jego żona to antyw­zor­ce; nie­wła­ści­we powo­dy zawie­ra­nia mał­żeństw, brak wię­zi mię­dzy mał­żon­ka­mi, kry­ty­ka bez­myśl­ne­go przyj­mo­wa­nia nowych obyczajów.

stresz­cze­nie: Pan Piotr uda­je, że dzię­ku­je za gra­tu­la­cje z oka­zji ślu­bu, ale w koń­cu otwie­ra się i opo­wia­da roz­mów­cy o smut­nych kon­se­kwen­cjach mał­żeń­stwa. Oże­nił się on z mło­dą dziew­czy­ną ze wzglę­du na jej wiel­ki posag – czte­ry wsie, któ­re gra­ni­czy­ły z jego mająt­kiem; jed­nak nie wziął pod uwa­gę tego, że nale­ża­ło­by poznać żonę, któ­ra oka­za­ła się bar­dzo wyma­ga­ją­ca i roz­rzut­na – kaza­ła sobie kupić kare­tę na reso­rach; dodat­ko­wo moder­ni­zo­wa­ła nie­ustan­nie ogród i dom pana Pio­tra, kupo­wa­ła luk­su­so­we tka­ni­ny, dro­gie przed­mio­ty, zatrud­nia­ła licz­ną służ­bę i urzą­dza­ła czę­ste przy­ję­cia – wszyst­ko za jego fun­du­sze. Nie zwra­ca­ła uwa­gi na potrze­by Pio­tra, z powo­du poka­zu fajer­wer­ków doszło też do spa­le­nia sto­do­ły. To był pierw­szy moment, w któ­rym Piotr wyra­ził swo­je zda­nie, ale za to żona zażą­da­ła prze­pro­wadz­ki do mia­sta. Skar­gi na mał­żeń­stwo Piotr koń­czy stwier­dze­niem: “Próż­ny żal, jak mówią, po szkodzie”. 

TEKST:

A ponie­waż dosta­łeś, coś tak dro­go cenił,
Win­szu­ję, panie Pie­trze, żeś się już oże­nił”.
„Bóg zapłać”. „Cóż to zna­czy? Ozię­ble dzię­ku­jesz,
Alboż to szczę­ścia swe­go jesz­cze nie pojmujesz?

Czy­liż się już sprzy­krzy­ły mał­żeń­skie ogni­wa?”
„Nie ze wszyst­kim, luboć to zazwy­czaj tak bywa,
Pierw­sze cza­sy cukro­we”. „Toś pew­nie w gory­czy?”
„Jesz­czeć!” „Bra­cie, trzy­maj więc, coś dostał w zdo­by­czy!
Trzy­maj skrom­nie, cier­pli­wie, a milcz tak jak drudzy,

Co to swo­ich mał­żo­nek uni­że­ni słu­dzy,
Z tytu­łu ich­mo­ścio­wie, dla oka dobra­ni,
A jej­mość tyl­ko w domu rząd­czy­na i pani.
Pew­nie może i two­ja?” „Ma talen­ta ślicz­ne:
Wzią­łem po niej w posa­gu czte­ry wsie dziedziczne,

Pięk­na, grzecz­na, rozum­na”. „Tym lepiej”. „Tym gorzej.
Wszyst­ko to na złe wyszło i zgu­bi mnie wspo­rzej;
Pięk­ność, talent wiel­kie są zaszczy­ty nie­wie­ście,
Cóż po tym, kie­dy była wycho­wa­na w mie­ście”.
„Alboż to mia­sto psu­je?” „A któż wąt­pić może?

Bog­daj to żon­ka ze wsi!” „A z mia­sta?” „Broń Boże!
Źlem tuszył, sko­rom moją pierw­szy raz oba­czył,
Ale żem to, co postrzegł, na dobre tłu­ma­czył,
Wdaw­szy się już, a nie chcąc dla damy ohy­dy,
Wiej­ski Tyr­sys, wzdy­cha­łem do mojej Fili­dy.
Dziw­ne były jej gesta i mister­ne wdzię­ki,
A nim przy­szło do ślu­bu i dania mi ręki,
Szli­śmy dro­gą roman­sów, a czym się uśmi­échał,
Czym się skar­żył, czy mil­czał, czy mówił, czy wzdy­chał,
Widzia­łem, żem nie­do­brze uda­wał aktora,

Mod­na Filis gar­dzi­ła ser­cem doma­to­ra.
I ja był­bym nią wzgar­dził; ale punkt hono­ru,
A cze­go mi naj­bar­dziej żal, ponę­ta zbio­ru,
Owie wio­ski, co z mymi gra­ni­czą, dzie­dzicz­ne,
Te mnie zwio­dły, wpra­wi­ły w te oko­wy śliczne.

Przy­szło do inter­cy­zy. Punkt pierw­szy: że w mie­ście
Jej­mość przy dosko­na­łej fran­cu­skiej nie­wie­ście,
Co lepiej (bo Fran­cuz­ka) potra­fi rato­wać,
Będzie miesz­kać, ile­kroć tra­fi się cho­ro­wać.
Punkt dru­gi: cho­ciaż zdro­wa czas na wsi przesiedzi,

Co zima jed­nak mia­sto sto­łecz­ne odwie­dzi.
Punkt trze­ci: będzie mia­ła swój ekwi­paż wła­sny.
Punkt czwar­ty: dom się naj­mie wygod­ny, nie­cia­sny,
To jest apar­ta­men­ta parad­ne dla gości,
Jeden z tyłu dla męża, z przo­du dla jejmości.

Punkt pią­ty: a broń Boże! — Zlą­kłem się. A cze­go?
Małżeństwo»Trafia się — rze­kli krew­ni — że z zda­nia wspól­ne­go
Albo się węzeł prze­rwie, albo się roz­łą­czy!«
»Jaki węzeł?« »Mał­żeń­ski«. Rze­kłem: »Ten śmierć koń­czy«.
Roz­śmie­li się z wie­śniac­kiej przy­tom­ni prostoty.

I tak pła­cąc wol­no­ścią nie­wcze­sne zalo­ty,
Po zwy­czaj­nych obrząd­kach rzecz poprze­dza­ją­cych
Jestem wpi­sa­ny w brac­two bra­ci żału­ją­cych.
Wyjeż­dża­my do domu. Jej­mość w złych humo­rach:
»Czym poje­dziem?« »Kare­tą«. »A nie na resorach?

Daliż ja po reso­ry. Szczę­ściem kasz­te­la­nic,
Co kare­tę angiel­ską spro­wa­dził z zagra­nic,
Zgrał się co do sze­lą­ga. Kupi­łem. Czas sia­dać.
Jej­mość sła­ba. Więc podróż musie­my odkła­dać.
Zdrow­sza jej­mość. Zajeż­dża angiel­ska karéta.

Sia­da jej­mość, a przy niej sucz­ka fawo­ry­ta.
Kła­dą skrzyn­ki, skrzy­necz­ki, worecz­ki i pacz­ki,
Te od wódek pach­ną­cych, tam­te od tabacz­ki,
Nio­są pudło kor­ne­tów, jakiś kosz na fan­ty;
W jed­nej klat­ce kana­rek, co śpie­wa kuranty,

W dru­giej sro­ka, dla pta­ków jedze­nie w gar­nusz­ku,
Dalej kot­ka z kocię­ty i mysz na łań­cusz­ku.
Chcę sia­dać, nie masz miej­sca; żeby nie zwlec dro­gi,
Wzią­łem klat­kę pod pachę, a sucz­kę na nogi.
Wyjeż­dża­my szczę­śli­wie, jej­mość sie­dzi smutna,

Ja mil­czę, sro­ka tyl­ko wrzesz­czy rezo­lut­na.
Prze­rwa­ła jej­mość myśli: »Masz wać­pan kucha­rza?«
»Mam, moje ser­ce«. »A pfe, kon­cept z kalen­da­rza,
Moje ser­ce! Pro­szę się tych pro­stactw oduczyć!«
Zamil­kłem. Trud­no mówić, a dopie­roż mruczyć.

Więc mil­czę. Jej­mość zno­wu o kucha­rza pyta.
»Mam, mościa dobro­dziej­ko«. »Masz wać­pan stan­gréta?«
»Wszak nas wie­zie«. »To fur­man. Trze­ba od para­dy
Mieć insze­go. Kucha­rza dla jakiej sąsia­dy
Możesz wać­pan ustą­pić«. »Dobry«. »Skąd?« »Pod­da­ny«.

»To musi być zapew­ne nie­osza­co­wa­ny,
Musi dobrze przy­pie­kać reczusz­ki, łazan­ki,
Do gustu pani woj­skiej, pan­ny pod­sto­lan­ki.
Ustąp go wać­pan; przyj­mą pana Maty­ja­sza,
Może go i ksiądz ple­ban użyć do kiermasza. 

A pasz­tet­nik?« »Umiał­ci i pasz­te­ty robić«.
»Wierz mi wać­pan, jeże­li mamy się spo­so­bić
Do uczci­we­go życia, weź­że ludzi zgod­nych,
Kucha­rzy cudzo­ziem­ców, pasz­tet­ni­ków mod­nych,
Trze­ba i cukier­ni­ka. Ser­wis zwierściadlany

Masz wać­pan i figur­ki pięk­ne z por­ce­la­ny?«
»Nie mam«. »Jak to być może? Ale już rozu­miem
I lubo jesz­cze try­bu wiej­skie­go nie umiem,
Domy­ślam się. Na wety zasta­wia­ją pół­ki,
Tam w pięk­nych pira­mi­dach kra­jan­ki, gomółki,

Tatar­skie zie­le w cukrze, imbier chiń­ski w mio­dzie,
Zaś ku więk­szej pocie­sze razem i wygo­dzie
W ładun­kach bibu­ło­wych kmin kan­dy­zo­wa­ny,
A na wierz­chu toruń­ski pier­nik pozła­ca­ny.
Szko­da mówić, to pięk­nie, wybor­nie i grzecznie,

Ale wybacz mi wać­pan, że się sta­wię sprzecz­nie.
Jam nie­god­na tych parad, takiej wspa­nia­ło­ści«.
Zmil­cza­łem, wol­no było żar­to­wać jej­mo­ści.
Wjeż­dża­my już we wro­ta, spoj­źrza­ła z kare­ty:
»A pfe, mospa­nie! par­kan, cze­mu nie sztakiety?«

Wysia­dła, a z nią sucz­ka i kot­ka, i mysz­ka;
Ode­pchnę­ła sta­re­go sza­fa­rza Fran­cisz­ka,
Łzy mu w oczach sta­nę­ły, jam wes­tchnął. W drzwi wcho­dzi.
»To nasz ksiądz ple­ban!« »Kła­niam«. Zmarsz­czył się dobro­dzi­éj.
»Gdzie sala?« »Tu jada­my«. »Kto widział tak jadać!

Mała izba, czter­dzie­stu nie może tu sia­dać«.
Aż się wezdr­gnął Fran­ci­szek, sko­ro to wyrze­kła,
A klucz­ni­ca natych­miast ze stra­chu ucie­kła.
Jam został. Idziem dalej. »Tu pokój sypial­ny«.
»A pokój do bawie­nia?« »Tam gdzie i jadalny«.

»To być nigdy nie może! A gabi­net?« »Daléj.
Ten będzie dla wać­pa­ni, a tu będziem spa­li«.
»Spa­li? Pro­szę, mospa­nie, do swo­ich poko­jów.
Ja muszę mieć osob­ne od spa­nia, od stro­jów,
Od ksią­żek, od muzy­ki, od zabaw prywatnych,

Dla panien poko­jo­wych, dla słu­żeb­nic płat­nych.
A ogród?« »Są kwa­te­ry z buksz­pa­nu, ligu­stru«.
»Wyrzu­cić! Nie potrze­ba przy­dat­nie­go lustru.
To niem­czy­zna. Niech będą z cypry­sów gaiki,
Mru­czą­ce po kamycz­kach gdzie­nie­gdzie strumyki,

Tu kiosk, a tu mecze­cik, holen­der­skie wan­ny,
Tu domek pustel­ni­ka, tam kościół Dyjan­ny.
Wszyst­ko jak od nie­chce­nia, jak­by od igrasz­ki,
Bel­we­de­rek maleń­ki, kla­tecz­ki na ptasz­ki,
A tu sło­wik miło­śnie szcze­bio­ce do ucha,

Syno­gar­li­ca jęczy, a gołą­bek gru­cha,
A ja sobie roz­my­ślam pomię­dzy cypry­sy
Nad nie­szczę­ściem Pame­li albo Helo­isy…«
Ucie­kłem, jak się jej­mość roz­po­czę­ła zży­mać,
Już też wię­cej nie mogłem tych bajek wytrzymać.

Ucie­kłem. Jej­mość w rzą­dy. Peł­no w domu wrza­wy,
Trzy szta­fe­ty w tygo­dniu poszło do War­sza­wy;
W dwa tygo­dnie już domu i poznać nie moż­na.
Jej­mość w plan­ty obfi­ta, a w dzie­łach prze­moż­na,
Z sto­ło­wej izby bal­ki wyrzu­ciw­szy stare,

Dała sufit a na nim Wene­ry Ofia­rę.
Już alko­wa zło­co­na w sypial­nym poko­ju,
Gip­sem wymar­mu­rzo­ny gabi­net od stro­ju.
Poszły słoj­ki z aptecz­ki, poszły kon­fi­tu­ry,
A nowym dzie­łem kunsz­tu i architektury

Z półek sza­fy maho­ni, w nich ksią­żek bez liku,
A wszyst­ko po fran­cu­sku; glo­bus na sto­li­ku,
Budu­ar szkl­ni się zło­tem, peł­no por­ce­la­ny,
Sto­li­ki mar­mu­ro­we, zwier­ścia­dla­ne ścia­ny.
Zgo­ła prze­szedł mój domek war­szaw­skie pałace,

A ja w kącie nie­bo­rak, jak pła­czę, tak pła­czę.
To mniej­sza, lecz gdy hur­mem zje­cha­li się goście,
Wykwint­ne kawa­le­ry i mod­ne imo­ście,
Bal, masz­ki, trą­by, kotły, gro­mad­na muzy­ka,
Pan szam­be­lan za zdro­wie jej­mo­ści wykrzyka,

Pan adiu­tant wypi­ja moje sta­re wino,
A jej­mość, w kącie sie­dząc z panią sta­ro­ści­ną,
Kie­dy się ja uwi­jam jako jaki słu­ga,
Coraz na mnie poglą­da, śmie­je się i mru­ga.
Po wie­cze­rzy fajer­werk. Goście patrzą z sali;

Wpadł szmer­mel mię­dzy gum­na, sto­do­ła się pali.
Ja wybie­gam, ja gaszę, ratu­ję i pła­czę,
A tu brzmią coraz gło­śniej na wiwat trę­ba­cze.
Powra­cam zmor­do­wa­ny od pogo­rze­li­ska,
Nowe żar­ty, przy­mów­ki, nowe pośmiewiska.

Sie­dzą goście, a coraz wię­cej ich przy­by­wa,
Prze­kła­dam zbyt­ni eks­pens, jej­mość zapal­czy­wa
Z swo­imi czter­ma wsia­mi odzy­wa się dwor­nie.
»I osiem nie wystar­czy« — prze­kła­dam pokor­nie.
»To się wróć­my do mia­sta«. Zezwo­li­łem, jedziem;

Już tu od kil­ku nie­dziel zbyt­ku­jem i sie­dziem.
Już… ale dobrze mi tak, choć fra­su­nek bodzie,
Cóż mam czy­nić? Próż­ny żal, jak mówią, po szkodzie”.